NASZE DOŚWIADCZENIA

RWA KULSZOWA CZY... KUNDALINI?
(CZĘŚĆ 2)
LINK! DO CZĘŚCI 1

LINK! DO CZĘŚCI 3

 

W piątek się urodził i tego samego dnia po wielu latach zmarł. Kilka lat przed jego odejściem było dla nas bardzo trudnych. Była to walka o przetrwanie, która nam się nie udała. Kiedy dotarł do mojej świadomości fakt, że męża nie ma, byłam wściekła i na niego i na Pana Boga, że z całym tym życiowym fiaskiem zostałam sama. Miałam ochotę usiąść w kącie, nakryć się czymś i tak już pozostać. Jednocześnie instynkt samozachowawczy podpowiadał mi, że jeśli to zrobię, to mogę już z tego kąta nie wyjść. Zawalił się jedynie mój świat, gdyż ten na zewnątrz toczył się dalej, jakby nic się nie stało.

Szybki powrót do życia był konieczny i bardzo dla mnie zbawienny. Nie miałam zbyt wiele czasu na rozmyślania i przeżywanie żałoby. Natomiast bardzo gorąco modliłam się za męża (a miałam za co, oj miałam), szczególnie zaś aby Pan Bóg pomógł mu wybaczyć samemu sobie. Wiem, że pomogło, ponieważ po jakimś czasie mąż kilkakrotnie mi dziękował (we śnie oczywiście).

Wkrótce miałam króciutki sen: stałam na ulicy, na jezdni. Po lewej stronie na chodniku stała sobie w szklanym wazonie jedna, piękna czerwona róża, po prawej zaś leżał olbrzymi, zdychający wąż. Ja okropnie się ich i boję i brzydzę, lecz ten był już absolutnie niegroźny, ponieważ wyglądał tak, jakby ktoś z niego powietrze spuścił . Jeszcze się poruszał, lecz były to jego ostatnie "podrygi". Sen ten wywołał u mnie poczucie spokoju, więc myślałam, że po tym, co mnie spotkało, los potraktuje mnie łaskawie i zacznie mi sprzyjać, tym bardziej, że mój dotychczasowy bagaż życiowy był dosyć ciężki.

O naiwności ludzka, cokolwiek chciałam uporządkować, zmienić, poprawić - tam napotykałam mur. Nowe kłopoty i zmartwienia pojawiały się, jakby ktoś z nimi wór otworzył. Zaczęłam szukać przyczyny tego fatum i nie mogłam znaleźć. Myślenie, że robię coś nie tak, odpadało z uwagi na to, że podjęte działania były logiczne i racjonalne. Zaczęłam się więc zastanawiać skąd taka niemożność ruszenia choćby mały kroczek do przodu. Moje działania przypominały poruszanie się raka - co zrobi krok do przodu, to cofa się dwa do tyłu. W końcu zadzwoniłam do koleżanki, która zajmowała się ezoteryką i pytam - co się dzieje, o co w tym wszystkim chodzi. Naopowiadała mi takich tam, że otaczają mnie negatywne energie, które blokują moje działania i odesłała do koleżanki, która poradziła mi wizualizację złotego światła - otaczanie się nim, co miało stanowić moją ochronę. Jestem osobą dość sceptyczną, która wiele spraw "cedzi" przez własne sito, lecz pomyślałam sobie, że być może "coś" jest na rzeczy.

