NASZE DOŚWIADCZENIA

SNY
(CZĘŚĆ 4)
LINK! DO CZĘŚCI 3

W toku tych wszystkich zmian, o których pisałam wspomniałam o snach. Nie sądzę jednak by można je było nazwać zwykłymi snami, takimi jakie śnią nam się każdego dnia i zwykle są bardzo abstrakcyjne. Stoję na stanowisku, że jesteśmy w stanie odróżnić sen od "snu". Te pierwsze bowiem nie wydają się aż tak realne, nie poruszają pewnych uczuć, nie pozostawiają za sobą takich nie jednokrotnie namacalnych śladów. Te zwyczajne sny rzadko się spełniają, jeszcze rzadziej w ogóle zwracają naszą uwagę - choć osobiście uważam, że każdy sen może mieć znaczenie. Z tych zwykłych snów jednak potrafimy się śmiać. Inaczej jest jednak ze "snami".

Te budują wokół siebie dziwną otoczkę tajemniczości, pojawiają się w najmniej oczekiwanych momentach i zwykle po wybudzeniu jesteśmy przekonani, że to działo się naprawdę. I choć może się to niektórym wydać zaskakujące - zwykle tak właśnie jest!

Takie "sny" zdarzały mi się już dużo wcześniej, nawet kiedy byłam jeszcze małą dziewczynką. W owym jednak czasie lunął na mnie ulewny deszcz "snów". Zaczęłam wówczas spotykać w tym stanie tajemnicze postacie w białych szatach, jaśniejące blaskiem słońca, ciepłe i otwarte. Istoty te za każdym razem do mnie przemawiały, mówiły - choć nie widziałam ruchu warg - jakby telepatycznie.

Uczyły mnie - takie odnosiłam wrażenie. Rozumiałam wszystko w tym "śnie", lecz po przebudzeniu nie potrafiłam powtórzyć ani słowa. Nie mniej jednak, kiedy wykonywałam różne czynności, czy podejmowałam różne decyzje czułam w środku, że działam zgodnie z tym co mi powiedziały. Zupełnie jakby ktoś zapisał mi gdzieś w moim wnętrzu jakieś zalecenia, które odczytać umiała tylko moja dusza, a rozum nie miał do nich dostępu.

W tych dniach zaczęłam również zauważać zmiany dotyczące mojego życia. Przestały |bawić mnie i interesować rzeczy, które do tej pory odciągały moją uwagę od istoty życia. Stawałam się sobą w pełni, zaczynałam być człowiekiem, takim jakim byłam przed zboczeniem ze ścieżki. Znajomi opowiadali o rzeczach, które mnie nie pociągały, nie wzbudzały we mnie żadnych emocji. Z czasem samo ich towarzystwo stawało się nudne i męczące. Z tym uczuciem również próbowałam walczyć. Myślałam, że to ze mną jest coś nie tak, że znów ja coś zmieniam, nawalam, że to oddalanie się od nich to moja wina. Jednak "sny" utwierdzały mnie w przekonaniu, że tak jest dobrze.

Po postaciach w białych szatach nadszedł czas na zmasowaną symbolikę, przesłania, wizje, obrazy. Każda zmiana w życiu poprzedzona była "snem przepowiadającym". Moje modlitwy stawały się co raz bardziej prawdziwe, w miłości i dobroci. Przypomniałam sobie, że moja obietnica złożona Bogu nie wygasła,, że cierpienia są moim darem dla Niego, a może i Jego darem dla mnie.

Modlitwa mi pomagała. Głosy zaczynały ucichać. Przyszedł okres spokoju, stagnacji, nic nie myślałam, nie czułam, że żyję, po prostu odpoczywałam, tylko oddychając, wypełniając swoje obowiązki. Byłam pusta, jakby ktoś zostawił puste ciało pozbawione uczuć, serca, duszy... tabula rasa. Tak się wtedy czułam.


Pierwszym przełomowym snem był "sen" z pięknym białym pegazem w roli głównej, którego skrzydła jakby chciały mnie otulić, a wokół rozkwitał ogród pełen kolorowych kwiatów.

Co wtedy się szykowało nie miałam pojęcia. Pegaz jednak okazał się rzeczywistym symbolem mojej wewnętrznej przemiany, wskazał nowe drogi do Prawdy. Prawda zaś była jedyną rzeczą, o którą prosiłam i modliłam się nawet w okresie oddalenia. Nagle wiele rzeczy zdawało się czekać na mnie gdzieś w przestrzeni, szybko znajdowałam odpowiedzi na zadawane pytania. Wszystko zaczęło być jaśniejsze i bardziej mi bliskie. Zaczęłam oczyszczanie.

