|

Jeśli chodzi o doświadczenia ciała z tamtego okresu to jak wcześniej
wspominałam często pościłam, często w ogóle nie chciało mi się jeść.
Zawsze byłam raczej szczupła, w tamtym czasie wiele osób mówiło czy
się odchudzam. Nie, nie odchudzałam się, ale nie miałam ochoty jeść.
Za to piłam dużo herbaty z pokrzywy, tak jakoś mi się jej chciało.
Bardzo bolały mnie plecy, między łopatkami ból był właściwie ciągły
stąd też moje spanie na podłodze, inaczej nie umiałam wytrzymać.
Potem pojawił się ból w stopach i rękach w miejscu ran Chrystusa,
bolało mnie tak, że trudno mi było chodzić albo coś wziąć do ręki.
Ale pracować trzeba było i w domu wszystkim się zająć. Zawsze
wszystko było na mojej głowie: dziecko, dom, rachunki, samochód,
remonty, wszystko. To był bardzo ciężki dla mnie czas, nie znalazłam
u nikogo ani wsparcia ani pomocy. Zawsze miałam niskie poczucie
wartości, ale wtedy jeszcze się pogłębiło, wpadłam w czarną dziurę,
myślałam, że jestem nikim i na nic nie zasługuję. Moi bliscy jeszcze
mnie w tym utwierdzali.
Często chciało mi się słodkiego, ale
konsekwentnie sobie odmawiałam, takie moje małe wyrzeczenia. Miałam
wielkie bóle brzucha, jak mnie napadło potrafiłam leżeć na podłodze
zwinięta i wyć. Choć muszę powiedzieć, że to był ból emocjonalny
bardziej niż fizyczny. Na początku 2004 roku miałam bóle wędrujące.
Co chwila w innym miejscu wybuchał jakby pożar, by za chwilę
przenieść się w inne miejsce. Temperatura mi skakała, albo miałam
35,4 albo 37,4 ale nie więcej. Pewnej soboty ból brzucha był tak
duży, że poszliśmy z mężem na ostry dyżur do szpitala, ale nawet
mnie nie zbadali, powiedzieli, że mam iść na pogotowie, a po
niedzieli do lekarza. Więc poszłam na pogotowie, tam jakiś młody
lekarz stwierdził, że to pewnie żołądek. Przepisał mi tabletki i
kazał wrócić do domu. Następnego dnia już nie wstałam z łóżka,
Damian przyprowadził księdza z komunią.
Ból był taki, że łzy same mi
płynęły, nie mogłam się nawet napić. W końcu pojechaliśmy na ostry
dyżur, żeby było śmiesznie do tego samego szpitala. Wezwali
chirurga, że niby woreczek żółciowy i trzeba operować. Nie wiem
skąd, ale wtedy uparłam się, że to nie woreczek i żeby mnie zbadali.
Wzięli mnie na USG. Okazało się, że to ostre zapalenie trzustki.
Głowa trzustki powiększyła się tak, że uciskała przewody żółciowe i
wszystko wokół. Normy diastazy miałam przekroczone we krwi 60 razy.
Wtedy się wystraszyli i od razu przyjęli mnie na oddział.
Najdziwniejsze było w tym to, że poza tylko przekroczonymi
diastazami, wszystkie inne wyniki miałam w normie, nawet zapalne
czynniki, leukocyty, cholesterol.
Lekarka prowadząca przychodziła
codziennie i mówiła, że nie rozumie jak to możliwe. Zastosowano zero
odżywiania, tylko kroplówki przez 9 dni. Antybiotyki, sole i glukoza
oraz środki przeciwbólowe na żądanie. I znowu nie korzystałam ze
środków przeciwbólowych, nie chciałam, nie musiałam. Nie jadłam to i
nie bolało. Lekarka powiedziała, że ludzie z taką trzustka to są już
na morfinie i jeszcze się proszą i że moje życie jest zagrożone.
Bogu dzięki ja nie prosiłam o morfinę. Ale był to dla mnie czas
próby. Czułam się opuszczona, mąż odwiedził mnie tylko raz.
Ciemności mnie dopadły, każdej nocy mnie dopadały, kilka razy byłam
bliska śmierci, ale wtedy nawet nie mogłam zawołać nikogo na pomoc,
bo z moich ust nie dobywał się głos.
Kilka razy traciłam
przytomność, gdzieś odpływałam. Modliłam się, Boże pomóż.
Najbardziej bałam się tego, że On mnie zostawi i jak umrę to nie
będzie mnie chciał. Aż przyszła odpowiedź, uspokojenie, wszystkie
zmartwienia odpłynęły, o mnie, o dom, o moich bliskich. Przyszła mi
taka myśl, że nawet jeśli umrę dziś, życie będzie toczyć się dalej,
ludzie, których zostawię będą żyć dalej, że nie muszę czuć się
odpowiedzialna za to, że ich zostawię, a Bóg mnie nie zostawi. Był
to pierwszy krok ku przebudzeniu, ale droga przede mną długa.

