|

Od kiedy sięgnę pamięcią zawsze miałam poczucie jakiejś dziwnej
więzi ze światem niematerialnym. Nikt o tym wtedy nie rozmawiał, w
naszym kraju nastała transformacja ustrojowa, która tylko
teoretycznie zmieniła realia codziennej egzystencji. Życie „duchowe”
opierało się wówczas tylko na zwykłej katechizacji w szkole,
polegającej na powierzchownej wierze w Wyższy Byt, a dokładnie w
„starszego Pana z siwą, długą, białą brodą, który, siedząc na
pięknym tronie pośród chmur, obserwuje z góry nasze poczynania.
Dla mnie osobiście był to czas, w którym zostałam wciśnięta w
sztywne ramy systemu religijnego i byłam wówczas przekonana, że nie
ma innej drogi. Okres mojego dzieciństwa oraz wchodzenia w dorosłość
był trudny i pozbawiony harmonii oraz bezpieczeństwa. Rozwód
rodziców, choroba i śmierć mojej siostry oraz problemy materialne
spowodowały, że pomimo wielu talentów, marzeń i nadziei, zamknęłam
się w sobie. Świadomość cierpienia, jakie przechodzi moja mama,
utwierdziła mnie w przekonaniu, że nie powinnam komunikować jej o
swoich potrzebach, nie mówiąc o sprawianiu jakichkolwiek kłopotów.
Osiągnęłam ten cel: moje wzorowe zachowanie w szkole, bardzo dobre
wyniki w nauce oraz realizacja dziecięcych pasji, związanych ze
śpiewem sprawiały mojej mamie radość i napawały ją nadzieją, że z
jej pomocą w przyszłości będę mogła zapewnić sobie godne warunki
życiowe.
W tym okresie (rok 2000) nie interesowałam się jeszcze duchowością.
Byłam przekonana, że duchowość to religia. Jednak „coś” zawsze
mówiło mi, że jeśli pojawiłam się na tej ziemi, to z pewnością Bóg
ma dla mnie przygotowane zadanie. Wkrótce zaczęłam dostrzegać u
siebie niepokojące symptomy chorobowe, polegające na bólach żołądka.
Nie mogłam przyjmować żadnego pokarmu, za wyjątkiem jogurtu.
Sytuacja stała się na tyle poważna, że w momencie, kiedy po dwóch
miesiącach schudłam 16 kg, moja mama zdecydowała się skonsultować to
z lekarzem. Po wielu dokładnych badaniach (morfologia krwi oraz
poziomu hormonów, USG tarczycy i jamy brzusznej) stwierdzono, że
jestem okazem zdrowia. Pomimo faktu, że moje wyniki były książkowe,
odczuwałam nawracające bóle żołądka, które nota bene trwają do dnia
dzisiejszego.

Potem pojawiły się stany wahania nastrojów oraz uczucie dotyku
czyjejś dłoni na plecach pomiędzy łopatkami. Bardzo często dopadały
mnie stany depresyjne, które nie miały nic wspólnego z moją sytuacją
życiową, a które trwały do sierpnia 2010 roku.
Drugie, przełomowe wydarzenie nastąpiło w 2006 roku. Będąc w
łazience z zamiarem wzięcia kąpieli, nagle poczułam dziwne zawroty
głowy i słabość. Zdążyłam wybiec z łazienki. Przewróciłam się na
podłogę, moje ciało ogarnął paraliż, poczułam, że nie mogę się
ruszać. Następnie odczułam palpitacje serca, które biło z zawrotną
prędkością. Byłam przekonana, że umieram. Lekarz, który niebawem
przyjechał karetką pogotowia, nie potrafił wyjaśnić tego zjawiska.
Badania nic nie wskazały. Wszystkie niewytłumaczalne objawy ustąpiły
po kilkunastu minutach. W dalszym ciągu nie rozumiałam, co się ze
mną dzieje. Z drugiej jednak strony czułam, że pomimo tych dziwnych
stanów chorobowych, nic mi nie grozi. Czas pokazał, że się nie
myliłam.
W roku 2007 rozpoczął się jeden z najtrudniejszych okresów w moim
życiu. Studia, praca zawodowa, działalność społeczna i realizacja
moich muzycznych pasji, najzwyczajniej w świecie doprowadziły mnie
do stanu permanentnego wyczerpania. Doszłam do wniosku, że świat
jest niesprawiedliwy, że tylko jednostka silniejsza tak jak w teorii
ewolucji Darwina, osiągnie w życiu sukces. Uważałam, że „życie to
walka”, że muszę sprawować kontrolę nad każdą jego dziedziną. Owo
hasło przyświecało mi przez kolejne trzy lata mojej skomplikowanej
egzystencji, którą sama stworzyłam w wyniku braku świadomości.
Przestałam wierzyć w Boga, wyparłam się go całkowicie. Wyparłam się
swojej istoty. Świadomie chciałam o niej zapomnieć. Ale jak to w
życiu bywa, nic nie może wiecznie trwać, o czym już niebawem się
przekonałam.

