|

W
piątek się urodził
i tego samego dnia po wielu latach zmarł. Kilka lat przed jego
odejściem było dla nas
bardzo trudnych. Była to walka o przetrwanie, która nam się nie
udała. Kiedy dotarł do
mojej świadomości fakt, że męża nie ma, byłam wściekła i na niego i
na Pana Boga, że
z całym tym życiowym fiaskiem zostałam sama. Miałam ochotę usiąść w
kącie, nakryć
się czymś i tak już pozostać. Jednocześnie instynkt samozachowawczy
podpowiadał mi,
że jeśli to zrobię, to mogę już z tego kąta nie wyjść. Zawalił się
jedynie mój świat, gdyż ten
na zewnątrz toczył się dalej, jakby nic się nie stało.

Szybki powrót do życia był konieczny i bardzo dla mnie zbawienny.
Nie miałam zbyt wiele czasu na rozmyślania i przeżywanie żałoby.
Natomiast bardzo gorąco modliłam się za męża
(a miałam za co, oj miałam),
szczególnie zaś aby Pan Bóg pomógł mu wybaczyć samemu sobie. Wiem,
że pomogło, ponieważ po jakimś czasie mąż kilkakrotnie mi dziękował
(we śnie oczywiście).

Wkrótce miałam króciutki sen: stałam na ulicy, na jezdni. Po lewej
stronie na chodniku
stała sobie w szklanym wazonie jedna, piękna czerwona róża, po
prawej zaś leżał olbrzymi, zdychający wąż. Ja okropnie się ich i
boję i brzydzę, lecz ten był już absolutnie niegroźny, ponieważ
wyglądał tak, jakby ktoś z niego powietrze spuścił . Jeszcze się
poruszał, lecz były to jego ostatnie "podrygi". Sen ten wywołał u
mnie poczucie spokoju, więc myślałam, że po tym, co mnie spotkało,
los potraktuje mnie łaskawie i zacznie mi sprzyjać, tym bardziej, że
mój dotychczasowy bagaż życiowy był dosyć ciężki.

O naiwności ludzka, cokolwiek chciałam uporządkować, zmienić,
poprawić - tam napotykałam mur. Nowe kłopoty i zmartwienia pojawiały
się, jakby ktoś z nimi wór
otworzył. Zaczęłam szukać przyczyny tego fatum i nie mogłam znaleźć.
Myślenie,
że robię coś nie tak, odpadało z uwagi na to, że podjęte działania
były logiczne i racjonalne. Zaczęłam się więc zastanawiać skąd taka
niemożność ruszenia choćby mały kroczek do przodu. Moje działania
przypominały poruszanie się raka - co zrobi krok do przodu, to cofa
się dwa do tyłu. W końcu zadzwoniłam do koleżanki, która zajmowała
się ezoteryką i pytam - co się dzieje, o co w tym wszystkim chodzi.
Naopowiadała mi takich tam, że otaczają mnie negatywne energie,
które blokują moje działania i odesłała do koleżanki, która
poradziła mi wizualizację złotego światła - otaczanie się nim, co
miało stanowić moją ochronę. Jestem osobą dość sceptyczną, która
wiele spraw "cedzi" przez własne sito, lecz pomyślałam sobie, że być
może "coś" jest na rzeczy.

Był już grudzień 1997, kiedy zaczęłam wizualizację. Nie miałam
żadnego przygotowania,
nie wiedziałam też jak mam to robić. Zaufałam więc własnej intuicji.
Kiedy kładłam się spać, zamykałam oczy i próbowałam zobaczyć choćby
iskierkę złotego światła. Nie było to łatwe, ponieważ ciągle mi
umykało. Trudno było utrzymać ciągłą koncentrację. Jednak z czasem
szło mi coraz lepiej. Gdybym wtedy wiedziała co robię ! Kiedy
zaczęło mi się udawać widzieć to światło przed oczami, wlewałam je
sobie przez czubek głowy do środka ciała
i tak aż do stóp. Z czasem zaczęłam wizualizować, że to światło
wychodzące z mojego ciała promieniuje na moje mieszkanie (w
tym czasie dostałam już mieszkanie z gminy), potem na
kamienicę, w której mieszkam, potem na całe miasto, na kraj, na
świat, aż doszłam do naszej biednej ziemi i zaczęłam ją otaczać
złotym światłem. Doszłam już
do takiego punktu, że kiedy zamykałam oczy widziałam piękne,
migoczące jak masa
perłowa światło za zamkniętymi oczami. Miałam wręcz odczucie
pływania, zanurzania
się w nim, co było niezwykle dojmująco przyjemne.

