|

W latach 80-tych w Polsce głośno było o stygmatyczce z małej wsi
Radomin na ziemi toruńskiej - Jadwidze Bartel. Około 40 lat
wcześniej na czole prostej kobiety pojawiła się pierwsza rana.
Później krwawiące stygmaty ukazywały się na rękach i nogach.
Ówcześni funkcjonariusze służby bezpieczeństwa chcieli usunąć
najbardziej rzucające się w oczy znaki na czole, by nie wzbudzały
zainteresowania religią. Oczywiście nic z tego nie wyszło.

Pani Jadwiga Bartel tak opisywała początek tych niezwykłych zdarzeń:
"... w lutym
1950 roku Pan Jezus objawił mi się wieczorem. Męża nie było w
mieszkaniu, bo poszedł do sąsiada. Drzwi były zamknięte, a ja
śpiewałam "Dobranoc, Głowo Święta". Drzwi się otworzyły. Stanął
przede mną Mężczyzna i powiedział: - Pokój tobie, córko moja. Nie
lękaj się, ja, Pan Życia i Śmierci, Druga Osoba Trójcy
Przenajświętszej obdarzę cię łaskami za pobożność i cierpliwość.
Bądź mężna a po życiu doczesnym dam ci miłość. Zostań w pokoju módl
się za grzeszników.
- W okamgnieniu Pan Jezus znikł. Tego wieczoru nie mogłam zasnąć."
Kilka miesięcy później przechodząc przez podwórze sąsiadka zapytała:
Co pani Bartlowa ma takie czoło skrwawione? Kiedy weszła domu i
wzięła lusterko zobaczyła, że dzieje się z nią coś dziwnego.
Wycierając krew ręcznikiem czuła wielki ból.

Krwawienia zaczęły pojawiać się w każdy piątek. Pani Jadwiga po
południu zamykała się w pokoju kładła na łóżku w nogach pojawia się
jaśniejący krzyż, który promieniując otwierał rany. Była wtedy
bezwładna i nie mogła się ruszać. Po pewnym czasie wszystko wracało
do normy. Pani Bartel w odróżnieniu na przykład od Ojca Pio miała
stygmaty przemiennie. Najczęściej na czole w postaci krwawiącego
potu. Był przypadek, że przez 33 dni krew leciała jej z prawego
boku. Według relacji wielu świadków za jej pośrednictwem dokonało
się wiele uzdrowień. Jeden z uzdrowionych, Zenon Pawlak, tak
relacjonował to zdarzenie:
"Na głowie miałem guzy nowotworowe,
wobec których lekarze okazali się bezsilni. Zwróciłem się o pomoc do
stygmatyczki, bo wiedziałem, że Pan Jezus jej kiedyś oznajmił, że
wszystko, o co będzie prosić otrzyma. Matka-stygmatyczka przytuliła
mnie do siebie i powiedziała wymownie:
szkoda by cię było dzieciaku."
Po tym spotkaniu guzy zmalały i w końcu całkowicie znikły.
Jadwiga Bartel nie miała łatwego życia. Była siedemnastym dzieckiem
w biednej, wiejskiej rodzinie. Wydana za mąż przez rodzinę trafiła
na człowieka okrutnego, który ją wielokrotnie bił co stało się
przyczyną utraty przez nią słuchu. Dwoje jej dzieci zmarło w
niemowlęctwie. Kiedy otrzymała stygmaty była nękana przez ówczesne
UB z prawdopodobną próbą jej uśmiercenia.

Wszystko to poczytywała ona jako ofiarę składaną Jezusowi i Bogu.
W latach dziewięćdziesiątych zaczęło do niej zjeżdżać wielu
pielgrzymów.
Każdego 13-tego danego miesiąca na pamiątkę objawień fatimskich
odbywały się tam przy drewnianym krzyżu z kapliczką uroczyste
nabożeństwa Maryjne.
Gromadziły one nawet po kilka tysięcy osób. Dodatkowe poruszenie
wywołało pojawienie się 9 lutego 1992 roku na figurce Matki Bożej
Niepokalanej krwawiące łzy. Kilka lat wcześniej podobnymi łzami
płakał jeden z czarno-białych obrazków Matki Bożej jakie trzymała w
pokoju.
Stygmatyczka z Radomina była również mistyczką. Miała dar
jasnowidzenia.
Przekazywała ostrzeżenia od Matki Boskiej, której duch podobny był
do tego, który ukazywał się w Fatimie i co przekazuje się w
Medjugorje.

Ammy/źródło internet
|