W lutym 2007 roku nagle zachorowałam.
Byłam przekonana, że to zwykła grypa, która potrwa maksymalnie 2
tygodnie. Zresztą nie dopuszczałam do siebie wiadomości, aby mogła
trwać dłużej! Wkońcu miałam tyle obowiązków – nie mogłam sobie
pozwolić na dłuższe wylegiwanie się w łóżku. Rzeczywistość okazała
się zgoła inna. Mój stan grypopodobny przeciągnął się do końca
marca! Miałam ciągłe zapalenie gardła, zawroty głowy i mdłości.
Na początku kwietnia, któregoś wieczoru, przygotowując się do
egzaminu, zaczęłam odczuwać potężny uciskający ból głowy w okolicy
czoła i mdłości, niebawem doszły wymioty. Byłam przerażona, bowiem
nigdy wcześniej nie miewałam żadnego bólu głowy, nie rozumiałam, co
on znaczy! W szpitalu stwierdzono, że to zapalenie zatok, ale
zdjęcie RTG nie potwierdziło tej diagnozy. Zaczęłam się leczyć u
laryngologa, który nie potrafił zdiagnozować mojego stanu.
Antybiotyki nie skutkowały. Oprócz zapalenia gardła i nasilających
się bólów głowy, doszedł ropień okołomigdałkowy. Doszłam do wniosku,
że muszę zmienić lekarza. Inny specjalista stwierdził, że powinnam
wyciąć migdałki i zdecydować się na operację przegrody nosowej. Po
wyjściu z gabinetu, doszłam do wniosku, że coś tu jest nie tak. Nie
wiedziałam, gdzie mam szukać pomocy.
W sierpniu postanowiłam odstawić antybiotyki. Mój stan nieco się
poprawił, ale ból głowy był ciągle taki sam. Po raz kolejny
zmieniłam specjalistę. Tym razem była to dobra decyzja, bowiem
lekarz ten uważał, że nie należy w moim przypadku stosować
antybiotyków, a specyfiki z naturalnych ekstraktów. Dał mi nadzieję,
że wreszcie pozbędę się bólu gardła i stanów zapalnych górnych dróg
oddechowych. Podświadomie zaczęłam przeczuwać, że mój stan musi mieć
jakąś przyczynę, której jak do tej pory, nie potrafiłam znaleźć.

Któregoś dnia w księgarni trafiłam na książkę Josepha Murphy’ego, pt.
„Potęga podświadomości”. Po jej lekturze uświadomiłam sobie, że to
ja mam wpływ na otaczającą mnie rzeczywistość. Ta książka dodała mi
otuchy i siły, aby rozwikłać zagadkę mojego stanu zdrowia. Ponadto
była pierwszą lekturą, na ścieżce mojego powrotu do wiary.
Zdecydowałam się na zmianę sposobu odżywiania. Zrezygnowałam z
produktów przetworzonych i z dużą ilością konserwantów,
zrezygnowałam z cukru, napojów gazowanych.
Z powodu ciągle trwającego złego samopoczucia, zawrotów głowy i
mdłości, lekarz internista zlecił badania w kierunku toksoplazmozy i
boreliozy, które też okazały się ujemne. Jednak trwający ból głowy
nie dawał mi spokoju.
Poprosiłam lekarza o skierowanie na badanie przy pomocy tomografu
komputerowego, który wykazał, że mam „poszerzenie układu komorowego
mózgu”, inaczej mówiąc „wodogłowie”. Diagnozę oznajmiła mi Pani
neurochirurg, która oświadczyła mi, że do końca życia będę musiała
chodzi z zastawką w głowie. To był moment zwrotny w moim życiu.
Wiadomość tę usłyszałam w dniu moich 23-ch urodzin. Pomimo
namacalnych dowodów w postaci badań wierzyłam, że nie będę musiała
poddać się operacji. Postanowiłam skonsultować się z profesorem
neurochirurgiem z akademii medycznej, który stwierdził, że należy
czekać i kontrolować mój stan co 6 miesięcy. Wiadomość ta nieco mnie
uspokoiła.