Od pierwszej chwili, kiedy zaczęłam wizualizację, moją intencją było
dobro nie tylko moje, lecz przede wszystkim ludzi. Myślałam podczas
tych wizualizacji, że jeśli wszyscy na świecie będą szczęśliwi, to
ja też, bo w takim świecie nie ma miejsca na niczyje łzy, a tym
bardziej zło. Modliłam się też - to były moje rozmowy z Panem Bogiem
i ich treść tutaj pominę. Smutne było, że kiedy obejmowałam światłem
kulę ziemską, to wisiał nad nią egregor, taki ciężki, gęsty i
mroczny, który uformowała ludzkość. To mobilizowało mnie jeszcze
bardziej, same zaś wizualizacje sprawiały mi ogromną radość.

Była już chyba połowa 1999 roku, kiedy któregoś dnia poczułam silny
ból w okolicy jajników. Niby nic nadzwyczajnego, kobiecie zawsze
może się zdarzyć; kiedy jednak zaczęły boleć mnie coraz bardziej a
do tego jeszcze ten, którego nie było, czyli usunięty, zaczęłam się
wkurzać, że jeszcze tego mi brakuje - choroby. Niestety, w ciągu
trzech dni zaczęłam się
z bólu skręcać a kiedy nogi w pozycji leżącej zaczęły mi same
- A co to takiego, pytam.
- No cóż - kręgosłup - odpowiedział. Musi pani uważać do końca
nieopaczne stąpnięcie i powrót do łóżka.
Przepisał mi leki przeciwbólowe -
Tramal - z czego wzięłam zgodnie z zaleceniem 1 tabletkę, zła
że nie mogę więcej, bo zjadłabym wszystko, żeby tylko ból minął, a
nie wiedziałam, że jest na bazie narkotyku. Więc nie dosyć, że
obolała, to jeszcze otumaniona, leżałam jak kupka nieszczęścia a ból
nie mijał. Odstawiłam więc to "cudo".
Dopiero po dwóch tygodniach mogłam zacząć myśleć o tym, co się
właściwie stało. Dochodziłam do siebie prawie dwa m-ce. Przez pół
roku lewa noga była odrętwiała. Zaczęłam myśleć, że tak być nie
może. Jestem osobą dość energiczną i perspektywa ciągłego uważania
na każdy krok była dla mnie nie do przyjęcia. Przecież jeszcze dwa
lata temu byłam bardzo porozciągana, ponieważ ćwiczyłam i to
intensywnie, więc skąd ten atak?
- Być może - pomyślałam - zbyt długotrwały stres spowodował takie
usztywnienie mięśni,
że kiedy nerwy zaczęły mi odpuszczać, odezwał się kręgosłup. Szybko
powróciłam do intensywnych ćwiczeń lecz bóle jeszcze powracały.
Chodzenie w pozycji "na szeryfa" wkurzało mnie coraz bardziej. Kiedy
pojechałam do specjalisty, do którego zjeżdżali się ludzie z całego
świata, zanim zdecydowali się na operację, ten mi zarzucił, że nie
ćwiczę. Powiedziałam, że ćwiczę.
- Tak ? - powiedział, to zrób, to czy tamto ćwiczenie. Kiedy
zrobiłam, nie odezwał się nic. Zrobiłam prześwietlenie. Owszem to
krzywe, tamto krzywe.
Kilka lat wcześniej wzywałam pogotowie,
ponieważ byłam przekonana, że to atak serca. Lekarz stwierdził, że
jest ok. i też wysłał mnie na prześwietlenie kręgosłupa. Kiedyś w
tym miejscu miałam tak silny ból, że jakaś dziwna żyła wyszła mi
między piersiami. Nie należę do bojących, więc jak przeszło, to
powiedziałam ok. Ci, którzy wiedzą, jak fajnie się wtedy łypie
odrobinkę powietrza, wiedzą jak to jest. Pomyślałam więc, że jest
teraz moda na schorzenia kręgosłupa, bo jak lekarz nie wie co jest,
to mówi - kręgosłup. W ciągu roku od ataku rwy byłam tak
porozciągana, że nawet nie wiedziałam iż robię zaawansowane
ćwiczenia yogi.

