|
W toku tych wszystkich zmian, o których pisałam wspomniałam o snach.
Nie sądzę
jednak by można je było nazwać zwykłymi snami, takimi jakie śnią nam
się każdego dnia
i zwykle są bardzo abstrakcyjne. Stoję na stanowisku, że jesteśmy w
stanie odróżnić sen
od "snu". Te pierwsze bowiem nie wydają się aż tak realne, nie
poruszają pewnych uczuć,
nie pozostawiają za sobą takich nie jednokrotnie namacalnych śladów. Te zwyczajne sny rzadko się spełniają, jeszcze rzadziej w ogóle
zwracają naszą uwagę - choć osobiście uważam, że każdy sen może mieć
znaczenie. Z tych zwykłych snów jednak potrafimy się śmiać. Inaczej
jest jednak ze "snami".

Te budują wokół siebie dziwną otoczkę tajemniczości, pojawiają się w
najmniej
oczekiwanych momentach i zwykle po wybudzeniu jesteśmy przekonani,
że to działo się naprawdę. I choć może się to niektórym wydać
zaskakujące -
zwykle tak właśnie jest!

Takie "sny" zdarzały mi się już dużo wcześniej, nawet kiedy byłam
jeszcze małą dziewczynką. W owym jednak czasie lunął na mnie ulewny
deszcz "snów". Zaczęłam wówczas spotykać w tym stanie tajemnicze
postacie w białych szatach, jaśniejące blaskiem słońca, ciepłe i
otwarte. Istoty te za każdym razem do mnie przemawiały, mówiły -
choć nie widziałam ruchu warg - jakby telepatycznie.

Uczyły mnie - takie odnosiłam wrażenie. Rozumiałam wszystko w tym
"śnie", lecz
po przebudzeniu nie potrafiłam powtórzyć ani słowa. Nie mniej
jednak, kiedy wykonywałam różne czynności, czy podejmowałam różne
decyzje czułam w środku, że działam zgodnie
z tym co mi powiedziały. Zupełnie jakby ktoś zapisał mi gdzieś w
moim wnętrzu jakieś zalecenia, które odczytać umiała tylko moja
dusza, a rozum nie miał do nich dostępu.

W tych dniach zaczęłam również zauważać zmiany dotyczące mojego
życia. Przestały |bawić mnie i interesować rzeczy, które do tej pory
odciągały moją uwagę od istoty życia. Stawałam się sobą w pełni,
zaczynałam być człowiekiem, takim jakim byłam przed zboczeniem ze
ścieżki. Znajomi opowiadali o rzeczach, które mnie nie pociągały,
nie wzbudzały we mnie żadnych emocji. Z czasem samo ich towarzystwo
stawało się nudne
i męczące. Z tym uczuciem również próbowałam walczyć. Myślałam, że
to ze mną jest
coś nie tak, że znów ja coś zmieniam, nawalam, że to oddalanie się
od nich to moja wina. Jednak "sny" utwierdzały mnie w przekonaniu,
że tak jest dobrze.
Po postaciach w białych szatach nadszedł czas na zmasowaną
symbolikę, przesłania,
wizje, obrazy. Każda zmiana w życiu poprzedzona była "snem
przepowiadającym".
Moje modlitwy stawały się co raz bardziej prawdziwe, w miłości i
dobroci.
Przypomniałam sobie, że
moja obietnica
złożona Bogu nie wygasła,, że
cierpienia są moim darem dla Niego, a może i Jego darem dla mnie.
Modlitwa mi pomagała. Głosy
zaczynały ucichać. Przyszedł okres spokoju, stagnacji, nic nie
myślałam, nie czułam, że żyję, po prostu odpoczywałam, tylko
oddychając, wypełniając swoje obowiązki. Byłam pusta, jakby ktoś
zostawił puste ciało pozbawione uczuć, serca, duszy... tabula rasa.
Tak się wtedy czułam.
Pierwszym przełomowym snem był "sen" z
pięknym białym
pegazem w roli głównej, którego skrzydła jakby chciały mnie
otulić, a wokół rozkwitał ogród pełen kolorowych kwiatów.

Co wtedy się szykowało nie miałam pojęcia.
Pegaz jednak
okazał się rzeczywistym symbolem mojej wewnętrznej przemiany,
wskazał nowe drogi do Prawdy. Prawda zaś była jedyną rzeczą,
o którą prosiłam i modliłam się nawet w okresie oddalenia. Nagle
wiele rzeczy zdawało się czekać na mnie gdzieś w przestrzeni, szybko
znajdowałam odpowiedzi na zadawane pytania. Wszystko zaczęło być
jaśniejsze i bardziej mi bliskie. Zaczęłam oczyszczanie.
Po pegazie przyszedł czas na inne zwierzęta, choć wszystkich nie
sposób opisać.
Pojawił się jednak piękny i dumny paw w koronie, który z jednej
strony zdawał się wskazywać coś pięknego i jeszcze nie osiągalnego,
z drugiej uwidaczniał błędy, które nadal popełniałam. Prawdopodobnie
prócz wszelkich innych ostrzeżeń z tym snem związanych chodziło też
o moje ego i konieczność wyzbycia się jego.
Paw
jest bowiem zarówno symbolem pychy
i próżności, jak i również w chrześcijaństwie symbolem
nieśmiertelności i zmartwychwstania.

