|

Z chwilą, gdy otwierała mi się coraz bardziej czakra serca,
przeżywałam
ogromne wewnętrzne cierpienie. W mojej psychice odblokowały się
potężne
pokłady negatywnych emocji, nieraz odnosiłam wrażenie, że
transmutuję całą swoją
karmę, ze wszystkich wcieleń. Do głosu dochodziły różne przeżycia,
które oglądałam
jak na zwolnionym filmie. Musiałam jeszcze raz przeżyć to wszystko,
aby jak się później okazało uwolnić się od tego balastu raz na
zawsze. Nieraz miałam przypływ takiej agresji,
że z trudem radziłam sobie z panowaniem nad nią. Czasami myślałam
sobie, czy to rzeczywiście moje emocje. Przecież niczego takiego
wcześniej u siebie nie obserwowałam. Przechodziłam prawdziwy
czyściec na Ziemi, ale dzięki niemu dostąpiłam całkowitego
oczyszczenia, które przygotowywało mnie na spotkanie z Boskim
pierwiastkiem w mojej duszy. Wtedy zrozumiałam, że podobny proces
oczyszczenia muszą przejść dusze po swojej śmierci, które za życia
nie dokonały transmutacji negatywnych emocji i nie wyzwoliły w pełni
miłości. Dzięki temu będą mogły dostąpić zaszczytu obcowania z
Bogiem.

Podczas otwierania i oczyszczania czakry serca towarzyszyły mi
bardzo dziwne sny.
Nieraz byłam w nich poddawana jakimś rytuałom szamańskim, musiałam
pokonywać niebezpieczne przeszkody, czułam się jakbym odbywała
podróż do wnętrza Ziemi,
do jej mandalicznego środka. Ile przeżyłam przy tym przerażenia,
strachu to jeden
Bóg raczył wiedzieć. Te sny bardzo mi pomogły zrozumieć książki
Mircea Eliadego,
który będąc historykiem religii wyjaśniał dogłębnie te kwestie. W
tym czasie wzrosło
o 100% zainteresowanie ezoteryką i psychologią głębi (dziełami C. G.
Junga i jego uczniów). Różne pozycje same wpadały mi dziwnym trafem
w ręce. Czułam jakby czekały na mnie.

W tym czasie prowadziły mnie sny o chrzcie wodą i ogniem. Była to
prawdziwa ogniowa próba, kiedy boski ogień idący wprost z Kościoła,
oczyszcza doszczętnie moje ciało, które nie ulega spaleniu, ani
nawet uszkodzeniu. Przypuszczam, że to było działanie Ducha św.

Z chwilą otwarcia czakramu serca w moim życiu zaszły duże zmiany. W
tedy
po raz pierwszy doświadczyłam czym jest uniwersalna miłość, często
na mojej
drodze stawały osoby potrzebujące pomocy. Teraz wiem, że to był test
dla mnie,
czy podołam, jak się zachowam. Zmieniła się również moja dieta. Mój
organizm odrzucił mięso i domagał się innego pożywienia. I tak
zaczęłam się żywić owocami i warzywami. Waga ciała unormowała się,
cały organizm zaczął pracować inaczej, jakby doskonalej.
W tym także czasie zaczęłam inaczej rozumieć teksty biblijne,
inaczej pojmowałam życia, jakby ktoś ściągnął mi zasłonę z oczu.
Zaczęłam rozumieć czym jest prawdziwe życie. Bardzo zintegrowałam
się z przyrodą, ze światem zwierząt. Czułam się prawdziwie ich
częścią. Były to niesamowite odczucia, bo nigdy wcześniej takich nie
doświadczałam.
Ale nie był to koniec drogi, w moim życiu ciągle zachodziły
zadziwiające mnie wydarzenia.

Po pełnym otwarciu czakry serca, które zostało " zapowiedziane"
przez piękny sen
(otóż pewnego razu znalazłam się o
centrum Ziemi, był to okrąg wypełniony czarną
glebą, w środku którego znajdowało się piękne serce. Jakaś
niewidzialna dla mnie osoba wypowiedziała trzykrotnie słowo:
SERCE, SERCE, SERCE).
Był to dla mnie znak, że
od tego momentu w swoim życiu muszę się kierować sercem, a nie
rozumem jak to
było do tej pory. Powoli uczyłam się patrzenia na otaczający mnie
świat oczami duszy. Inaczej jak do tej pory, kiedy postrzegałam
świat swoimi fizycznymi oczami. Patrzenie oczami serca , to
patrzenie oczami duszy, która nigdy nie kłamie i ukazuje świat takim
jakim jest naprawdę. Ile rzeczy dostrzega się w ten sposób, tego
nasze ziemskie oczy
nigdy nie zobaczą, bo są skażone subiektywizmem i iluzją. Od tego
momentu czułam ogromne współczucie do wszystkich istot. Nieraz
miałam ochotę ich uściskać,
tak spontanicznie, bez okazji i tylko dlatego, że po prostu są.

Od tego momentu bardzo polubiłam samotność, często szukałam okazji,
aby
pobyć w odosobnieniu. Drażnił mnie zgiełk i huk. Wydawało mi się to
teraz takie
nienaturalne, chociaż do tej pory mi to nie przeszkadzało. Nieraz to
aż tęskniłam
za tą chwilą, w której zanurzę się w tej wspaniałej ciszy. Była
prawdziwym balsamem
na duszę po trudach całego dnia. Wtedy na nowo się odradzałam i
nabierałam nowych
sił do dalszego egzystowania. Trwając w takim stanie świadomości
wcale nie czułam
się samotna, nie przeszkadzało mi, że w tej chwili nikt mi z ludzi
nie towarzyszy, bo
wtedy towarzyszył mi sam Bóg. Takie rzeczy się czuje, chociaż ich
się nie widzi. Przeżywałam wtedy taką niesamowitą radość (
trudno nazwać te uczucia,
trzeba ich doświadczyć), jakbym spotkała najserdeczniejszego
przyjaciela
po długich latach rozłąki i nie mogła się nacieszyć jego obecnością.

cdn...
6 list. 2008
MARIA
|