|

Tytułowe pytanie pojawiło się u mnie całkiem nie tak dawno. Ostatnio
pisałam Wam
o walce z szatanem. Okazuje się, że granica pomiędzy snem a
rzeczywistością jako
taką jest bardzo płynna. Dziś tu, jutro tam, jak mawiają niektórzy.
Sama nie wiem, czy powinnam już pisać, czy jeszcze poczekać na
rozwój zdarzeń. Jednak mam już za sobą tyle kolejnych doświadczeń,
iż boję się, że za jakiś czas będzie ich już tak wiele, że nie
będę zupełnie wiedziała o czym pisać. Utkwiłam w pustce. To
stwierdzenie najlepiej oddaje stan w jakim się znajduję. Nie
znalazłam się w niej jednak tak od razu, bez przygotowania.
Męczyła mnie przed tym seria snów bardzo trudnych do rozgryzienia,
symbolicznych, pełnych akcji, postaci, zdarzeń, miejsc i przesłań.
Mój umysł zaczął wariować jak na karuzeli, a nocą wszystko wypływało
z mojego wnętrza i dawało obraz zamętu i chaosu
w którym dotychczas trwałam nie do końca świadomie. Co
śmieszniejsze, wtedy wydawało mi się, że to już tak wiele było mi
dane poznać. Jakże Bóg zaskakuje nas na każdym
kroku. Moje sny – te które jak Wam już dobrze wiadomo po
przeczytaniu innych moich doświadczeń – są bardzo wymowne i stanowią
swego rodzaju drogowskaz. Są też
jednak bardzo silnym źródłem przejawiania tego, co w namacalnym
świecie
nie istnieje, bądź, co raczej jest trudne do zauważenia i
zanalizowania.

Tak więc moje sny stały się tamtymi czasy bardzo męczące, byłam
strasznie
zmęczona, nie wypoczęta i wykończona. Mój mózg i wszystkie poziomy
świadomości pracowały na bardzo wysokich obrotach nie przewidując
dla mnie zbyt wiele chwil wytchnienia. Śniłam każdej nocy bardzo
zawiłe fabuły, przeskakiwałam pomiędzy
światami, pokojami, pomieszczeniami, czasami i wydarzeniami.
Wszystko niby
łączyła jakaś niewidzialna nić, ale ja tego nie potrafiłam
zrozumieć. Oczywiście
modliłam się zaciekle i przez łzy prosiłam Boga by dał ulgę tym
męczarniom.
Jego wyrozumiałość okazała się większa niż skłonna byłam
przypuszczać.
Sny pojawiały się rzadziej, choć za to, były strasznie zakręcone.
Widywałam
w nich siebie, swoje lęki, błędy, grzechy, lęki innych, przeszłość i
przyszłość
przeplatały się z teraźniejszością, a ja przybierałam różne postacie
i funkcje.
W tych snach dane mi było poznać źródło moich wewnętrznych
problemów,
źródło mojej obecnej „pozycji” mojego stopnia rozwoju ducha. Choć
bardzo
męczące, jednak niezwykle pouczające okazały się noce między
sierpniem
2008 roku, a kwietniem 2009 roku. Nie pomyślałabym, gdybym tego na
samej
sobie nie doświadczyła, że tak wiele możemy się dowiedzieć we śnie.

Cóż więc takiego działo się nocami wokół mnie i we mnie? Sama do
końca nie wiem. Wygląda na to, że miałam okazję przeżywać tak zwane
sny karmiczne, w których spotykałam siebie i osoby w jakiś sposób ze
mną
powiązane z „przeszłości” (piszę w ten sposób, bo wiemy przecież, że
wszystko
wokół nas trwa w czasie teraźniejszym). Prowadziłam modlitwy
oczyszczające,
paliłam kadzidła, świece, modliłam się bardzo dużo by móc wreszcie
uwolnić się
od tego wszystkiego, ale też by zasłużyć sobie na wgląd w to, co
jest dla mojego rozwoju ważne. W snach swoich stawałam twarzą w twarz z „demonami
przeszłości”, zakopywałam się w zakamarkach własnej duszy i niemal
gubiłam w jej labiryntach.
Każde kolejne drzwi otwierane we śnie prowadziły do nowych
pomieszczeń, w
których coś na mnie czekało. Nie będę Wam opisywała całych snów,
bynajmniej
nie teraz, bo każdy z nich wymagałby interpretacji co najmniej na
dwie strony, a to
po prostu niemożliwe w tej chwili. Tak więc jedynie dla przykładu i
naświetlenia
przeżyć cytuję zapis z notatnika z datą noc 13/14 stycznia 2009
roku:

„Najpierw ok. 3:00 obudził mnie
ogromny huk, myślałam że ktoś drzwi wyważa, albo
okno tak trzasnęło, ale jak wyszłam z pokoju okazało się że wszystko
w porządku.
Wszyscy spali w najlepsze i nic się nie działo. Wróciłam więc do
łóżka.
Nagle widzę i czuję, że stoję w kącie jakiegoś ciasnego
pomieszczenia, są tylko
cztery ściany i nic więcej. W środku pomieszczenia znajduje się
kobieta ok. 30 lat,
ubrana w dość starą, skromną kreację. Przed nią stoi wielki dryblas.
Nawet nie wiem
czy to mężczyzna czy jakiś potwór, nie widzę twarzy bo w
pomieszczeniu jest ciemno.
W każdym razie jest bardzo umięśniony (szczerze nie wiem czy to nie
jakiś demon był,
ale nie widziałam twarzy, bo był jakby nagi, ale jakiś dziwny).
Krzyczy na nią, wyzywa ją
od k...., prostytutek, nieudacznic itd. Ona jest przerażona, próbuje
coś powiedzieć, płacze. On coś wykrzykuje o "imperialistycznych
czynnikach zniekształcenia roli zgromadzenia
i egzegezy" ? W końcu zbliża się do niej i swoją wielką łapą,
otwartą stroną dłoni, która właściwie nie do końca przypomina dłoń,
uderza ją prosto w mostek. Kobieta upada na podłogę. Wciąż patrzy na
niego. W tym momencie coś chyba mówię, albo krzyczę jakbym chciała
jej pomóc. To coś, lub ktoś, czymkolwiek jest zauważa mnie. Zanim
jednak do mnie podejdzie ma zabić tę kobietę. Wtedy do pomieszczenia
wchodzi (właściwie przenika przez drzwi) jakiś mnich. W tym "śnie"
czuję że to O. PIO. Staje lekko z boku i kiedy to coś chce zabić
kobietę on stanowczym głośnym i pewnym tonem mówi "ZOSTAW". Mówi to
tylko jeden raz, ale ów ktoś od razu odchodzi do tyłu. Mają starcie
na spojrzenia, ale wielki ktoś odsuwa się z przestrachem. Wibracja
słowa "ZOSTAW" jest tak silna, że huczy mi w głowie
i w każdej komórce ciała. Jestem trochę przestraszona....
przypominam sobie o że przy wyczuciu jakiejś obecności powinno się
mantrować słowo Bóg czy Jezus Chrystus,
więc to robię. Natychmiast po kilkakrotnym wypowiedzeniu słowa Jezus
(nie mogłam wypowiedzieć CH więc Chrystus odpadło) obudziłam się.
Czułam okropny ból w klatce piersiowej, dokładnie na wysokości
mostka, a więc tam gdzie ów Coś uderzyło tę kobietę. Nie potrafię
tego opisać - mrowienie, drganie i ból tak silny, że aż mi łzy
poszły. Na głos zaczęłam mówić słowa Bóg, potem Jezus Chrystus i
modlić się. W głowie cały czas
wibrował ten dźwięk słowa "ZOSTAW", był jak ukłucie w środek
czaszki, okropne”.

To oczywiście fragment jednego zaledwie snu, który mną wstrząsnął.
Ból
w klatce piersiowej utrzymywał się około tygodnia. Za radą pewnej
osoby, której
jestem niezmiernie wdzięczna, wcierałam w to miejsce olejek różany.
Dodatkowo
dla siebie samej przez siedem dni do kąpieli dodawałam po kilka
kropel olejku różanego
(na marginesie powiem, że to bardzo przyjemny i wyzwalający zapach –
polecam). Przez około trzy miesiące przeżywałam te dziwne
doświadczenia we śnie i na javie, w życiu codziennym stałam się
niemal „psychicznie chora”. Moje wnętrze wylewało ogromne masy
nagromadzonych przeżyć, wspomnień i doświadczeń, których w dodatku
nie mogłam pojąć
i zrozumieć. Nie dałam jednak za wygraną i modliłam się nadal mimo
licznych „ataków”.
28 stycznia 2009 roku