Piękna tego snu nie sposób opisać. Był zupełnie prawdziwy, czułam
niemalże piasek pod stopami, gdy szłam po pustyni ze starszym Panem
który mnie prowadził. On wskazał mi leżące pod piaskiem stare
drewno, jakby kawałek rufy statku - pomyślałam wtedy, że to Arka
Noego. On jednak pokazał mi coś mniejszego co też leżało pod
piaskiem, podniósł i podał mi do ręki. To była złota moneta, na niej
wygrawerowany dumny paw w koronie, odwrócony bokiem, na ogonie
cztery mniejsze monety z czterema symbolami religii - krzyż na
górze, swastyka...reszty nie pamiętam, ale mam to zapisane. Z boku na
niebie, które było tłem na monecie widniała liczba 4 jakby
przekreślona przez chrześcijański symbol - rybkę. Nad koroną pawia
wygrawerowana była spadająca gwiazda.

"Są rzeczy w
niebie i na ziemi,
o których nie śniło się Waszym filozofom"

I mnie również wcześniej wiele się nie śniło, zdarzały się jedynie
przebłyski.
Takie sny ze znaczeniem pojawiały się dawniej całkiem sporadycznie,
wtedy też na siłę podporządkowywałam je pod kategorię zwykłych snów.
Teraz z perspektywy czasu jestem gotowa przyznać, że mocno się
myliłam. Nie jest jednak łatwo wyciągnąć właściwy wniosek tak od
razu. Tym bardziej, kiedy stąpa się jeszcze zbyt mocno po ziemi. A
już szczególnie, kiedy w poszukiwaniach natrafi się na ludzi od
"uziemiania" (ale o tym innym razem).
W moich nowych "snach" czułam dziwną bliskość z otoczeniem, choć
często bywałam
nimi w pewien sposób zaniepokojona, to nie wzbudzały one we mnie
jako takiego strachu
czy lęku, jak bywało wcześniej z koszmarami. Czułam jednak, że te
"sny" również dzieją
się na podobnej płaszczyźnie, jakby w podobnej przestrzeni, a może
trafniej określić to pewnym, innym niż ziemski poziomem gęstości. Bo
powietrze, w którym się wtedy poruszałam różniło się od naszego. W
nim normalnością była telepatia, wznoszenie się, unoszenie nad
przedmiotami, osobami, latanie, zmienianie postaci z ludzkiej na
zwierzęcą, deszcz, który w nim padał był gęsty i rozmywał się
spadając z nieba jak krople na szybie,
albo oczka oleju w wodzie.

Prócz tych cudownych możliwości jakie nabierał człowiek było tam coś
jeszcze, co wzbudziło moją ciekawość. Choć z drugiej strony miałam
wrażenie, jakby wcale nie było mi to obce. Były to budowle, jeśli
tak można to nazwać wzniesione w tej magicznej, tajemniczej
przestrzeni. Wielkie świątynie, ruiny zamków, cudowne ogrody, były
też niezwykle skonstruowane i nowoczesne budowle, których
technologia nasza nie jest w stanie stworzyć. Nie teraz.

A wszystko to przepełnione Boskim światłem, które działało
uleczająco, zachwycająco i olśniewająco. Światło to mieniło się
wszystkimi możliwymi do wyobrażenia barwami i było ciepłe jak
światło słońca. Było to światło miłości, którego promienie gdy
muskały śniącą duszę wzbudzały w niej poczucie bycia kochaną,
umiłowaną, oblubienicą.

I nie były to zwykłe sny, jakie zdarza nam się śnić. Wszystko to
działo się naprawdę i choć nie potrafię tego wyjaśnić słowami (gdyby
serca mogły mówić i słuchać, lepiej by to opisały), to wiem, że były
to autentyczne przeżycia. Spotykałam w tych snach różne istoty,
przewodników, rozmówców jednorazowych, kobiety, mężczyzn, zwierzęta
i dzieci. Wszyscy oni podejmowali ze mną przyjazne rozmowy na tematy
dotychczas mi nie znane i nie rozumiane przeze mnie.
"Wzniosłam się jakby w górę, trwało to ułamek sekundy i
nastąpiło niemal natychmiast po zamknięciu oczu i
przygotowaniu do snu. Jeszcze nie spałam. Była to raczej
chwila wyciszenia przed zaśnięciem. Po wzniesieniu się
zauważyłam dziwną niby ciemność, która mnie otaczała. Nie
była to jednak ciemność straszna, raczej neutralna,
obojętna, zupełnie jakbym znajdowała się w pustce. Pustka ta
jednak poprzecinana była dziwnymi smugami. Stałam na jednej
z nich. Smugi wiły się niczym drogi w różne strony,
prowadząc jakby do gwiazd i planet porozrzucanych we
wszechświecie. Nagle ni stąd ni zowąd pojawił się obok mnie
na białym koniu KTOŚ. Nie powiedziałabym, że to człowiek, bo
był niebieski - zupełnie jak wedyjscy bogowie. Poprosił bym
wsiadła na konia za nim. Patrzyłam zdziwiona na niego i
pomyślałam - Gdzie on chce jechać, jak tu nie ma dróg? - Na
co on, jakby czytał mi w myślach wskazał skinieniem ręki na
smugi i wyjaśnił, że to takie ich autostrady w niebiosach".

