|

Takie mam właśnie nieodparte wrażenie, kiedy próbuję pojąć swoje
doświadczenie. Każda sytuacja, myśl, odczucie zdaje się wypełniać
mnie
całą, a jednocześnie otaczać mnie z zewnątrz, tak jakby pozostawały
na tej samej
fali. Zauważyłam też inną dziwną rzecz, której wcześniej nie było,
bądź na którą nie zwróciłam dotąd uwagi. Miewam momenty całkowitego
olśnienia, zupełnie jakbym w ułamkach chwil wiedziała i rozumiała
wszystko, kiedy jednak wtrącam w to swoją wolę pojmowania i
zrozumienia natychmiast wszystko znika i nawet dokładnie nie
pamiętam czego dotyczyły myśli, które przed ułamkiem sekund
przebiegły przez moją głowę. Nie
mam pewności, ale mam wrażenie, że są to momenty w których mój umysł
całkowicie "zamiera" nie wtrącając się w istotę życia. Kiedyś
zastanawiałabym się nad tym, czy
to w ogóle możliwe. Dziś stwierdzam, że nie ma znaczenia czy coś
jest możliwe czy
nie, bo i tak te ramy i kryteria budujemy własnymi spostrzeżeniami,
a te łatwo oszukać.

"Wczorajszej
nocy, gdy zasypiałam miałam to uczucie, które się pojawia i znika.
Przez króciutką chwilkę udało mi się jakby złapać to coś, a raczej
uczepić się tego
i pomknąć kawałek za tym. Zaraz jednak mój umysł musiał się wtrącić.
Nie jest jeszcze wystarczająco wyciszony. Kiedy się wtrąca, wszystko
przestaje być jasne
i na nowo staje się zagmatwane i trudne do pojęcia. Jednak wiem już,
że kilka razy mogłam ogarnąć to coś na moment. I chyba
najważniejsze, że nie pragnę już tak bardzo jak kiedyś wszystkiego
objąć rozumem, bo wiem, że nie tędy droga".
Nie potrafię tego inaczej opisać. Może gdyby chcieć to zobrazować
lepiej -
dla kogoś kto ma zdolności do malowania może byłoby łatwiej - może
spróbuję
namalować to słowami. Wyobrażam to sobie tak, jakby nitka wychodziła
z mojej
głowy i wypuszczała się w kosmos dotykając swoją końcówką przy
każdym przejściu
przez jakiś obszar poznawczy jego wszystkich aspektów. Nitka ta
przyspiesza im dalej
jest od ciała i jakby ciągnie ze sobą jakąś część mnie - choć część
nie namacalną. Wszystko co zauważa jest dla niej jasne i zrozumiałe,
wszystkie "spostrzeżenia"
wędrują po nitce do jakiegoś niewidzialnego miejsca we mnie samej i
tam kumulują
się w tajemniczej przestrzeni. W jednej nanosekundzie ta cząstka
krążąca po nitce
obiega ogromny kawał świata (ogromny w moim ziemskim pojmowaniu) i
stanowi
coś jakby magiczną lunetę dającą wgląd w nieznane. Nie wiem, może
gdybym teraz była w tym stanie łatwiej byłoby mi to ukazać.

Mniej więcej tak to wygląda, jednak niestety nie mogę powiedzieć,
żebym np. w tej
chwili była o coś mądrzejsza. Mam takie odczucie, jakby we mnie,
gdzieś w głębi
siedziało coś, co doskonale wszystko wie i rozumie, ale to coś
przemawia tylko
wtedy, gdy całkowicie wyłącza się standardowy, ludzki proces
myślenia.
Jest jeszcze coś. Kolejna nowość mogłabym rzec i to też wprowadza
mnie
w drobne zakłopotanie czasami. Słowa grzęzną mi w gardle, a
dokładniej na
wysokości dołka, zupełnie jakby tam biły się z czymś żeby nie wyjść.
Zwykle
zdarza się to w sytuacjach kiedy chcę powiedzieć coś, co
prawdopodobnie jest
zbędne. Nie muszę gryźć się w język, bo słowa po prostu nie
przechodzą mi przez
gardło. Wiem już nawet kiedy myśl zatrzymuje się gdzieś w drodze i
tam zostaje przerobiona w milczenie. Mój umysł jest wtedy oszukany,
bowiem ma już wrażenie,
że to co miało być, zostało powiedziane, gdy tymczasem słowa
zatrzymały się w
pewnym punkcie i tam po chwili kotłowania zostały jakby skasowane.
Zaraz po takim uczuciu, a zdarza się to kilka razy dziennie,
zastanawiam się nad przyczyną takiej reakcji. Rozumiem to jednak w
ten sposób, że pewne rzeczy powinny być przemilczane.
A najlepiej gdyby w ogóle nie zrodziły się w myśli -, ale to już
kolejny etap.

Nie wiem czy skutkiem tego, czy czegoś innego jest ból gardła,
pieczenie,
drapanie i suchość która towarzyszy mi od tygodnia. Szczególnie zaś
daje się
we znaki dziwny, kłujący ból w oskrzelach, który przenika mnie na
wskroś kłując
również w tył pleców. Nie są to z całą pewnością objawy choroby, bo
te zwykły
rozkładać mnie natychmiastowo i jak już mnie bierze, to nie trwa to
tydzień czasu,
a przy tym zresztą zawsze siada mi wszystko. Tym objawom towarzyszą
mdłości,
które również odczuwam na wysokości oskrzeli. Pierwszy raz chyba też
tak
wyraźnie usłyszałam rady dotyczące dalszej drogi. Wielu z Was pewnie
powiedziałoby, że to błahe słowa i żadna rada. Jednak dla mnie są
tym bardziej wiarygodne, z uwagi na ich prostotę brzmienia.