a wczoraj mnie chciało zlać takie brzydkie coś czarne futrzate i z
środka tej czarnej
kosmatej plamy wyłaziła taka ręka kościotrupa i miało zęby, leżałam
w łóżku i chciałam
to ręką odgonić.... blehhh... no jak się już modliłam dużo to poszło
sobie, ale zaraz wróciły inne wstrętne cusie... i dzisiaj też się
naprzykrzały.... a ostatnio jak chciałam zapalić
światło to coś trzymało włącznik i było w dotyku jakby z filcu....
obrzydlistwo ...”
6/7 marca 2009 roku
w kolejny piątkowy wieczór...
oczyma duszy mojej widziałam że coś jest obok mojego
łóżka. Bałam się spojrzeć, kątem oka zobaczyłam jak coś drży.
Myślałam że to czyjaś noga, ale zebrałam się w sobie i ściskając w
ręce krzyż popatrzyłam uważnie. Widziałam stojącego nad moim łóżkiem
wielkiego mężczyznę w habicie - nie widziałam twarzy - w
ręku trzymał paralizator, najpierw myślałam, że to jakaś broń, bo
miała taką rączkę
prawie jak od broni, ale nie... (nawet nie wiedziałam jak takie coś
może wyglądać:

chwilowo się wystraszyłam, gdy
zaczęłam się modlić ścisnął paralizator jeszcze
mocniej i poczułam jakby żelazny gorset zaciskający się na mnie, tak
że prawie
nie mogłam już oddychać... długo wyganiałam czarne energie tej nocy”.
Takich akcji było sporo, po nich pojawiły się zupełnie inne sny niż
dotychczas, które zdawało się niosły dla mnie jakieś istotne
przesłanie.
Wiem, powiecie, że może zbyt wiele o snach, jednak uważam, że
łatwiej
będzie mi później opisać mój obecny stan, jeśli teraz powiem Wam co
działo
się przed tym. Kolejne obrazy z innych poziomów świadomości, które
docierały
do mnie nocami były przepełnione światłem, ale nie całkowicie.
Widywałam więc
spadające gwiazdy, wchłaniałam światło gwiazdy spadającej z nieba,
szukałam
na niebie trzech mędrców (pas Oriona), pojawiała się piękna
przyroda, piękne słowa,
a noc we śnie zaczęła powoli jaśnieć, jakby zbliżał się świt. Dla
mnie świt jeszcze nie
nastał, a słońce nie wyszło zza horyzontu. Widzę już jednak w swoim
życiu łunę
jaśniejszą, a niebo mojej wewnętrznej nocy nie jest już zachmurzone.
Jest
za to spokój, równie niepokojący co zamęt, choć może mniej
przerażający.

Dziś mogłabym pomyśleć, że Bóg chyba jednak dał sobie ze mną spokój.
Dlaczego? Szatan przestał praktycznie atakować, nie mam koszmarów,
zasypiam spokojnie, wysypiam się, śpię długo, rzadko budzę się nocą.
Czuję pustkę w sobie i wokoło mnie. Modlę się, choć szczerze
straciłam
do tego wewnętrzny zapał. Nie dlatego, żebym w coś wątpiła, po
prostu nie
chce mi się modlić, rozmyślać itp. Kiedy próbuję skupić się na
jakichś rozważaniach
zwykle zasypiam i znikam gdzieś. Rzadko też śnię, a większości snów
nie pamiętam,
nawet wtedy gdy mam świadomość, że na pewno coś mi się tej nocy
śniło, jak np. dziś.
Pomyślałabym więc, że Bóg stwierdził, że jednak nie warto we mnie
inwestować,
jest jednak coś co nie pozwala mi tak myśleć. Co? Stwierdziłam, że
nie walczyłby
o mnie tyle do tego czasu, żeby teraz mnie zostawić. Poza tym czuję
we wnętrzu
swoim jakąś dziwną, osobliwą zmianę, której nie potrafię nazwać.
Zupełnie tak jak
z dniem i nocą. Czuję się jak samotny człowiek po ciężkiej
koszmarnej nocy, który
po potężnej walce z samym sobą i siłami ciemności pozostał sam i
wie, że słońce
wstanie nie długo, bo słyszy już śpiew ptaków i widzi w oddali lekko
jaśniejące niebo,
jednak stoi i trwa w TERAZ, a wokół niego wszystko mówi, że życie
dopiero wstanie,
że nowe dopiero się narodzi, a w tej chwili trwa pustka, zupełnie
bierna i nieaktywna.
Po czasie wielkich przeżyć, działań, akcji nagle wszystko się
zatrzymuje, zupełnie
jakby zatrzymał się czas, wszystko przestaje boleć, wzbudzać emocje
jakiekolwiek,
nie czuje się zupełnie niczego. Pustka i nicość – czy w niej jestem?