Po dwóch tygodniach wyszłam ze szpitala. Ważyłam 47 kg przy wzroście
170. Moja trzustka wróciła do normy, ale ja już nie wróciłam do
swojej pracy. Siedziałam w domu. Nie oznaczało to końca moich
przemian, to chyba był większy wstęp. Problemy w domu, z ludźmi, z
bliskimi. Nie dana mi była spokojna rekonwalescencja. A gwoździe
wbijali mi najbliżsi. Wiele rzeczy znikało z mojego życia, coraz
trudniej było mi się modlić jak zwykle. Modliłam się, zawsze się
modliłam, ale zniknęło z mojej modlitwy to uniesienie, czułam wielką
oschłość. Targały mną różne emocje.
Szukałam codziennie małych rzeczy, za które mogę być Bogu wdzięczna.
Chciałam odnaleźć radość, ale ciężko mi to przychodziło.
Z moich notatek
24.11.2005

"... To nie
jest na moje siły. Za bardzo to wszystko przeżywam. Chciałabym z
kimś o tym porozmawiać, o całym moim życiu. Nie wiem tylko kto
miałby to być...Może ja sama. Wszystkie odpowiedzi są we mnie... I
jeszcze ten głos usłyszeć. Słyszałam ten Głos. Pocieszał mnie.
Mówił, żebym nie płakała, kiedy płakałam nad swoim życiem.
Powiedział, że to wszystko mija. I że: "do wielkich rzeczy cię
przeznaczyłem". Ja i wielkie rzeczy. Moje życie nie jest inne niż
tysiące mu podobnych. A jednak to moje życie i jest jedyne i
niepowtarzalne. Właśnie, jedyne i niepowtarzalne. Bo przecież nikt
nie jest mną i nigdy nie będzie, nawet jeśli zrobi to co ja lub
powie to i tak wydźwięk tego będzie inny.
Także marzenia i
spojrzenie na świat każdy ma inne. A jednak, to wszystko sprowadza
się do jednego, do życia, które każdy z nas przeżywa. I tu bardzo mi
się podoba takie określenie działalności Ducha Św. Do którego
powinniśmy dążyć i które tak naprawdę dzieje się każdego dnia:
jedność w różnorodności. Bo to co nas jednoczy to życie, we
wszystkich jego przejawach, dążenie do osiągnięcia szczęścia,
królestwa, niezależnie od tego czy wierzymy w Boga, Allacha czy
Buddę. A różnorodność jak sama nazwa wskazuje to nasza inność,
indywidualność, bo każdy z nas jest inny. Jako, ze każdy prowadzi
inne życie, jego szczęście wyrażać się będzie różnie, ale szczęście
to świadomość tego, że mamy wszystko czego potrzebujemy, że Słońce
dla nas świeci, pada śnieg, kwitną kwiaty, morze szumi, a róża
pachnie różą."
28.11.2005

