TEORIE SPISKOWE

WIKILEAKS: USA PRZYMUSZA
INNE KRAJE DO WPROWADZANIA

DRAKOŃSKICH PRAWA ANTYPIRACKICH

Dyplomacja nigdy nie była czystą grą, ale opinię publiczną od zawsze mamiło się jej wyidealizowanym wizerunkiem. Nic więc dziwnego, że gdy realia gier między państwami wyszły na jaw dzięki wielkiemu wyciekowi z Wikileaks, opinia publiczna reaguje dość żywiołowo. Widać to wyraźnie teraz w Hiszpanii, gdzie magazyn El Pais przyjrzał niektórym depeszom ambasady USA w Madrycie, z których wyraźnie wynika, że rząd tego iberyjskiego królestwa ugiął się pod amerykańskim szantażem w sprawie blokowania stron internetowych.

Pisaliśmy już o raporcie Special 301, przygotowywanym przez Departament Handlu USA, który dotyczy analizy stanu ochrony własności intelektualnej amerykańskich korporacji w krajach trzecich. Powiązany jest on z sekcją 301 Aktu Handlowego z 1974 r., który miał uczynić gospodarkę USA bardziej konkurencyjną na światowych rynkach i który daje prawo władzom do nakładania sankcji handlowych na kraje, których polityka szkodzi amerykańskim firmom.

Umieszczenie danego kraju na liście Departamentu Handlu to zwykle skuteczny środek, aby zachęcić niepokorne kraje do tego, by wprowadziły u siebie prawa naśladujące te rozwiązania, które funkcjonują w USA. Jednak jak ujawnił El Pais, czasem administracja amerykańska domaga się od innych krajów wprowadzenia praw tak radykalnych, że nawet u siebie by ich wprowadzić nie mogła. Okazuje się, że to właśnie USA odegrały kluczową rolę w stworzeniu kontrowersyjnego prawa, które obecnie hiszpański rząd próbuje przepchnąć przez proces legislacyjny podczas ostatniej przedświątecznej sesji parlamentarnej.

W lutym 2008 roku rząd USA zagroził Hiszpanii - członkowi Unii Europejskiej i swojemu sojusznikowi z NATO - że jeśli w kraju tym nie zostaną wprowadzone prawa służące walce z piractwem, włącznie z regulacją pozwalającą na odcinanie internautów od Sieci (na podobieństwo francuskiego HADOPI), to kraj ten trafi na listę Special 301 i objęty być może handlowymi sankcjami.

Depesza ambasady w Madrycie mówi konkretnie o trzech działaniach, które hiszpański rząd miałby podjąć, aby uniknąć takiego losu dla swojego kraju. Po pierwsze musiałby oficjalnie stwierdzić, że internetowe piractwo jest nielegalne, a system rekompensat dla właścicieli praw autorskich nie pokrywa ich strat związanych z rozpowszechnianiem treści w sieciach P2P, po drugie doprowadzić do uchylenia wyroków, które sprawiły, że w Hiszpanii wymiana plików zaczęła być postrzegana jako legalna, po trzecie wreszcie ogłosić przyjęcie rozwiązań znanych z Francji i Wielkiej Brytanii. Jednocześnie poinformowano o wyznaczeniu harmonogramu obejmującego krótko- i długoterminowye strategie, które pozwoliłyby nawrócić Hiszpanię na słuszną drogę.

Rząd w Hiszpanii ociągał się jednak, więc w końcu Hiszpania w roku 2008 trafiła na listę Special 301 - z całymi tego konsekwencjami gospodarczymi. To wystarczyło, aby rozpoczęły się prace nad prawem nazwanym Proyecto de Ley Orgánica Complementaria de la Ley de Economía Sostenible.

Prawo mówi o powołaniu nowej rządowej komisji, która będzie nadzorowała dostawców Internetu, sprawdzając, czy blokują usługi i stron internetowe po otrzymaniu oficjalnych skarg. Podstaw do zablokowania witryny czy usługi jest na tyle dużo, że każdy znajdzie wśród nich coś dla siebie. Są wśród nich "bezpieczeństwo narodowe", "zachowanie porządku publicznego", "interes bezpieczeństwa publicznego", "ochrona zdrowia", "ochrona nieletnich" i oczywiście "ochrona własności intelektualnej". Nowe prawo nakłada też na dostawców Internetu obowiązek wyjawiania adresów IP i danych osobowych osób podejrzewanych o nielegalne rozpowszechnianie treści w Sieci.

W 2009 roku ustawie nie udało się przejść przez proces legislacyjny, więc Hiszpania pozostała na "czarnej liście", a naciski ze strony amerykańskiej ambasady tylko się wzmogły. Na tyle, że dzisiaj właśnie izba niższa parlamentu ma ustawę przyjąć, a całość zatwierdzona ma być przez Senat do końca lutego 2011 roku.

Electronic Frontier Foundation, w porozumieniu z hiszpańskimi mediami, wzywa internautów z tego kraju do działań, które zmuszą parlamentarzystów do jawnej debaty nad nowym prawem - czyli tego, czego rząd w Madrycie najbardziej się teraz obawia. Na stronach Asociacion de Internautas można na ten temat znaleźć więcej informacji.

Nas tylko zastanawia, jak amerykańska administracja postrzega kwestię ochrony praw autorskich w Polsce - i czy ambasada USA w Warszawie również jakieś ciekawe depesze w tej kwestii. Ostatecznie Polska i Hiszpania to kraje porównywalnej wielkości, znajdujące się w podobnej względem USA sytuacji politycznej, jako członkowie UE i NATO.

Źródło: eff.org