"Uspokój umysł i daj dziać się
rzeczom samym.
Bądź cierpliwa. Bóg sam do Ciebie przyjdzie"
Te słowa usłyszałam w ostatniej chwili, tuż przed tym, jak
mój umysł wtrącił się w stan świadomego współodczuwania i
postrzegania
wszystkiego i wybił mnie z harmonijnego rytmu. Nie lubię kiedy to
robię, kiedy mimo,
iż dobrze czuję się w tamtym stanie próbuję jeszcze wcisnąć to w
jakieś ludzkie ramy poznawcze. Wiem przecież, że to niemożliwe. To
dzieje się niestety nieświadomie.
Istnieje jednak inna przestrzeń, w której żadne ramy nie istnieją i
w tej przestrzeni
dusza doświadcza wszystkiego po trochu. To doświadczanie właśnie
muska ją
delikatnie niczym podmuch lekkiego wiatru. Bynajmniej teraz tak to
odbieram.
Powyższy opis czyni stan prawie idealnym, jednak zdarza mi się
jeszcze dać
się zdenerwować i niektóre sytuacje, choć po chwili dochodzę do
wniosku, że są
bez znaczenia, potrafią na krótki czas zachwiać moją stabilnością.
Choć i tak wszyscy mówią, że przemawia przeze mnie postawa Stoików.
Nie wiem ile w tym prawdy. Mnie tam się wydaje, że jak dam się
zdenerwować to już blisko końca świata. Ale to moje odczucia,
a zwykłam raczej obdarowywać się w życiu codziennym sporą dawką
samokrytycyzmu.

Wszystko wydaje się dziwne. Kiedy siedzę w pracy, czy robię pranie,
prasuję,
sprzątam, gotuję, zawsze wtedy, gdy akurat nie myślę o rzeczach,
które mnie zajmują, myślę o Bogu. Zastanawiam się gdzie teraz
jestem, pytam siebie co powinnam w swoim życiu zmienić, jak
postępować w tych czy innych sytuacjach. Oczywiście nie myślę o tym
wszystkim na raz, bo to nie możliwe. Myśli bowiem ostatnio jakoś się
mnie nie trzymają, chyba, że skupiają się wokół jakiejś konkretnej
czynności. Dlatego też nie mam co myśleć
o medytacjach i wizualizacjach, to praktycznie nie możliwe. Ledwie
zacznę zaraz mnie to nudzi i wydaje się jakieś sztuczne. Może to
przejściowy stan, nie wiem, okaże się z czasem. Miewam też obawy, że
kiedy siedzę i piszę, albo czytam, albo po prostu wyłączam się od
świata codziennego, to jest to przejawem lenistwa, że kiedy nie
wykonuję pracy, której owoc można dostrzec natychmiast, to tak
jakbym nie robiła nic. Jest to jednak chyba takie zwykłe ludzkie
podejście. Przywykliśmy do szybkich owoców naszej pracy, stąd ciężko
nam wypracować w sobie prawdziwą cierpliwość, która jest niezbędna
na drodze do Boga.

Mam takie chwile, kiedy wstydzę się o tym pisać. Wstyd mi, bo w
ziemskim życiu
pojawia się obawa, że inni pomyślą, iż mam siebie za kogoś więcej,
że wymyślam
sobie to wszystko, bądź, że chcę być traktowaną inaczej, lepiej, czuć
się wyróżnioną. Ale jest inaczej, najchętniej zawsze pozostałabym anonimową, jakby
nieistniejącą, żeby
nie narazić siebie na te słowa. Ale też żeby nie narazić Boga na
znieważenie. Tak więc świadomość faktycznego stanu nakazuje mi pisać
to wszystko, by dać Wam dowód
na to, że każdy, zaprawdę każdy z Was może poczuć ciepło Boskiego
Serca. Kiedyś usłyszałam głos, który powiedział mi
"Pisz",
więc nie przestaję tego robić. Wiem bowiem, że świadectwa spisane
przez innych ludzi pomogły mi na mojej drodze i czynią to nadal.
Wiele z faktów tutaj przeze mnie odsłanianych pozostawiam w ukryciu,
jako wiedzę dla samej siebie, jeszcze chyba z obawy przed reakcją
otoczenia. Wierzę jednak w nadejście dnia, w którym wszystko to
zostanie odsłonięte przed każdym, kto postanowi oddać się
poszukiwaniom Prawdy, tak jak ja postanowiłam, nie będąc jeszcze w
ogóle świadoma,
o co prosiłam. Tym wszystkim, którzy stawiają choćby jedną stopę na
tej drodze
chciałabym móc kiedyś podać rękę, bądź stać się ramieniem, na którym
będą mogli się wesprzeć. Słowo - może być tym wsparciem.
"Czy to grzech?
Powiedz proszę, czy grzeszę, gdy pragnę Cię poczuć, zobaczyć,
gdy tęsknota do Ciebie przysłania mi świat namacalny? Pokochałam noc
i momenty ciszy, w których mam większą szansę na spotkanie Ciebie,
wolne chwile pragnęłabym spędzić na byciu z Tobą. Twoja obecność
sama jest mi ukojeniem. Tylko bądź i nic więcej nie musi się
zdarzyć, choć i to nazbyt wiele jak przypuszczam w tej chwili. Bo Ty
jesteś wszystkim o czym dusza może marzyć, a dotknięcie Ciebie to
jak bycie z Tobą w trwałym zjednoczeniu. Kiedy dusza dojrzewa, czy
rozpozna tę chwilę? A
gdy pada u stóp Twoich, czy może tam zostać? By łzami radości
obmywać je czule?
Jak może się w pełni Twojej Woli oddać? Nie będę już pytać, powróć
proszę. Tyle".
cdn...
25 June 2009
GODAN
|