Kolejny rezonans potwierdził, że mój układ komorowy mózgu jest
poszerzony i to znacznie. Ku mojej radości ból głowy, jak również
stany grypopodobne gardła, zaczęły ustępować. Minęło kolejne pół
roku, a ja zdecydowałam się na następną kontrolę przy pomocy
rezonansu magnetycznego, tym razem w moim rodzinnym mieście
(wrzesień 2008). Lekarz, młody neurochirurg, po analizie zdjęć, nie
potrafił uwierzyć, że nie mam „zainstalowanej” zastawki. Stwierdził,
że musiałam się urodzić z tą wadą lub też pod wpływem jakiś
czynników (wirusa, bakterii), te zmiany dokonały się w mojej głowie.
27 marca 2009 roku znowu wylądowałam na pogotowiu z bólem głowy. Nie
stwierdzono żadnych zmian. Od tamtego czasu bóle nie powróciły.
Wszystkie objawy ustąpiły.
Pomimo tego ciągle odczuwałam ambiwalencję uczuć. Wszystko w
moim życiu wydawało mi się bez sensu. Porzuciłam moją pasję,
którą była muzyka chóralna, co nastąpiło w styczniu 2010
roku. Zaczęłam zgłębiać wiedzę z zakresu rozwoju osobistego,
ale ona pomagała mi tylko na chwilę. Odczuwałam ciągły
niepokój. Wydawało mi się, że nie jestem tu, gdzie powinnam.
Byłam przekonana, że nie pasuję do reszty świata. Praca
zawodowa sprawiała mi satysfakcję, ale miałam nieodparte
wrażenie, że nadejdzie zmiana. Ciągle szukałam szczęścia „na
zewnątrz”. Pomimo ukończenia studiów wyższych, odczuwałam
ciągłą potrzebę edukacji. Jednak nie wiedziałam, co mogłoby
się stać moją pasją. Niestety, to pytanie zadaję sobie do
tej pory, ufając, że odpowiedź nadejdzie w postaci wizji,
poprzez innego człowieka lub w jakikolwiek inny sposób...

Na ścieżkę praktycznego rozwoju duchowego weszłam we wrześniu 2010
roku. „Przypadkiem” natknęłam się na książkę Eckharta Tolle’a pt.
Potęga teraźniejszości”, która zmieniła moje postrzeganie świata.
Zafascynowała mnie postać autora. Codziennie przez 2 miesiące
słuchałam w internecie jego wykładów. Stałam się spokojniejsza i
pożegnałam się z hasłem „życie to walka”. Pewnego dnia zostałam
zaproszona do mojej koleżanki, (obecnie przyjaciółki) na imprezę z
okazji Halloween, gdzie po 10 latach spotkałam znajomą ze szkoły
podstawowej, która brała udział w spotkaniach medytacyjnych. Wkrótce
okazało się, że z powodów organizacyjnych owe medytacje zaczęły się
odbywać w domu mojej przyjaciółki. W taki sposób zaczęłam
praktykować rozwój duchowy. Listopad 2010 roku był, kolejnym
przełomowym momentem mojego życia. Jak szalona czytałam książki,
artykuły, blogi i fora internetowe, związane z praktycznym
doświadczaniem zmian w ciele i poszerzaniem świadomości. Zaczęłam
wierzyć w Anioły. Dzisiaj nie wyobrażam sobie życia bez rozwoju
duchowego.
Przekonałam się, że na tej ziemi, obok mnie i razem ze mną, żyje
mnóstwo Wojowników Światła, którzy tak samo jak ja popełniają błędy,
mają problemy i życiowe dylematy. Jednak dzięki intensywnej pracy
nad sobą potrafią zrozumieć przyczyny swej życiowej sytuacji i
dokonać zmian, akceptując rzeczywistość taką, jaką jest w istocie,
nie oceniając siebie i innych. Owa postawa sprawia, że są ludźmi
wyjątkowymi, wskazującymi drogę tym, którzy o nią proszą.
Mam nadzieję, że moje doświadczenie życiowe, które zdecydowałam się
zapisać, posłuży innym ludziom na drodze ich osobistej
transformacji, rozwieje lęki i obawy. Obecnie nie trapią mnie już
żadne wątpliwości, dotyczące słuszności, obranej przeze mnie
ścieżki.

Ilona
|