NASZE DOŚWIADCZENIA

PŁACZ DUSZY I CIAŁA CIERPIENIE
(CZĘŚĆ 3)
LINK! DO CZĘŚCI 2

LINK! DO CZĘŚCI 4

Jeśli chodzi o doświadczenia ciała z tamtego okresu to jak wcześniej wspominałam często pościłam, często w ogóle nie chciało mi się jeść. Zawsze byłam raczej szczupła, w tamtym czasie wiele osób mówiło czy się odchudzam. Nie, nie odchudzałam się, ale nie miałam ochoty jeść. Za to piłam dużo herbaty z pokrzywy, tak jakoś mi się jej chciało. Bardzo bolały mnie plecy, między łopatkami ból był właściwie ciągły stąd też moje spanie na podłodze, inaczej nie umiałam wytrzymać.

Potem pojawił się ból w stopach i rękach w miejscu ran Chrystusa, bolało mnie tak, że trudno mi było chodzić albo coś wziąć do ręki. Ale pracować trzeba było i w domu wszystkim się zająć. Zawsze wszystko było na mojej głowie: dziecko, dom, rachunki, samochód, remonty, wszystko. To był bardzo ciężki dla mnie czas, nie znalazłam u nikogo ani wsparcia ani pomocy. Zawsze miałam niskie poczucie wartości, ale wtedy jeszcze się pogłębiło, wpadłam w czarną dziurę, myślałam, że jestem nikim i na nic nie zasługuję. Moi bliscy jeszcze mnie w tym utwierdzali.

Często chciało mi się słodkiego, ale konsekwentnie sobie odmawiałam, takie moje małe wyrzeczenia. Miałam wielkie bóle brzucha, jak mnie napadło potrafiłam leżeć na podłodze zwinięta i wyć. Choć muszę powiedzieć, że to był ból emocjonalny bardziej niż fizyczny. Na początku 2004 roku miałam bóle wędrujące. Co chwila w innym miejscu wybuchał jakby pożar, by za chwilę przenieść się w inne miejsce. Temperatura mi skakała, albo miałam 35,4 albo 37,4 ale nie więcej. Pewnej soboty ból brzucha był tak duży, że poszliśmy z mężem na ostry dyżur do szpitala, ale nawet mnie nie zbadali, powiedzieli, że mam iść na pogotowie, a po niedzieli do lekarza. Więc poszłam na pogotowie, tam jakiś młody lekarz stwierdził, że to pewnie żołądek. Przepisał mi tabletki i kazał wrócić do domu. Następnego dnia już nie wstałam z łóżka, Damian przyprowadził księdza z komunią.

Ból był taki, że łzy same mi płynęły, nie mogłam się nawet napić. W końcu pojechaliśmy na ostry dyżur, żeby było śmiesznie do tego samego szpitala. Wezwali chirurga, że niby woreczek żółciowy i trzeba operować. Nie wiem skąd, ale wtedy uparłam się, że to nie woreczek i żeby mnie zbadali. Wzięli mnie na USG. Okazało się, że to ostre zapalenie trzustki. Głowa trzustki powiększyła się tak, że uciskała przewody żółciowe i wszystko wokół. Normy diastazy miałam przekroczone we krwi 60 razy. Wtedy się wystraszyli i od razu przyjęli mnie na oddział. Najdziwniejsze było w tym to, że poza tylko przekroczonymi diastazami, wszystkie inne wyniki miałam w normie, nawet zapalne czynniki, leukocyty, cholesterol.

Lekarka prowadząca przychodziła codziennie i mówiła, że nie rozumie jak to możliwe. Zastosowano zero odżywiania, tylko kroplówki przez 9 dni. Antybiotyki, sole i glukoza oraz środki przeciwbólowe na żądanie. I znowu nie korzystałam ze środków przeciwbólowych, nie chciałam, nie musiałam. Nie jadłam to i nie bolało. Lekarka powiedziała, że ludzie z taką trzustka to są już na morfinie i jeszcze się proszą i że moje życie jest zagrożone. Bogu dzięki ja nie prosiłam o morfinę. Ale był to dla mnie czas próby. Czułam się opuszczona, mąż odwiedził mnie tylko raz. Ciemności mnie dopadły, każdej nocy mnie dopadały, kilka razy byłam bliska śmierci, ale wtedy nawet nie mogłam zawołać nikogo na pomoc, bo z moich ust nie dobywał się głos.

