NASZE DOŚWIADCZENIA

PUSTKA I NICOŚĆ, CZY W NIEJ JESTEM?
(CZĘŚĆ 1)
LINK! DO CZĘŚCI 2

 

Tytułowe pytanie pojawiło się u mnie całkiem nie tak dawno. Ostatnio pisałam Wam o walce z szatanem. Okazuje się, że granica pomiędzy snem a rzeczywistością jako taką jest bardzo płynna. Dziś tu, jutro tam, jak mawiają niektórzy. Sama nie wiem, czy powinnam już pisać, czy jeszcze poczekać na rozwój zdarzeń. Jednak mam już za sobą tyle kolejnych doświadczeń, iż boję się, że za jakiś czas będzie ich już tak wiele, że nie będę zupełnie wiedziała o czym pisać. Utkwiłam w pustce. To stwierdzenie najlepiej oddaje stan w jakim się znajduję. Nie znalazłam się w niej jednak tak od razu, bez przygotowania.

Męczyła mnie przed tym seria snów bardzo trudnych do rozgryzienia, symbolicznych, pełnych akcji, postaci, zdarzeń, miejsc i przesłań. Mój umysł zaczął wariować jak na karuzeli, a nocą wszystko wypływało z mojego wnętrza i dawało obraz zamętu i chaosu
w którym dotychczas trwałam nie do końca świadomie. Co śmieszniejsze, wtedy wydawało mi się, że to już tak wiele było mi dane poznać. Jakże Bóg zaskakuje nas na każdym kroku. Moje sny – te które jak Wam już dobrze wiadomo po przeczytaniu innych moich doświadczeń – są bardzo wymowne i stanowią swego rodzaju drogowskaz. Są też jednak bardzo silnym źródłem przejawiania tego, co w namacalnym świecie nie istnieje, bądź, co raczej jest trudne do zauważenia i zanalizowania.

Tak więc moje sny stały się tamtymi czasy bardzo męczące, byłam strasznie zmęczona, nie wypoczęta i wykończona. Mój mózg i wszystkie poziomy świadomości pracowały na bardzo wysokich obrotach nie przewidując dla mnie zbyt wiele chwil wytchnienia. Śniłam każdej nocy bardzo zawiłe fabuły, przeskakiwałam pomiędzy światami, pokojami, pomieszczeniami, czasami i wydarzeniami. Wszystko niby łączyła jakaś niewidzialna nić, ale ja tego nie potrafiłam zrozumieć. Oczywiście modliłam się zaciekle i przez łzy prosiłam Boga by dał ulgę tym męczarniom. Jego wyrozumiałość okazała się większa niż skłonna byłam przypuszczać. Sny pojawiały się rzadziej, choć za to, były strasznie zakręcone. Widywałam w nich siebie, swoje lęki, błędy, grzechy, lęki innych, przeszłość i przyszłość przeplatały się z teraźniejszością, a ja przybierałam różne postacie i funkcje. W tych snach dane mi było poznać źródło moich wewnętrznych problemów, źródło mojej obecnej „pozycji” mojego stopnia rozwoju ducha. Choć bardzo męczące, jednak niezwykle pouczające okazały się noce między sierpniem 2008 roku, a kwietniem 2009 roku. Nie pomyślałabym, gdybym tego na samej
sobie nie doświadczyła, że tak wiele możemy się dowiedzieć we śnie.

Cóż więc takiego działo się nocami wokół mnie i we mnie? Sama do końca nie wiem. Wygląda na to, że miałam okazję przeżywać tak zwane sny karmiczne, w których spotykałam siebie i osoby w jakiś sposób ze mną powiązane z „przeszłości” (piszę w ten sposób, bo wiemy przecież, że wszystko wokół nas trwa w czasie teraźniejszym). Prowadziłam modlitwy oczyszczające, paliłam kadzidła, świece, modliłam się bardzo dużo by móc wreszcie uwolnić się od tego wszystkiego, ale też by zasłużyć sobie na wgląd w to, co jest dla mojego rozwoju ważne. W snach swoich stawałam twarzą w twarz z „demonami przeszłości”, zakopywałam się w zakamarkach własnej duszy i niemal gubiłam w jej labiryntach. Każde kolejne drzwi otwierane we śnie prowadziły do nowych pomieszczeń, w których coś na mnie czekało. Nie będę Wam opisywała całych snów, bynajmniej nie teraz, bo każdy z nich wymagałby interpretacji co najmniej na dwie strony, a to po prostu niemożliwe w tej chwili. Tak więc jedynie dla przykładu i naświetlenia przeżyć cytuję zapis z notatnika z datą noc 13/14 stycznia 2009 roku:

„Najpierw ok. 3:00 obudził mnie ogromny huk, myślałam że ktoś drzwi wyważa, albo okno tak trzasnęło, ale jak wyszłam z pokoju okazało się że wszystko w porządku. Wszyscy spali w najlepsze i nic się nie działo. Wróciłam więc do łóżka.

Nagle widzę i czuję, że stoję w kącie jakiegoś ciasnego pomieszczenia, są tylko cztery ściany i nic więcej. W środku pomieszczenia znajduje się kobieta ok. 30 lat, ubrana w dość starą, skromną kreację. Przed nią stoi wielki dryblas. Nawet nie wiem czy to mężczyzna czy jakiś potwór, nie widzę twarzy bo w pomieszczeniu jest ciemno. W każdym razie jest bardzo umięśniony (szczerze nie wiem czy to nie jakiś demon był, ale nie widziałam twarzy, bo był jakby nagi, ale jakiś dziwny). Krzyczy na nią, wyzywa ją od k...., prostytutek, nieudacznic itd. Ona jest przerażona, próbuje coś powiedzieć, płacze. On coś wykrzykuje o "imperialistycznych czynnikach zniekształcenia roli zgromadzenia i egzegezy" ? W końcu zbliża się do niej i swoją wielką łapą, otwartą stroną dłoni, która właściwie nie do końca przypomina dłoń, uderza ją prosto w mostek. Kobieta upada na podłogę. Wciąż patrzy na niego. W tym momencie coś chyba mówię, albo krzyczę jakbym chciała jej pomóc. To coś, lub ktoś, czymkolwiek jest zauważa mnie. Zanim jednak do mnie podejdzie ma zabić tę kobietę. Wtedy do pomieszczenia wchodzi (właściwie przenika przez drzwi) jakiś mnich. W tym "śnie" czuję że to O. PIO. Staje lekko z boku i kiedy to coś chce zabić kobietę on stanowczym głośnym i pewnym tonem mówi "ZOSTAW". Mówi to tylko jeden raz, ale ów ktoś od razu odchodzi do tyłu. Mają starcie na spojrzenia, ale wielki ktoś odsuwa się z przestrachem. Wibracja słowa "ZOSTAW" jest tak silna, że huczy mi w głowie i w każdej komórce ciała. Jestem trochę przestraszona.... przypominam sobie o że przy wyczuciu jakiejś obecności powinno się mantrować słowo Bóg czy Jezus Chrystus, więc to robię. Natychmiast po kilkakrotnym wypowiedzeniu słowa Jezus (nie mogłam wypowiedzieć CH więc Chrystus odpadło) obudziłam się. Czułam okropny ból w klatce piersiowej, dokładnie na wysokości mostka, a więc tam gdzie ów Coś uderzyło tę kobietę. Nie potrafię tego opisać - mrowienie, drganie i ból tak silny, że aż mi łzy poszły. Na głos zaczęłam mówić słowa Bóg, potem Jezus Chrystus i modlić się. W głowie cały czas wibrował ten dźwięk słowa "ZOSTAW", był jak ukłucie w środek czaszki, okropne”.

To oczywiście fragment jednego zaledwie snu, który mną wstrząsnął. Ból w klatce piersiowej utrzymywał się około tygodnia. Za radą pewnej osoby, której jestem niezmiernie wdzięczna, wcierałam w to miejsce olejek różany. Dodatkowo dla siebie samej przez siedem dni do kąpieli dodawałam po kilka kropel olejku różanego (na marginesie powiem, że to bardzo przyjemny i wyzwalający zapach – polecam). Przez około trzy miesiące przeżywałam te dziwne doświadczenia we śnie i na javie, w życiu codziennym stałam się niemal „psychicznie chora”. Moje wnętrze wylewało ogromne masy nagromadzonych przeżyć, wspomnień i doświadczeń, których w dodatku nie mogłam pojąć i zrozumieć. Nie dałam jednak za wygraną i modliłam się nadal mimo licznych „ataków”.