Po pegazie przyszedł czas na inne zwierzęta, choć wszystkich nie sposób opisać. Pojawił się jednak piękny i dumny paw w koronie, który z jednej strony zdawał się wskazywać coś pięknego i jeszcze nie osiągalnego, z drugiej uwidaczniał błędy, które nadal popełniałam. Prawdopodobnie prócz wszelkich innych ostrzeżeń z tym snem związanych chodziło też o moje ego i konieczność wyzbycia się jego. Paw jest bowiem zarówno symbolem pychy i próżności, jak i również w chrześcijaństwie symbolem nieśmiertelności i zmartwychwstania.

Piękna tego snu nie sposób opisać. Był zupełnie prawdziwy, czułam niemalże piasek pod stopami, gdy szłam po pustyni ze starszym Panem który mnie prowadził. On wskazał mi leżące pod piaskiem stare drewno, jakby kawałek rufy statku - pomyślałam wtedy, że to Arka Noego. On jednak pokazał mi coś mniejszego co też leżało pod piaskiem, podniósł i podał mi do ręki. To była złota moneta, na niej wygrawerowany dumny paw w koronie, odwrócony bokiem, na ogonie cztery mniejsze monety z czterema symbolami religii - krzyż na górze, swastyka...reszty nie pamiętam, ale mam to zapisane. Z boku na niebie, które było tłem na monecie widniała liczba 4 jakby przekreślona przez chrześcijański symbol - rybkę. Nad koroną pawia wygrawerowana była spadająca gwiazda.

"Są rzeczy w niebie i na ziemi,
o których nie śniło się Waszym filozofom"


I mnie również wcześniej wiele się nie śniło, zdarzały się jedynie przebłyski. Takie sny ze znaczeniem pojawiały się dawniej całkiem sporadycznie, wtedy też na siłę podporządkowywałam je pod kategorię zwykłych snów. Teraz z perspektywy czasu jestem gotowa przyznać, że mocno się myliłam. Nie jest jednak łatwo wyciągnąć właściwy wniosek tak od razu. Tym bardziej, kiedy stąpa się jeszcze zbyt mocno po ziemi. A już szczególnie, kiedy w poszukiwaniach natrafi się na ludzi od "uziemiania" (ale o tym innym razem).

W moich nowych "snach" czułam dziwną bliskość z otoczeniem, choć często bywałam
nimi w pewien sposób zaniepokojona, to nie wzbudzały one we mnie jako takiego strachu czy lęku, jak bywało wcześniej z koszmarami. Czułam jednak, że te "sny" również dzieją się na podobnej płaszczyźnie, jakby w podobnej przestrzeni, a może trafniej określić to pewnym, innym niż ziemski poziomem gęstości. Bo powietrze, w którym się wtedy poruszałam różniło się od naszego. W nim normalnością była telepatia, wznoszenie się, unoszenie nad przedmiotami, osobami, latanie, zmienianie postaci z ludzkiej na zwierzęcą, deszcz, który w nim padał był gęsty i rozmywał się spadając z nieba jak krople na szybie, albo oczka oleju w wodzie.

Prócz tych cudownych możliwości jakie nabierał człowiek było tam coś jeszcze, co wzbudziło moją ciekawość. Choć z drugiej strony miałam wrażenie, jakby wcale nie było mi to obce. Były to budowle, jeśli tak można to nazwać wzniesione w tej magicznej, tajemniczej przestrzeni. Wielkie świątynie, ruiny zamków, cudowne ogrody, były też niezwykle skonstruowane i nowoczesne budowle, których technologia nasza nie jest w stanie stworzyć. Nie teraz.

A wszystko to przepełnione Boskim światłem, które działało uleczająco, zachwycająco i olśniewająco. Światło to mieniło się wszystkimi możliwymi do wyobrażenia barwami i było ciepłe jak światło słońca. Było to światło miłości, którego promienie gdy muskały śniącą duszę wzbudzały w niej poczucie bycia kochaną, umiłowaną, oblubienicą.

I nie były to zwykłe sny, jakie zdarza nam się śnić. Wszystko to działo się naprawdę i choć nie potrafię tego wyjaśnić słowami (gdyby serca mogły mówić i słuchać, lepiej by to opisały), to wiem, że były to autentyczne przeżycia. Spotykałam w tych snach różne istoty, przewodników, rozmówców jednorazowych, kobiety, mężczyzn, zwierzęta i dzieci. Wszyscy oni podejmowali ze mną przyjazne rozmowy na tematy dotychczas mi nie znane i nie rozumiane przeze mnie.