Kilka razy traciłam przytomność, gdzieś odpływałam. Modliłam się, Boże pomóż. Najbardziej bałam się tego, że On mnie zostawi i jak umrę to nie będzie mnie chciał. Aż przyszła odpowiedź, uspokojenie, wszystkie zmartwienia odpłynęły, o mnie, o dom, o moich bliskich. Przyszła mi taka myśl, że nawet jeśli umrę dziś, życie będzie toczyć się dalej, ludzie, których zostawię będą żyć dalej, że nie muszę czuć się odpowiedzialna za to, że ich zostawię, a Bóg mnie nie zostawi. Był to pierwszy krok ku przebudzeniu, ale droga przede mną długa.

Po dwóch tygodniach wyszłam ze szpitala. Ważyłam 47 kg przy wzroście 170. Moja trzustka wróciła do normy, ale ja już nie wróciłam do swojej pracy. Siedziałam w domu. Nie oznaczało to końca moich przemian, to chyba był większy wstęp. Problemy w domu, z ludźmi, z bliskimi. Nie dana mi była spokojna rekonwalescencja. A gwoździe wbijali mi najbliżsi. Wiele rzeczy znikało z mojego życia, coraz trudniej było mi się modlić jak zwykle. Modliłam się, zawsze się modliłam, ale zniknęło z mojej modlitwy to uniesienie, czułam wielką oschłość. Targały mną różne emocje. Szukałam codziennie małych rzeczy, za które mogę być Bogu wdzięczna. Chciałam odnaleźć radość, ale ciężko mi to przychodziło.

Z moich notatek

24.11.2005

"... To nie jest na moje siły. Za bardzo to wszystko przeżywam. Chciałabym z kimś o tym porozmawiać, o całym moim życiu. Nie wiem tylko kto miałby to być...Może ja sama. Wszystkie odpowiedzi są we mnie... I jeszcze ten głos usłyszeć. Słyszałam ten Głos. Pocieszał mnie. Mówił, żebym nie płakała, kiedy płakałam nad swoim życiem. Powiedział, że to wszystko mija. I że: "do wielkich rzeczy cię przeznaczyłem". Ja i wielkie rzeczy. Moje życie nie jest inne niż tysiące mu podobnych. A jednak to moje życie i jest jedyne i niepowtarzalne. Właśnie, jedyne i niepowtarzalne. Bo przecież nikt nie jest mną i nigdy nie będzie, nawet jeśli zrobi to co ja lub powie to i tak wydźwięk tego będzie inny.

Także marzenia i spojrzenie na świat każdy ma inne. A jednak, to wszystko sprowadza się do jednego, do życia, które każdy z nas przeżywa. I tu bardzo mi się podoba takie określenie działalności Ducha Św. Do którego powinniśmy dążyć i które tak naprawdę dzieje się każdego dnia: jedność w różnorodności. Bo to co nas jednoczy to życie, we wszystkich jego przejawach, dążenie do osiągnięcia szczęścia, królestwa, niezależnie od tego czy wierzymy w Boga, Allacha czy Buddę. A różnorodność jak sama nazwa wskazuje to nasza inność, indywidualność, bo każdy z nas jest inny. Jako, ze każdy prowadzi inne życie, jego szczęście wyrażać się będzie różnie, ale szczęście to świadomość tego, że mamy wszystko czego potrzebujemy, że Słońce dla nas świeci, pada śnieg, kwitną kwiaty, morze szumi, a róża pachnie różą."

28.11.2005

"...Generalnie ten dzień był dla mnie trudny pod względem mojego samopoczucia...Mam wrażenie, ze w moim ciele dokonuje się przebudowa i odnowienie. Mój organizm naprawia się komórka po komórce. Boże, daj mi siłę abym wytrzymała ten proces naprawy i odnowienia. Dzisiaj zobaczyłam jak łatwo stare wzorce, wypierają, no może starają się wyprzeć nowe. Znów byłam drażliwa, denerwowałam się bzdurami...czasem zachowuję spokój, a czasem to samo ze mnie wychodzi."