To tylko fragment przeżycia, które było jednym z pierwszych
świadomych wejść w inną przestrzeń. W pełni bowiem podczas tego
doświadczenia zdawałam sobie sprawę z tego, że przed chwilą
położyłam się spać i, że zdążyłam tylko zamknąć oczy. Nagłe
wzniesienie się w górę bardzo mnie zdziwiło i widać było po owej
postaci, że zaobserwowała moje zdziwienie. Byłam gdzieś ponad
ziemią, choć "ponad" to chyba nie właściwe określenie. Byłam po
prostu w innym miejscu wszechświata. Poznałam to miejsce jeszcze
kiedy indziej, podczas spotkania z białymi istotami, które otworzyły
przede mną bramy pięknego świata.

W tych "snach" spotykałam też wielokrotnie siebie samą, a nawet
kilka moich sobowtórów na raz. Człowiek w zwykłym śnie z reguły nie
widzi, nie obserwuje siebie samego, co najwyżej zdaje sobie sprawę z
tego, że jest w nim, ale nie widzi swoich zachowań, min, tego co
robi z zewnątrz. A już z całą pewnością nie rozmawia sam ze sobą
będąc przy tym w pełni świadomym pozostawania w stanie "snu".
Nigdy nie przeprowadzałam żadnych dziwnych doświadczeń ze snami,
wszystko to co się zdarzało przychodziło samo, nagle i nie
nie można tego przypisać ciągłemu myśleniu o czymś. Wiele z tych
snów opisałam w formie opowiadań czy wierszy, inne tak zwyczajnie
jak sny. Nie opisałam tam jednak tych uczuć, bo nie da się tego
zrobić.
Doświadczenia o których piszę udowodniły mi, że cisza ma dźwięk i
wbrew wszelkim pozorom i sugestiom ludzi, jest to najbardziej
harmonijny z dźwięków jakie miałam okazję usłyszeć i poczuć. W
takiej tylko ciszy możliwe było dokonanie aktu stworzenia, tylko w
takiej ciszy mogła narodzić się pierwotna, czysta myśl. Tylko ta
cisza mogłaby być źródłem piękna. Tylko w niej Bóg Ojciec mógł
ukochać swoje Dzieci. Tylko w niej możliwe jest ostateczne
połączenie ze źródłem - takie odniosłam wrażenie.

W tej właśnie ciszy, niby pustce istoty z innych światów obserwowały
mnie, czekały na mnie w różnych miejscach, przywoływały, pokazywały
obrazy, znaki, symbole, sytuacje, mówiły, nauczały, wyjaśniały.
Efekt "de ja vu" jest dla mnie już codziennością, a "dziwne sny" nie
opuszczają mnie ani na krok. Kiedyś czekałam ich z utęsknieniem, gdy
zaczęły się pojawiać zdarzało się to średnio raz, dwa razy na
miesiąc. Teraz zdarza się nawet kilka w ciągu jednej nocy. Nie
jednokrotnie jestem po nich zmęczona i nie wyspana. Ale cóż w tym
dziwnego, kiedy prowadzi się prócz codziennego również to tajemnicze
nocne życie. W dzień uczyłam się żyć zgodnie z jedyną Prawdą -
Miłością. W nocy pobierałam kolejne nauki, wykonywałam nowe zadania
i wypełniałam obowiązki do wypełnienia w innej przestrzeni.
Wszędzie, nie tylko tutaj znajdowały się istoty, którym można było
pomóc, jak też te od których można było wiele się nauczyć. Uczyłam
się więc też nocami "przy zgaszonej lampce i zamkniętych oczach".
Uczę się nadal, bo nigdy nie wiem, co też nowego Bóg ześle mi tej
nocy. Każde jednak z tych doświadczeń przyjmuję z pokorą i miłością.

"Mój Bóg jest Miłością,
Kocha mnie, prowadzi mądrością swą
On i tylko On,
Mój Bóg jest Miłością mą"
(Ich Troje)
cdn...
3. Oct. 2008
GODAN
|