Był już grudzień 1997, kiedy zaczęłam wizualizację. Nie miałam żadnego przygotowania, nie wiedziałam też jak mam to robić. Zaufałam więc własnej intuicji. Kiedy kładłam się spać, zamykałam oczy i próbowałam zobaczyć choćby iskierkę złotego światła. Nie było to łatwe, ponieważ ciągle mi umykało. Trudno było utrzymać ciągłą koncentrację. Jednak z czasem szło mi coraz lepiej. Gdybym wtedy wiedziała co robię ! Kiedy zaczęło mi się udawać widzieć to światło przed oczami, wlewałam je sobie przez czubek głowy do środka ciała i tak aż do stóp. Z czasem zaczęłam wizualizować, że to światło wychodzące z mojego ciała promieniuje na moje mieszkanie (w tym czasie dostałam już mieszkanie z gminy), potem na kamienicę, w której mieszkam, potem na całe miasto, na kraj, na świat, aż doszłam do naszej biednej ziemi i zaczęłam ją otaczać złotym światłem. Doszłam już do takiego punktu, że kiedy zamykałam oczy widziałam piękne, migoczące jak masa perłowa światło za zamkniętymi oczami. Miałam wręcz odczucie pływania, zanurzania się w nim, co było niezwykle dojmująco przyjemne.

Od pierwszej chwili, kiedy zaczęłam wizualizację, moją intencją było dobro nie tylko moje, lecz przede wszystkim ludzi. Myślałam podczas tych wizualizacji, że jeśli wszyscy na świecie będą szczęśliwi, to ja też, bo w takim świecie nie ma miejsca na niczyje łzy, a tym bardziej zło. Modliłam się też - to były moje rozmowy z Panem Bogiem i ich treść tutaj pominę. Smutne było, że kiedy obejmowałam światłem kulę ziemską, to wisiał nad nią egregor, taki ciężki, gęsty i mroczny, który uformowała ludzkość. To mobilizowało mnie jeszcze bardziej, same zaś wizualizacje sprawiały mi ogromną radość.

Była już chyba połowa 1999 roku, kiedy któregoś dnia poczułam silny ból w okolicy jajników. Niby nic nadzwyczajnego, kobiecie zawsze może się zdarzyć; kiedy jednak zaczęły boleć mnie coraz bardziej a do tego jeszcze ten, którego nie było, czyli usunięty, zaczęłam się wkurzać, że jeszcze tego mi brakuje - choroby. Niestety, w ciągu trzech dni zaczęłam się z bólu skręcać a kiedy nogi w pozycji leżącej zaczęły mi same - A co to takiego, pytam. - No cóż - kręgosłup - odpowiedział. Musi pani uważać do końca nieopaczne stąpnięcie i powrót do łóżka. Przepisał mi leki przeciwbólowe - Tramal - z czego wzięłam zgodnie z zaleceniem 1 tabletkę, zła że nie mogę więcej, bo zjadłabym wszystko, żeby tylko ból minął, a nie wiedziałam, że jest na bazie narkotyku. Więc nie dosyć, że obolała, to jeszcze otumaniona, leżałam jak kupka nieszczęścia a ból nie mijał. Odstawiłam więc to "cudo".

Dopiero po dwóch tygodniach mogłam zacząć myśleć o tym, co się właściwie stało. Dochodziłam do siebie prawie dwa m-ce. Przez pół roku lewa noga była odrętwiała. Zaczęłam myśleć, że tak być nie może. Jestem osobą dość energiczną i perspektywa ciągłego uważania na każdy krok była dla mnie nie do przyjęcia. Przecież jeszcze dwa lata temu byłam bardzo porozciągana, ponieważ ćwiczyłam i to intensywnie, więc skąd ten atak? - Być może - pomyślałam - zbyt długotrwały stres spowodował takie usztywnienie mięśni, że kiedy nerwy zaczęły mi odpuszczać, odezwał się kręgosłup. Szybko powróciłam do intensywnych ćwiczeń lecz bóle jeszcze powracały. Chodzenie w pozycji "na szeryfa" wkurzało mnie coraz bardziej. Kiedy pojechałam do specjalisty, do którego zjeżdżali się ludzie z całego świata, zanim zdecydowali się na operację, ten mi zarzucił, że nie ćwiczę. Powiedziałam, że ćwiczę. - Tak ? - powiedział, to zrób, to czy tamto ćwiczenie. Kiedy zrobiłam, nie odezwał się nic. Zrobiłam prześwietlenie. Owszem to krzywe, tamto krzywe.