"Wzniosłam się jakby w górę, trwało to ułamek sekundy i nastąpiło niemal natychmiast po zamknięciu oczu i przygotowaniu do snu. Jeszcze nie spałam. Była to raczej chwila wyciszenia przed zaśnięciem. Po wzniesieniu się zauważyłam dziwną niby ciemność, która mnie otaczała. Nie była to jednak ciemność straszna, raczej neutralna, obojętna, zupełnie jakbym znajdowała się w pustce. Pustka ta jednak poprzecinana była dziwnymi smugami. Stałam na jednej z nich. Smugi wiły się niczym drogi w różne strony, prowadząc jakby do gwiazd i planet porozrzucanych we wszechświecie. Nagle ni stąd ni zowąd pojawił się obok mnie na białym koniu KTOŚ. Nie powiedziałabym, że to człowiek, bo był niebieski - zupełnie jak wedyjscy bogowie. Poprosił bym wsiadła na konia za nim. Patrzyłam zdziwiona na niego i pomyślałam - Gdzie on chce jechać, jak tu nie ma dróg? - Na co on, jakby czytał mi w myślach wskazał skinieniem ręki na smugi i wyjaśnił, że to takie ich autostrady w niebiosach".

To tylko fragment przeżycia, które było jednym z pierwszych świadomych wejść w inną przestrzeń. W pełni bowiem podczas tego doświadczenia zdawałam sobie sprawę z tego, że przed chwilą położyłam się spać i, że zdążyłam tylko zamknąć oczy. Nagłe wzniesienie się w górę bardzo mnie zdziwiło i widać było po owej postaci, że zaobserwowała moje zdziwienie. Byłam gdzieś ponad ziemią, choć "ponad" to chyba nie właściwe określenie. Byłam po prostu w innym miejscu wszechświata. Poznałam to miejsce jeszcze kiedy indziej, podczas spotkania z białymi istotami, które otworzyły przede mną bramy pięknego świata.

W tych "snach" spotykałam też wielokrotnie siebie samą, a nawet kilka moich sobowtórów na raz. Człowiek w zwykłym śnie z reguły nie widzi, nie obserwuje siebie samego, co najwyżej zdaje sobie sprawę z tego, że jest w nim, ale nie widzi swoich zachowań, min, tego co robi z zewnątrz. A już z całą pewnością nie rozmawia sam ze sobą będąc przy tym w pełni świadomym pozostawania w stanie "snu".

Nigdy nie przeprowadzałam żadnych dziwnych doświadczeń ze snami, wszystko to co się zdarzało przychodziło samo, nagle i nie nie można tego przypisać ciągłemu myśleniu o czymś. Wiele z tych snów opisałam w formie opowiadań czy wierszy, inne tak zwyczajnie jak sny. Nie opisałam tam jednak tych uczuć, bo nie da się tego zrobić.

Doświadczenia o których piszę udowodniły mi, że cisza ma dźwięk i wbrew wszelkim pozorom i sugestiom ludzi, jest to najbardziej harmonijny z dźwięków jakie miałam okazję usłyszeć i poczuć. W takiej tylko ciszy możliwe było dokonanie aktu stworzenia, tylko w takiej ciszy mogła narodzić się pierwotna, czysta myśl. Tylko ta cisza mogłaby być źródłem piękna. Tylko w niej Bóg Ojciec mógł ukochać swoje Dzieci. Tylko w niej możliwe jest ostateczne połączenie ze źródłem - takie odniosłam wrażenie.

W tej właśnie ciszy, niby pustce istoty z innych światów obserwowały mnie, czekały na mnie w różnych miejscach, przywoływały, pokazywały obrazy, znaki, symbole, sytuacje, mówiły, nauczały, wyjaśniały. Efekt "de ja vu" jest dla mnie już codziennością, a "dziwne sny" nie opuszczają mnie ani na krok. Kiedyś czekałam ich z utęsknieniem, gdy zaczęły się pojawiać zdarzało się to średnio raz, dwa razy na miesiąc. Teraz zdarza się nawet kilka w ciągu jednej nocy. Nie jednokrotnie jestem po nich zmęczona i nie wyspana. Ale cóż w tym dziwnego, kiedy prowadzi się prócz codziennego również to tajemnicze nocne życie. W dzień uczyłam się żyć zgodnie z jedyną Prawdą - Miłością. W nocy pobierałam kolejne nauki, wykonywałam nowe zadania i wypełniałam obowiązki do wypełnienia w innej przestrzeni. Wszędzie, nie tylko tutaj znajdowały się istoty, którym można było pomóc, jak też te od których można było wiele się nauczyć. Uczyłam się więc też nocami "przy zgaszonej lampce i zamkniętych oczach". Uczę się nadal, bo nigdy nie wiem, co też nowego Bóg ześle mi tej nocy. Każde jednak z tych doświadczeń przyjmuję z pokorą i miłością.

"Mój Bóg jest Miłością,
Kocha mnie, prowadzi mądrością swą
On i tylko On,
Mój Bóg jest Miłością mą"

(Ich Troje)


cdn...

3. Oct. 2008

GODAN