Nie wiem czy opisuję to jasno, czy nie wprowadza to zbytniego zamętu
w to
co chcę powiedzieć, nie mniej jednak oczekiwanie na wschód słońca to
bardzo
trudny moment, nie wiem sama czy trudniejszy czy porównywalny do
walki z siłami ciemności (czy to wewnętrznej, czy to tej szeroko
pojmowanej). Kiedy tu stoję, w tym dziwnym miejscu, zastanawiam się,
czy zasłużyłabym kiedykolwiek swoim życiem
na prawdziwe światło, które oświetla duszę nawet wtedy, gdy inni
widzą tylko ciemność, bądź też nie widzą niczego. Stać się godnym by
wyjść z pustki, to coś więcej niż wygrać
na loterii. To coś więcej niż uzyskać zdrowie, przebaczenie
grzechów, oczyszczenie.
Samo trwanie w pustce to duży egzamin, ale i nagroda, tak to
odbieram – czas, który
nie istnieje, całkowita utrata tożsamości, zupełne oderwanie od
rzeczywistości, odcięcie
linki i zawiśnięcie tuż nad ziemią. Nie ma tu możliwości skupienia
się na czymkolwiek, rozważania, medytowania, modlitwy takie jak
dotychczas. Bóg jest – dusza to czuje,
ale tego nie wie, bo nie wie już niczego, po ciemnym czasie
poszukiwania wiedzy.
Czas płynie innym rytmem, nie takim jak wcześniej, nie raz staje w
miejscu,
nie raz się cofa, ma się wrażenie, że czasami dni trwają wieczność
innym razem, że kilka sekund. Wszystko jest inne.

Jednak pustka ta, choć przepełniona spokojem i ciszą jest też
bolesna. Boli bowiem
brak odpowiedzi ze strony Boga, czy to snem, czy wizją. Nawet jeśli
coś się pojawia
to zestawione z tym co było nie tak dawno wydaje się niczym. Mam
poczucie jakbym
się zatrzymała. Jakby nagle wszystko wokoło zniknęło, przestało
istnieć. Nie czuję już związku z nikim i z niczym, chciałabym
pomagać ludziom w różnych sytuacjach, ale
w sumie ta pomoc wydaje mi się banalna, nie potrzebna, czasami zbyt
mała by mogła cokolwiek dać i zmienić. Przede wszystkim w ogóle nie
czuję siebie. I to jest chyba coś czego dotychczas nie udało mi się
doświadczyć. Nie wiem kim jestem, po co, jak mam żyć? Wszystko co
robię wydaje się puste i bezcelowe, nic nie przynosi mi radości, nic
też nie wywołuje smutku. Jednak zdarzają się i takie chwile gdy z
mych oczu płyną łzy, choć nie znam zupełnie przyczyn takiej ich
reakcji. Nie myślę o niczym. Nawet pisząc te słowa nie pamiętam co
pisałam wcześniej. Za każdym razem i co chwilę muszę wracać do
początku tekstu by zbytnio nie odbiegać od tematu. Jestem – tylko
tyle jestem pewna i tylko tyle
mogę powiedzieć teraz o sobie. Cała reszta rozmyła się gdzieś w
przestrzeni.

To dziwne, ale teraz chyba nawet tęsknię za tymi koszmarami, które
mnie męczyły.
Wtedy chociaż miałam większą pewność, że idę właściwą drogą. A dziś?
Czego
mogę być pewna, skoro nie wiem zupełnie niczego, nie wiele pamiętam
i nic się
nie dzieje? Skąd teraz mam wiedzieć, czy podążam nadal właściwą
drogą? A może zboczyłam ze ścieżki? Nie wiem, mam nadzieję, że tak
się nie stało i że Bóg
od razu zacząłby działać, w końcu kontakt z nim z mojej strony się
nie urwał.
Tylko On zamilknął, ale mam nadzieję, że to Jego kolejna lekcja dla
mnie
z której mam coś wynieść. Co? Tego mam nadzieję się kiedyś
dowiedzieć.
cdn...
14 June 2009
GODAN
|