|

Aż nadszedł wieczór - przełom 1999/2000 - kiedy położyłam się i
zanim
zaczęłam robić wizualizację w mojej głowie pojawił się błysk
niesamowitego światła.
To było przepiękne.
To było jakby - nie wiem jak to opisać. To było jak "wielkie
otwarcie", gdyż jednocześnie
z tym błyskiem pojawiła się świadomość, że jeśli nie przerwę
tego,
to zobaczę "wszystko". To było uczucie, jak otwarta księga, na
której
jest wszystko zapisane a ja mam do niej dostęp - tylko tam
"wejść".
A jak nie wyjdę?!
Wraz z tym pojawiła się też wielka odpowiedzialność, że od tej pory
nic już nie
będzie takie samo. To wszystko trwało kilka sekund.
Przerwałam i usiadłam.

Czułam, że nie jestem przygotowana
na to, co by się działo.
Chwilę później myśl - może zrobiłaś wielki błąd ? Spróbowałam do
tego
wrócić, światło pojawiło się jeszcze raz na ułamek sekundy i
zniknęło. Było
to dla
mnie szokujące doświadczenie. Zrozumiałam co się wydarzyło i
wszystko
zaczęło
mi się łączyć w logiczną całość - oczywiście oprócz rwy kulszowej.
Robiłam
wizualizację, rozprzestrzeniałam złote światło i zasypiałam, nie
ściągając go powrotem,
a po nim jak po sznureczku, zaczęły zjawiać się duszki, które
potrzebowały pomocy.
Istotną moim zdaniem rzeczą jest to, iż moje intencje absolutnie nie
dotyczyły
otwarcia trzeciego oka, nawet mi to przez myśl nie przeszło.
Chciałam jedynie
poprzez wysyłanie dobra i miłości pomóc sobie i wszystkim innym.
To była MOJA JEDYNA INTENCJA.

Czy rwa kulszowa to otwarcie kundalini, tego nie wiem do dnia
dzisiejszego?
Natomiast czego doświadczyłam z wizualizacją to wiem. Czytałam
później o różnych objawach. U mnie nic takiego nie występowało. Po
prostu stało się i już. Zaprzestałam też robienia wizualizacji.
Brakuje mi tego. Teraz mam jednak świadomość iż jeśli zacznę, to tym
razem wydarzy się coś, co zmieni moje życie na zawsze. A może nie ma
takiej potrzeby. Może co się ma wydarzyć, to i tak się stanie w
odpowiednim dla mnie czasie?
Po inicjacji II stopnia reiki (2004)
zapytano co się komu śniło.

Opowiedziałam swój sen:
"Śniła mi się droga, która oddzielała dwa miejsca. Po jednej lewej
stronie stał na działce dom, w którym rozbrzmiewała wesoła
rozrywkowa muzyka, a po prawej za siatką stał jakiś zakon, w którym
z kolei brzmiała muzyka poważna, dostojna i bardzo piękna. Ja stałam
w drzwiach tego wesołego domu i czułam się jak ta żaba z kawału,
gdzie król lew wezwał wszystkie zwierzęta i powiedział:"
- piękne mają się ustawić po jednej stronie a mądre po drugiej. Po
środku drogi stoi żaba a lew pyta:
- a ty co tu robisz?
- no przecież się nie rozdwoję - odpowiedziała żaba.
Tak w tym śnie ciągnęła mnie jedna i druga strona. W pewnej chwili
przed
bramą zakonu pojawił się mężczyzna, który w moim odczuciu był
kimś w rodzaju
dozorcy, w ręku miał jakby gałązkę, umaczaną w wodzie
i machnął nią w moją
stronę mówiąc, "to za to drzewo wiśniowe".
Kilka kropli spadło na moją twarz".

Rozmawiałam na ten temat z mistrzem, który mnie inicjował.
Powiedział mi coś, co
w głębi duszy wiem. Są to moje, głębokie, wewnętrzne prawdy, o
których nie chcę pisać.
Miałam też chwile zwątpienia, poczucie wielkiego kryzysu
psychicznego. Obserwowałam
jak zmienia się moje otoczenie, jak bardzo zmieniam się ja, jak
coraz trudniej znaleźć
z ludźmi wspólny język, jak wokół mnie robi się pusto. Jakie to jest
początkowo
przykre, kiedy się słyszy:
- z tobą to już nie można się dogadać, zejdź na ziemię itp.
A prawda, dlaczego tak się dzieje jest bardzo prozaiczna, ludzie się
boją tematów,
których nie rozumieją, nie czują. Patrzą więc, jak na dziwoląga z
innej planety.
Jakże często potykamy się o prawdę i idziemy dalej, jakby nic się
nie stało.
No cóż, widocznie prawdą jest, że różne dusze są na różnym poziomie
rozwoju.
Nie można jednak ich lekceważyć, natomiast warto czasami "rzucić"
coś, co
zmusi ich do zastanowienia się i refleksji, a jeśli nie ... każdy ma
swoją ścieżkę.

Jednakże zostałam obdarowana wielkim optymizmem i radością życia. Do
dnia
dzisiejszego lubię śmiech i zabawę. Od pewnego czasu czuję też
ogromny wewnętrzny spokój, że cokolwiek się w moim życiu wydarzy,
będzie ok. Z perspektywy lat wiem,
że wszystko co nam się przydarza
ma swój zarówno cel, jak i głęboki sens.
Chcę tu opisać jeszcze jeden, szczególnie piękny sen sprzed kilku
lat:

"śniło mi się rubinowe niebo rozświetlone złotem - gwiazdami -
które odbijało
się w bezkresnym oceanie . To był jeden rubinowo -
złoty blask. Ja zaś - jako młoda dziewczyna - tak jak ją Pan Bóg
stworzył, biegałam w zwolnionym tempie po tym oceanie jak baletnica.
W pewnej chwili zorientowałam się, że jestem przecież na środku
oceanu,
a nie umiem pływać. Spojrzałam więc pod nogi i ujrzałam
czyste piaszczyste dno -
a wiadomo, że nie da się w ten sposób
ocenić głębokości. Pomyślałam jednak,
że skoro nie utopiłam się do
tej pory, to się nie utopię i pobiegłam dalej...

Może jeszcze jedna rzecz, która mnie dziwiła. Co jakiś czas - nie w
trakcie wizualizacji - migały mi przed oczami kolorowe plamy.
Najpierw były czerwone, potem pomarańczowe,
a teraz od dwóch lat, co jakiś czas pojawiają się fioletowe. Widzę
jak zmieniają swoje odcienie i kształty. Jest to bardzo przyjemne z
uwagi na swoje piękno. Czasami też pojawiają się w ciągu dnia błyski
w kącikach oczu, naprzemiennie, raz w lewym, raz
w prawym. Czasami są tak intensywne, że gwałtownie odwracam głowę,
żeby zobaczyć,
co się dzieje ? Jednak nie przywiązuję do tego zbytniej uwagi,
bowiem wierzę, że jeśli
coś ma się wydarzyć, to przyjdzie na to odpowiedni moment. I jeszcze
dłonie, które
czasami od wewnętrznej strony są tak czerwone, że muszę je chować
przed
spojrzeniami innych. Aby je schłodzić, kładę je na bardzo zimnych
miejscach.

cdn...
Łódź, 7 paź. 2008
JAGODA
|