AIDS nie zabija - to przesłanie filmu Robina
Scovilla. To świetnie nakręcony dokument i
zarazem doskonały przykład manipulacji
Christina Maggiore staje przed salą pełną ludzi. - W 1992 roku
mój wynik testu na HIV był pozytywny. Powiedziano mi, że mam przed
sobą pięć do siedmiu lat życia. Dziś czuję się świetnie, chociaż nie
biorę żadnych leków na AIDS. Mam zdrowego syna i żyję we wspaniałym
związku z jeszcze wspanialszym mężczyzną.
Sala wybucha entuzjazmem. "Niech każdy poda jej rękę!" - krzyczy
ktoś z tłumu.
Mąż Maggiore, to dokumentalista Robin Scovill, reżyser film "Inna
strona AIDS". "AIDS to konstrukt" - mówi przed kamerą Maggiore. Kto
go stworzył? Politycy, firmy farmaceutyczne i media. Dlaczego tylu
ludzi umiera? Bo zabija ich depresja, wywołana diagnozą. AIDS
wymyśliły firmy public relations, w których pracowało na początku
lat 80. wielu gejów - mówi Scovill. Chodziło o to, aby przestraszyć
Amerykanów i zmusić rząd do wyłożenia pieniędzy na badania, z
których skorzystaliby przede wszystkim geje. AIDS nie ma nic
wspólnego z HIV i właściwie nie istnieje. To tylko nazwa nadana
zespołowi kilkudziesięciu różnych chorób, wywoływanych przez różne
mikroby i pojawiających się się u ludzi z osłabionym układem
odpornościowym. Popularne testy wykrywają tylko antyciała, a nie
obecność HIV...
Film Scovilla jest nieprawdziwy i stronniczy. Wyliczenie wszystkich
manipulacji w scenariuszu zajęłoby pół "Gazety Telewizyjnej". Warto
jednak sprostować chociaż kilka. To prawda, większość popularnych
testów wykrywa antyciała. Uczeni jednak są w stanie nie tylko wykryć
wirusa, ale też zmierzyć liczbę jego kopii w mililitrze sześciennym
krwi. To ważny wskaźnik skuteczności terapii i u każdego leczonego w
nowoczesny sposób chorego takie badanie wykonuje się regularnie.
Istnieje też wyraźny związek pomiędzy ilością wirusa we krwi a
postępami choroby. Nie sposób jednak się tego dowiedzieć z "Innej
strony AIDS".
Jeden z naukowców opisuje w filmie działanie leków antywirusowych -
mówiąc, że istnieją ich dwa rodzaje: pierwszy zabija zakażone
komórki układu odpornościowego, a drugi blokuje jeden z enzymów
używanych przez wirusa w czasie "powielania się" we krwi (używany
także przez zdrowe komórki). Oba rodzaje - jak twierdzi dr Paul
Philpott - tylko szkodzą zdrowym komórkom. To nieprawda: uczeni
znają już dość dokładnie sposób, w jaki HIV wnika do komórki i jak
wykorzystuje ją do "powielania się". Istnieje kilka kategorii leków
(wiecej niż dwie), z których każdy blokuje inną fazę "produkcji"
wirusa. Tego również się od Scovilla nie dowiemy.
Nie ma też niczego zaskakującego w tym, że niektórzy zakażeni żyją
nieleczeni z wirusem przez 20 i więcej lat. Choroba zwykle rozwija
się szybciej, ale niektórzy ludzie - w zależności od grupy etnicznej
od 0,5 do 1,5 proc. populacji - dzięki szczególnej mutacji
genetycznej albo nie zakażają się HIV w ogóle, albo choroba czyni u
nich znacznie wolniejsze postępy.
Uczeni, których Scovill pokazuje, to niemal bez wyjątku tzw.
dsydenci - nieliczna grupa, której naukowe tytuły (jeden z
dysydentów to laureat Nagrody Nobla) wykorzystują czasem afrykańscy
politycy chcący usprawiedliwić swoją bezczynność w walce z epidemią.
Kiedy przygotowywałem reportaż o epidemii AIDS w Afryce spotkałem
dziesiątki ludzi, których potępiane przez Scovilla lekarstwa
podniosły - dosłownie! - z łoża śmierci. Mogę się tylko cieszyć, że
nie widzieli tego filmu, więc nie namieszał im w głowach. Zdarzało
się, że dysydenci w nauce mieli rację. Ci, którzy ją mieli, nie
uciekali się jednak do kłamstw i manipulacji.