29.11.2005

"... Boże pragnę zmiany, przemiany. Wiem, że żyłam dotąd w ciemnościach. Rozumiem co mówił Św. Jan od Krzyża o "Nocy ciemnej duszy". Przeżywam te noc już od paru lat, ale dociera do mnie Twoje światło poprzez książki, ludzi, uczucia. I chociaż wydaje się, że ta ciemność jest wszechogarniająca to wiem, że wynika ona ze światła. Twej światłości. I czekam Boże, na cud miłości... Miłość i światło. Dobro, które jest dla nas przeznaczone od założenia świata. Pokój i szczęście. Boże pomóż rozwinąć nasze anielskie skrzydła, byśmy byli dla innych aniołami, nieśli miłość i pokój. Chciałabym prosić byś wszystkich ludzi, wszystkie serca, napełnił, uzdrowił miłością, która wypływa z Twojej światłości. By zapanował pokój w sercach ludzi, zgoda z naturą, naszą Matka Rodzicielką i Żywicielką. Pomóż odnaleźć drogę i spraw byśmy nie zbłądzili w ciemności. I niech stanie się ciałem słowo proroka: "Naród kroczący w ciemności, ujrzał światłość wielką". Dane mi było już odczuwać ta wielką miłość i jedność ze wszystkim. Więc Panie dopomóż tęsknocie serca mego. Amen"

Codziennie właściwie dokuczały mi bóle, zatykało mnie, byłam bliska omdlenia. Pójście na zakupy to był wielki wysiłek. Nogi się pode mną uginały. Badania wychodzą w porządku wszystko jest ok. Ale ciągle boli i boli. Na moich nogach pojawiają się siniaki, nie wiadomo skąd i dlaczego, niektóre bolą inne nie. I nie są bynajmniej od uderzenia.

04.12.2005

"...Teraz zaś płaczę. Nękają mnie bóle i zupełnie nie wiem jak sobie poradzić. Staram się wytrzymać jak mogę i modlę się, aby to się już skończyło, te bóle. Nikt mi nie wierzy, ale bóle są okropne. Dzisiaj w kościele usłyszałam głos: Ciesz się, bo skończyło się Twoje cierpienie. Twoje grzechy zostały odkupione, odpokutowane. ...Boże ile jeszcze muszę znieść? ... Ból, ból i cierpienie są moim pokarmem każdego dnia."

24.12.2005

"... Oto jestem od wczoraj w szpitalu. Boże nie pojmuję sensu tej nauki, ale bądź wola Twoja. Myślę, że nie jestem sama. Sam Jezus przyszedł do mnie aby mnie pocieszyć. Ale tak trudno przyjąć pokornie tą samotność w święta radości. Moje ego walczy, chce być ważne, a Ty Panie chciałeś, żebym była tutaj. ...Tęsknię za pięknem nieba, a jednocześnie nie umiem sobie nawet wyobrazić jego piękna. Jakby wszystko zakryła niewidzialna zasłona..."

26.12.2005

"...Boże, w noc ciemną weszła moja dusza. Nie widzę już nic...Modlitwa zdaje się być dobrem nieosiągalnym, wszystko się we mnie łamie i trzeszczy, jakbym rozpadała się na kawałki...Cierpienie, które towarzyszy pragnieniu miłości oczyszcza duszę i przygotowuje serce na wlanie Bożej Miłości..."

28.11.2005

"...Właśnie doświadczyłam Bożej miłości. Zobaczyłam siebie jako małą dziewczynkę, która stawia pierwsze kroki. Czułam głęboką obecność Boga, który czuwa nad każdym moim krokiem, pozwala mi upadać, ale wiernie "kibicuje" mi abym wstała i szła dalej. Widziałam Jego dłoń którą wyciąga, abym mogła się złapać i wstać. Poczułam, że jestem Jego ukochanym dzieckiem, przy którym zawsze jest". Takie miałam widzenie duchowe siedząc na korytarzu w szpitalu."

22.08.2006

"...Czuję pustkę, a właściwie nic nie czuję. Moje zmysły nie reagują. Moje ciało "ogłuchło" ...Boję się, że zabrano mi już wszystko. Mam wrażenie, że Bóg zostawił mnie samą. Nawet wiary już "nie czuję". Nic, pustka, żadnego oparcia, punktu zaczepienia. Co mam robić? A może nic nie robić? Nie wiem, nic już nie wiem. W życiu nie byłam w takim położeniu, wydaje mi się, że to ciemna studnia, a ja ciągle spadam jeszcze głębiej i głębiej i nie ma już światła, nawet nikłego. Pustka duchowa i opuszczenie to jest straszne doświadczenie. Jestem jak samotny byt pośrodku wielkiej pustyni. Spragniona, głodna, bez nadziei. Do tego moje ciało wciąż zatkane, bolące. Do kogo mam się zwrócić?"