W międzyczasie nie zaprzestawałam swoich wizualizacji. W tym czasie
miałam jeden
sen, który z perspektywy oceniłam jako bardzo znaczący. Śniłam, że
idę bardzo ładną
droga wzdłuż lasu, po prawej stronie był cmentarz ogrodzony siatką.
Przy siatce było bardzo wiele duchów, które mnie nawoływały abym do
nich przyszła. Nie mogłam uciec ani zawrócić z tej drogi, po prostu
musiałam ją przejść. Miałam jednak świadomość, że dopóty ja tam nie
wejdę one nic mi nie zrobią. Jednocześnie wiedziałam, że gdybym tam
weszła rozdarłyby mnie na strzępy. Im zaś nie WOLNO BYŁO wyjść poza
siatkę. Kiedy przeszłam tę drogę, na jej końcu stała wiklinowa
ławka. Usiadłam, taka już spokojna i usłyszałam kwilenie dziecka.
Kiedy się rozejrzałam, zobaczyłam na ławce po swojej lewej ręce
niemowlę, bardzo blade i wychudzone (snów
o takich niemowlętach miałam bardzo wiele, zawsze wylatywały mi z
ręki, lecz w ostatniej chwili je utrzymałam). Wzięłam je więc
na
ręce i zaczęłam karmić ... przez pępek, z którego tryskała ogromna
ilość pokarmu.

Z czasem zaczęły się tzw. sny we śnie, czyli świadomość tego, iż
wiem, że to sen
i podejmuję w czasie jego trwania świadome działanie. Były one dla
mnie niepokojące, ponieważ zaczęli mi się schodzić do domu " z
tamtej" strony. Dopóty, dopóki jednak
byli to bliscy mi ludzie, umiałam to sobie jakoś wytłumaczyć i nie
było we mnie lęku,
wręcz przeciwnie, czułam ich opiekę. Kiedy jednak : " śni mi się, że
jestem w swoim
domu w łazience, jest noc a ja wiem, że to sen, do przedpokoju
wchodzi obcy mężczyzna (do dziś
mogę go opisać), ja natychmiast mam świadomość tego, że jest
to duch i chce wejść dalej do mojego mieszkania, tak jakby chciał
się tu zadomowić. Ze strachu uruchomiły mi się wszystkie styki w
głowie. Mówię do siebie, pomyśl, przecież czytałaś o tym, wiesz,
co masz zrobić. Wyszłam z łazienki i powiedziałam bardzo stanowczym
głosem:
- proszę stąd natychmiast wyjść, natychmiast.
Odwrócił się i bez protestu wyszedł.
Jeszcze niczego nie skojarzyłam. Dalej robiłam wizualizację. Znów
ktoś przyszedł, tym razem ktoś żyjący, tylko chory na schizofrenię,
bliska osoba z mojej rodziny. Kiedy chciała mnie pocałować na
przywitanie, wystawiłam ręce chroniąc się w ten sposób, albowiem
pojawiła się natychmiastowa świadomość tego, że w czasie snu jestem
bezbronna wobec jej "choroby". Uszanowała to. Spytała mnie jednak:
- ciociu, zrobiłaś, co miałaś zrobić?
Do dzisiaj nie wiem o co chodziło, aczkolwiek się domyślam.

cdn...
Łódź, 7 paź. 2008
JAGODA
|