"...Generalnie
ten dzień był dla mnie trudny pod względem mojego samopoczucia...Mam
wrażenie, ze w moim ciele dokonuje się przebudowa i odnowienie. Mój
organizm naprawia się komórka po komórce. Boże, daj mi siłę abym
wytrzymała ten proces naprawy i odnowienia. Dzisiaj zobaczyłam jak
łatwo stare wzorce, wypierają, no może starają się wyprzeć nowe.
Znów byłam drażliwa, denerwowałam się bzdurami...czasem zachowuję
spokój, a czasem to samo ze mnie wychodzi."
29.11.2005

"... Boże
pragnę zmiany, przemiany. Wiem, że żyłam dotąd w ciemnościach.
Rozumiem co mówił Św. Jan od Krzyża o "Nocy ciemnej duszy".
Przeżywam te noc już od paru lat, ale dociera do mnie Twoje światło
poprzez książki, ludzi, uczucia. I chociaż wydaje się, że ta
ciemność jest wszechogarniająca to wiem, że wynika ona ze światła.
Twej światłości. I czekam Boże, na cud miłości... Miłość i światło.
Dobro, które jest dla nas przeznaczone od założenia świata. Pokój i
szczęście. Boże pomóż rozwinąć nasze anielskie skrzydła, byśmy byli
dla innych aniołami, nieśli miłość i pokój. Chciałabym prosić byś
wszystkich ludzi, wszystkie serca, napełnił, uzdrowił miłością,
która wypływa z Twojej światłości. By zapanował pokój w sercach
ludzi, zgoda z naturą, naszą Matka Rodzicielką i Żywicielką. Pomóż
odnaleźć drogę i spraw byśmy nie zbłądzili w ciemności. I niech
stanie się ciałem słowo proroka: "Naród kroczący w ciemności, ujrzał
światłość wielką".
Dane mi było już odczuwać ta wielką miłość i jedność ze wszystkim.
Więc Panie dopomóż tęsknocie serca mego. Amen"
Codziennie właściwie dokuczały mi bóle, zatykało mnie, byłam bliska
omdlenia. Pójście na zakupy to był wielki wysiłek. Nogi się pode mną
uginały. Badania wychodzą w porządku wszystko jest ok. Ale ciągle
boli i boli. Na moich nogach pojawiają się siniaki, nie wiadomo skąd
i dlaczego, niektóre bolą inne nie. I nie są bynajmniej od
uderzenia.
04.12.2005

"...Teraz zaś płaczę. Nękają mnie bóle i zupełnie nie wiem jak sobie
poradzić. Staram się wytrzymać jak mogę i modlę się, aby to się już
skończyło, te bóle. Nikt mi nie wierzy, ale bóle są okropne. Dzisiaj
w kościele usłyszałam głos: Ciesz się, bo skończyło się Twoje
cierpienie. Twoje grzechy zostały odkupione, odpokutowane.
...Boże ile jeszcze muszę znieść? ... Ból, ból i cierpienie są moim
pokarmem każdego dnia."
24.12.2005

"... Oto jestem od wczoraj w szpitalu. Boże nie pojmuję sensu tej
nauki, ale bądź wola Twoja. Myślę, że nie jestem sama. Sam Jezus
przyszedł do mnie aby mnie pocieszyć. Ale tak trudno przyjąć
pokornie tą samotność w święta radości. Moje ego walczy, chce być
ważne, a Ty Panie chciałeś, żebym była tutaj. ...Tęsknię za pięknem
nieba, a jednocześnie nie umiem sobie nawet wyobrazić jego piękna.
Jakby wszystko zakryła niewidzialna zasłona..."
26.12.2005

"...Boże, w noc ciemną weszła moja dusza. Nie widzę już nic...Modlitwa
zdaje się być dobrem nieosiągalnym, wszystko się we mnie łamie i
trzeszczy, jakbym rozpadała się na kawałki...Cierpienie, które
towarzyszy pragnieniu miłości oczyszcza duszę i przygotowuje serce
na wlanie Bożej Miłości..."
28.11.2005