Kilka lat wcześniej wzywałam pogotowie, ponieważ byłam przekonana, że to atak serca. Lekarz stwierdził, że jest ok. i też wysłał mnie na prześwietlenie kręgosłupa. Kiedyś w tym miejscu miałam tak silny ból, że jakaś dziwna żyła wyszła mi między piersiami. Nie należę do bojących, więc jak przeszło, to powiedziałam ok. Ci, którzy wiedzą, jak fajnie się wtedy łypie odrobinkę powietrza, wiedzą jak to jest. Pomyślałam więc, że jest teraz moda na schorzenia kręgosłupa, bo jak lekarz nie wie co jest, to mówi - kręgosłup. W ciągu roku od ataku rwy byłam tak porozciągana, że nawet nie wiedziałam iż robię zaawansowane ćwiczenia yogi.

W międzyczasie nie zaprzestawałam swoich wizualizacji. W tym czasie miałam jeden sen, który z perspektywy oceniłam jako bardzo znaczący. Śniłam, że idę bardzo ładną droga wzdłuż lasu, po prawej stronie był cmentarz ogrodzony siatką. Przy siatce było bardzo wiele duchów, które mnie nawoływały abym do nich przyszła. Nie mogłam uciec ani zawrócić z tej drogi, po prostu musiałam ją przejść. Miałam jednak świadomość, że dopóty ja tam nie wejdę one nic mi nie zrobią. Jednocześnie wiedziałam, że gdybym tam weszła rozdarłyby mnie na strzępy. Im zaś nie WOLNO BYŁO wyjść poza siatkę. Kiedy przeszłam tę drogę, na jej końcu stała wiklinowa ławka. Usiadłam, taka już spokojna i usłyszałam kwilenie dziecka. Kiedy się rozejrzałam, zobaczyłam na ławce po swojej lewej ręce niemowlę, bardzo blade i wychudzone (snów o takich niemowlętach miałam bardzo wiele, zawsze wylatywały mi z ręki, lecz w ostatniej chwili je utrzymałam). Wzięłam je więc na ręce i zaczęłam karmić ... przez pępek, z którego tryskała ogromna ilość pokarmu.

Z czasem zaczęły się tzw. sny we śnie, czyli świadomość tego, iż wiem, że to sen i podejmuję w czasie jego trwania świadome działanie. Były one dla mnie niepokojące, ponieważ zaczęli mi się schodzić do domu " z tamtej" strony. Dopóty, dopóki jednak byli to bliscy mi ludzie, umiałam to sobie jakoś wytłumaczyć i nie było we mnie lęku, wręcz przeciwnie, czułam ich opiekę. Kiedy jednak : " śni mi się, że jestem w swoim domu w łazience, jest noc a ja wiem, że to sen, do przedpokoju wchodzi obcy mężczyzna (do dziś mogę go opisać), ja natychmiast mam świadomość tego, że jest to duch i chce wejść dalej do mojego mieszkania, tak jakby chciał się tu zadomowić. Ze strachu uruchomiły mi się wszystkie styki w głowie. Mówię do siebie, pomyśl, przecież czytałaś o tym, wiesz, co masz zrobić. Wyszłam z łazienki i powiedziałam bardzo stanowczym głosem: - proszę stąd natychmiast wyjść, natychmiast. Odwrócił się i bez protestu wyszedł.

Jeszcze niczego nie skojarzyłam. Dalej robiłam wizualizację. Znów ktoś przyszedł, tym razem ktoś żyjący, tylko chory na schizofrenię, bliska osoba z mojej rodziny. Kiedy chciała mnie pocałować na przywitanie, wystawiłam ręce chroniąc się w ten sposób, albowiem pojawiła się natychmiastowa świadomość tego, że w czasie snu jestem bezbronna wobec jej "choroby". Uszanowała to. Spytała mnie jednak: - ciociu, zrobiłaś, co miałaś zrobić? Do dzisiaj nie wiem o co chodziło, aczkolwiek się domyślam.

cdn...

Łódź, 7 paź. 2008

JAGODA