28 stycznia 2009 roku

a wczoraj mnie chciało zlać takie brzydkie coś czarne futrzate i z środka tej czarnej kosmatej plamy wyłaziła taka ręka kościotrupa i miało zęby, leżałam w łóżku i chciałam to ręką odgonić.... blehhh... no jak się już modliłam dużo to poszło sobie, ale zaraz wróciły inne wstrętne cusie... i dzisiaj też się naprzykrzały.... a ostatnio jak chciałam zapalić światło to coś trzymało włącznik i było w dotyku jakby z filcu.... obrzydlistwo ...

6/7 marca 2009 roku

w kolejny piątkowy wieczór... oczyma duszy mojej widziałam że coś jest obok mojego łóżka. Bałam się spojrzeć, kątem oka zobaczyłam jak coś drży. Myślałam że to czyjaś noga, ale zebrałam się w sobie i ściskając w ręce krzyż popatrzyłam uważnie. Widziałam stojącego nad moim łóżkiem wielkiego mężczyznę w habicie - nie widziałam twarzy - w ręku trzymał paralizator, najpierw myślałam, że to jakaś broń, bo miała taką rączkę prawie jak od broni, ale nie... (nawet nie wiedziałam jak takie coś może wyglądać:

chwilowo się wystraszyłam, gdy zaczęłam się modlić ścisnął paralizator jeszcze mocniej i poczułam jakby żelazny gorset zaciskający się na mnie, tak że prawie nie mogłam już oddychać... długo wyganiałam czarne energie tej nocy”.

Takich akcji było sporo, po nich pojawiły się zupełnie inne sny niż dotychczas, które zdawało się niosły dla mnie jakieś istotne przesłanie. Wiem, powiecie, że może zbyt wiele o snach, jednak uważam, że łatwiej będzie mi później opisać mój obecny stan, jeśli teraz powiem Wam co działo się przed tym. Kolejne obrazy z innych poziomów świadomości, które docierały do mnie nocami były przepełnione światłem, ale nie całkowicie. Widywałam więc spadające gwiazdy, wchłaniałam światło gwiazdy spadającej z nieba, szukałam na niebie trzech mędrców (pas Oriona), pojawiała się piękna przyroda, piękne słowa, a noc we śnie zaczęła powoli jaśnieć, jakby zbliżał się świt. Dla mnie świt jeszcze nie nastał, a słońce nie wyszło zza horyzontu. Widzę już jednak w swoim życiu łunę jaśniejszą, a niebo mojej wewnętrznej nocy nie jest już zachmurzone. Jest za to spokój, równie niepokojący co zamęt, choć może mniej przerażający.

Dziś mogłabym pomyśleć, że Bóg chyba jednak dał sobie ze mną spokój. Dlaczego? Szatan przestał praktycznie atakować, nie mam koszmarów, zasypiam spokojnie, wysypiam się, śpię długo, rzadko budzę się nocą. Czuję pustkę w sobie i wokoło mnie. Modlę się, choć szczerze straciłam do tego wewnętrzny zapał. Nie dlatego, żebym w coś wątpiła, po prostu nie chce mi się modlić, rozmyślać itp. Kiedy próbuję skupić się na jakichś rozważaniach zwykle zasypiam i znikam gdzieś. Rzadko też śnię, a większości snów nie pamiętam, nawet wtedy gdy mam świadomość, że na pewno coś mi się tej nocy śniło, jak np. dziś.

Pomyślałabym więc, że Bóg stwierdził, że jednak nie warto we mnie inwestować, jest jednak coś co nie pozwala mi tak myśleć. Co? Stwierdziłam, że nie walczyłby o mnie tyle do tego czasu, żeby teraz mnie zostawić. Poza tym czuję we wnętrzu swoim jakąś dziwną, osobliwą zmianę, której nie potrafię nazwać. Zupełnie tak jak z dniem i nocą. Czuję się jak samotny człowiek po ciężkiej koszmarnej nocy, który po potężnej walce z samym sobą i siłami ciemności pozostał sam i wie, że słońce wstanie nie długo, bo słyszy już śpiew ptaków i widzi w oddali lekko jaśniejące niebo, jednak stoi i trwa w TERAZ, a wokół niego wszystko mówi, że życie dopiero wstanie, że nowe dopiero się narodzi, a w tej chwili trwa pustka, zupełnie bierna i nieaktywna. Po czasie wielkich przeżyć, działań, akcji nagle wszystko się zatrzymuje, zupełnie jakby zatrzymał się czas, wszystko przestaje boleć, wzbudzać emocje jakiekolwiek, nie czuje się zupełnie niczego. Pustka i nicość – czy w niej jestem?