"...Właśnie doświadczyłam Bożej miłości. Zobaczyłam siebie jako małą
dziewczynkę, która stawia pierwsze kroki. Czułam głęboką obecność
Boga, który czuwa nad każdym moim krokiem, pozwala mi upadać, ale
wiernie "kibicuje" mi abym wstała i szła dalej. Widziałam Jego dłoń
którą wyciąga, abym mogła się złapać i wstać. Poczułam, że jestem
Jego ukochanym dzieckiem, przy którym zawsze jest". Takie miałam
widzenie duchowe siedząc na korytarzu w szpitalu."
22.08.2006

"...Czuję pustkę, a właściwie nic nie czuję. Moje zmysły nie reagują.
Moje ciało "ogłuchło" ...Boję się, że zabrano mi już wszystko. Mam
wrażenie, że Bóg zostawił mnie samą. Nawet wiary już "nie czuję".
Nic, pustka, żadnego oparcia, punktu zaczepienia. Co mam robić? A
może nic nie robić? Nie wiem, nic już nie wiem. W życiu nie byłam w
takim położeniu, wydaje mi się, że to ciemna studnia, a ja ciągle
spadam jeszcze głębiej i głębiej i nie ma już światła, nawet
nikłego. Pustka duchowa i opuszczenie to jest straszne
doświadczenie. Jestem jak samotny byt pośrodku wielkiej pustyni.
Spragniona, głodna, bez nadziei. Do tego moje ciało wciąż zatkane,
bolące. Do kogo mam się zwrócić?"
03.09.2006