Nie wiem czy opisuję to jasno, czy nie wprowadza to zbytniego zamętu w to co chcę powiedzieć, nie mniej jednak oczekiwanie na wschód słońca to bardzo trudny moment, nie wiem sama czy trudniejszy czy porównywalny do walki z siłami ciemności (czy to wewnętrznej, czy to tej szeroko pojmowanej). Kiedy tu stoję, w tym dziwnym miejscu, zastanawiam się, czy zasłużyłabym kiedykolwiek swoim życiem na prawdziwe światło, które oświetla duszę nawet wtedy, gdy inni widzą tylko ciemność, bądź też nie widzą niczego. Stać się godnym by wyjść z pustki, to coś więcej niż wygrać na loterii. To coś więcej niż uzyskać zdrowie, przebaczenie grzechów, oczyszczenie. Samo trwanie w pustce to duży egzamin, ale i nagroda, tak to odbieram – czas, który nie istnieje, całkowita utrata tożsamości, zupełne oderwanie od rzeczywistości, odcięcie linki i zawiśnięcie tuż nad ziemią. Nie ma tu możliwości skupienia się na czymkolwiek, rozważania, medytowania, modlitwy takie jak dotychczas. Bóg jest – dusza to czuje, ale tego nie wie, bo nie wie już niczego, po ciemnym czasie poszukiwania wiedzy. Czas płynie innym rytmem, nie takim jak wcześniej, nie raz staje w miejscu, nie raz się cofa, ma się wrażenie, że czasami dni trwają wieczność innym razem, że kilka sekund. Wszystko jest inne.

Jednak pustka ta, choć przepełniona spokojem i ciszą jest też bolesna. Boli bowiem brak odpowiedzi ze strony Boga, czy to snem, czy wizją. Nawet jeśli coś się pojawia to zestawione z tym co było nie tak dawno wydaje się niczym. Mam poczucie jakbym się zatrzymała. Jakby nagle wszystko wokoło zniknęło, przestało istnieć. Nie czuję już związku z nikim i z niczym, chciałabym pomagać ludziom w różnych sytuacjach, ale w sumie ta pomoc wydaje mi się banalna, nie potrzebna, czasami zbyt mała by mogła cokolwiek dać i zmienić. Przede wszystkim w ogóle nie czuję siebie. I to jest chyba coś czego dotychczas nie udało mi się doświadczyć. Nie wiem kim jestem, po co, jak mam żyć? Wszystko co robię wydaje się puste i bezcelowe, nic nie przynosi mi radości, nic też nie wywołuje smutku. Jednak zdarzają się i takie chwile gdy z mych oczu płyną łzy, choć nie znam zupełnie przyczyn takiej ich reakcji. Nie myślę o niczym. Nawet pisząc te słowa nie pamiętam co pisałam wcześniej. Za każdym razem i co chwilę muszę wracać do początku tekstu by zbytnio nie odbiegać od tematu. Jestem – tylko tyle jestem pewna i tylko tyle mogę powiedzieć teraz o sobie. Cała reszta rozmyła się gdzieś w przestrzeni.

To dziwne, ale teraz chyba nawet tęsknię za tymi koszmarami, które mnie męczyły. Wtedy chociaż miałam większą pewność, że idę właściwą drogą. A dziś? Czego mogę być pewna, skoro nie wiem zupełnie niczego, nie wiele pamiętam i nic się nie dzieje? Skąd teraz mam wiedzieć, czy podążam nadal właściwą drogą? A może zboczyłam ze ścieżki? Nie wiem, mam nadzieję, że tak się nie stało i że Bóg od razu zacząłby działać, w końcu kontakt z nim z mojej strony się nie urwał. Tylko On zamilknął, ale mam nadzieję, że to Jego kolejna lekcja dla mnie z której mam coś wynieść. Co? Tego mam nadzieję się kiedyś dowiedzieć.

cdn...

14 June 2009

GODAN