Mój Boże, gdzie jesteś. Gdzie ja się teraz znajduję? Na skraju
przepaści? Nie do opisania. Fizyczne samopoczucie mam raczej
kiepskie. Czuję słabość w nogach, w stawach. Nie mogę jeść, a nawet
nie mam chęci... Moja wiara umarła. Wiara w strasznego karzącego
Boga. To może pozytywne. Ale nie ma tej nowej wiary. Nie umiem się
nawet modlić...Tak, wiem, nie odmawiam różańca, ale nie dlatego, że
nie chcę. Po prostu nie mogę. Nie mogę. Czy to po prostu moje ego
jest wściekłe i walczy ze mną?... Tęsknię za Miłością."
Któregoś wieczoru później dostałam gorączki, miałam 39,6, trzęsłam
się jak w febrze. Kręgosłup mnie bolał aż do samej czaszki. Głowę mi
rozrywało, aż nie widziałam na oczy. Myślałam, że to zapalenie opon
mózgowych. Pojechaliśmy do szpitala. Zrobili mi badania, nic nie
wyszło, dali zastrzyk przeciwbólowy - zwymiotowałam. Kręgosłup mnie
palił, kark zesztywniał, oczy wychodziły mi z orbit, gorączka nie
spadała. Zrobili mi prześwietlenie płuc, kręgosłupa. Dalej nic.
Zostawili mnie w szpitalu. Dali jakieś antybiotyki. Dobrze, że w
tabletkach, bo ich nie wzięłam. Dali choć nie mieli teorii co mi
jest. Przeleżałam do rana, przytulona do termoforu, mimo gorączki
trzęsło mną. Przez noc spociłam się tak, ze wszystko było mokre od
lepkiego potu, aż do materaca na łóżku. Ale koło południa byłam już
zdrowa. Badania z rana nic nie wykazały, żadnej infekcji tak jak te
wieczorem. Na następny dzień wypisali mnie do domu.
Do dzisiaj nie wiem co to było.
Bóle mnie ciągle dopieszczają. Wiele razy dopadały mnie takie
duszności, puls wyskakiwał mi do 120 uderzeń, ciśnienie skakało jak
szalone, myślałam, że to zawał. Kłucia w sercu takie ostre
przeszywające. Miałam je nawet w szkole podstawowej, mając 12 lat.
Pisałam wtedy w swoim pamiętniku: dzisiaj o 12 ból serca na
przestrzał. Taki to był ból jakby mnie ktoś na wylot przeszył.
Bóle karku, sztywnienie - wysłali mnie na tomograf, nic nie
stwierdzili. A kark sztywny, nie mogłam ruszać głową. Brzuch
wyczyniał mi różne ewolucje. Potrafił się nagle przemieścić na jedną
stronę np. na prawo albo na lewo. Przez skurcze brzucha nie raz
lądowałam w szpitalu, bo aż nie mogłam oddychać, dusiłam się, choć
powietrza nabierałam tyle, że brzuch robił się jak balon, ja miałam
wrażenie, że na mojej przeponie jest taki pas, który nie pozwala mi
tego powietrza nabierać. Dusiłam się i prawie mdlałam. Lekarze
kręcili głowami. Trafiałam do nich z objawami odwodnienia, brakiem
magnezu i potasu, ale badania wychodziły w porządku. Sami się
dziwili. Wysyłali mnie do psychiatry. No to poszłam, ale psychiatra
powiedział, że nic mi nie dolega, mogę sobie wziąć jakieś ziółka na
uspokojenie i tyle. Zresztą nie mogę brać leków, bo nawet przy
minimalnych dawkach "schodzę". Kiedyś byłam w szpitalu i kazali się
zaszczepić na WZW. Nie chciałam, ale powiedzieli, że takie są
wymogi. Poszłam na 1 dawkę. Umierałam przez cały tydzień po tej
szczepionce.
Lekarze nie wiedzieli co się dzieje, ale już mnie nie
zmusili do następnej. Powiedzieli, ze jestem dziwoląg i trudno.
Między 2005 a 2008 rokiem "urodziłam" słoik kamyczków, największy
miał 2 cm, wszystkie wyglądały jak z piaskowca. Nie było by to może
dziwne, ale ja nie rodziłam ich z nerek tylko... no właśnie skąd?
Lekarze mówili, ze nazbierałam sobie i coś im chce wmówić. Kiedy w
szpitalu na moim ciele pojawiały się czerwone plamy to na ręce, to
nagle cały brzuch robił mi się czerwony lekarz powiedział, że pewnie
mam uczulenie na truskawki. (Polska-początek kwietnia-zero
truskawek). W 2007 roku odeszła moja mama. Od tego czasu zaczęły
mnie boleć nogi, ale tak, że aż łzy ciekły. Wydawało mi się, że mi w
żyły gorący ołów wlewają.
Nogi nie puchły, ani nic, ale ból nie do
opisania. Do tego zaczęła mnie boleć podstawa kręgosłupa. Nie mogłam
siedzieć, ani leżeć. Naczyniowiec nic nie znalazł więc stwierdzili,
że pewnie fibromyalgia, bo bolały mnie wszystkie mięśnie jakbym
miała się rozlecieć. Do tego doszedł ból taki rozpierający u nasady
nosa, między brwiami. Nie mogłam się tam nawet dotknąć. Ból i
pulsowanie. Tak chyba przez miesiąc albo dłużej. Zatoki w porządku.
To zaczęły mnie boleć oczy. Miałam wrażenie, że ktoś mi te oczy od
wewnątrz pociąga za jakieś sznurki i obraca nimi. Oczy bolał,
swędziały. Dopadła mnie też taka suchość w nosie, że nie mogłam
oddychać, bo aż parzyło. Potem w gardle. Picie wody nic nie dawało,
pustynia.
Któregoś dnia moje gardło tak napuchło, że nie mogłam nawet śliny
przełknąć, ani jeść, ani spać, dusiłam się. Poszłam do lekarza
obejrzała. Mówi, że nawet nie jest czerwone to gardło, a ja nie
umiałam nawet mówić coś tam bulgotałam. Przeszło po 3 dniach, ale to
była droga przez mękę. Prawie nie spałam i nie jadłam.
Obecnie bolą mnie nogi, biodra mi rozrywa, a szczególnie prawe jakby
je ktoś wykręcał ze stawów. Bolą mnie mięśnie i kości, a w kolanach
jakby mi ktoś strzykawką aplikował w sam środek jakąś lodowatą
ciecz. W ogóle prawa strona mi bardzo dokucza.

cdn...
Mała Gosia
|