03.09.2006

Mój Boże, gdzie jesteś. Gdzie ja się teraz znajduję? Na skraju przepaści? Nie do opisania. Fizyczne samopoczucie mam raczej kiepskie. Czuję słabość w nogach, w stawach. Nie mogę jeść, a nawet nie mam chęci... Moja wiara umarła. Wiara w strasznego karzącego Boga. To może pozytywne. Ale nie ma tej nowej wiary. Nie umiem się nawet modlić...Tak, wiem, nie odmawiam różańca, ale nie dlatego, że nie chcę. Po prostu nie mogę. Nie mogę. Czy to po prostu moje ego jest wściekłe i walczy ze mną?... Tęsknię za Miłością."

Któregoś wieczoru później dostałam gorączki, miałam 39,6, trzęsłam się jak w febrze. Kręgosłup mnie bolał aż do samej czaszki. Głowę mi rozrywało, aż nie widziałam na oczy. Myślałam, że to zapalenie opon mózgowych. Pojechaliśmy do szpitala. Zrobili mi badania, nic nie wyszło, dali zastrzyk przeciwbólowy - zwymiotowałam. Kręgosłup mnie palił, kark zesztywniał, oczy wychodziły mi z orbit, gorączka nie spadała. Zrobili mi prześwietlenie płuc, kręgosłupa. Dalej nic. Zostawili mnie w szpitalu. Dali jakieś antybiotyki. Dobrze, że w tabletkach, bo ich nie wzięłam. Dali choć nie mieli teorii co mi jest. Przeleżałam do rana, przytulona do termoforu, mimo gorączki trzęsło mną. Przez noc spociłam się tak, ze wszystko było mokre od lepkiego potu, aż do materaca na łóżku. Ale koło południa byłam już zdrowa. Badania z rana nic nie wykazały, żadnej infekcji tak jak te wieczorem. Na następny dzień wypisali mnie do domu.
Do dzisiaj nie wiem co to było.

Bóle mnie ciągle dopieszczają. Wiele razy dopadały mnie takie duszności, puls wyskakiwał mi do 120 uderzeń, ciśnienie skakało jak szalone, myślałam, że to zawał. Kłucia w sercu takie ostre przeszywające. Miałam je nawet w szkole podstawowej, mając 12 lat. Pisałam wtedy w swoim pamiętniku: dzisiaj o 12 ból serca na przestrzał. Taki to był ból jakby mnie ktoś na wylot przeszył.

Bóle karku, sztywnienie - wysłali mnie na tomograf, nic nie stwierdzili. A kark sztywny, nie mogłam ruszać głową. Brzuch wyczyniał mi różne ewolucje. Potrafił się nagle przemieścić na jedną stronę np. na prawo albo na lewo. Przez skurcze brzucha nie raz lądowałam w szpitalu, bo aż nie mogłam oddychać, dusiłam się, choć powietrza nabierałam tyle, że brzuch robił się jak balon, ja miałam wrażenie, że na mojej przeponie jest taki pas, który nie pozwala mi tego powietrza nabierać. Dusiłam się i prawie mdlałam. Lekarze kręcili głowami. Trafiałam do nich z objawami odwodnienia, brakiem magnezu i potasu, ale badania wychodziły w porządku. Sami się dziwili. Wysyłali mnie do psychiatry. No to poszłam, ale psychiatra powiedział, że nic mi nie dolega, mogę sobie wziąć jakieś ziółka na uspokojenie i tyle. Zresztą nie mogę brać leków, bo nawet przy minimalnych dawkach "schodzę". Kiedyś byłam w szpitalu i kazali się zaszczepić na WZW. Nie chciałam, ale powiedzieli, że takie są wymogi. Poszłam na 1 dawkę. Umierałam przez cały tydzień po tej szczepionce.

Lekarze nie wiedzieli co się dzieje, ale już mnie nie zmusili do następnej. Powiedzieli, ze jestem dziwoląg i trudno. Między 2005 a 2008 rokiem "urodziłam" słoik kamyczków, największy miał 2 cm, wszystkie wyglądały jak z piaskowca. Nie było by to może dziwne, ale ja nie rodziłam ich z nerek tylko... no właśnie skąd? Lekarze mówili, ze nazbierałam sobie i coś im chce wmówić. Kiedy w szpitalu na moim ciele pojawiały się czerwone plamy to na ręce, to nagle cały brzuch robił mi się czerwony lekarz powiedział, że pewnie mam uczulenie na truskawki. (Polska-początek kwietnia-zero truskawek). W 2007 roku odeszła moja mama. Od tego czasu zaczęły mnie boleć nogi, ale tak, że aż łzy ciekły. Wydawało mi się, że mi w żyły gorący ołów wlewają.

Nogi nie puchły, ani nic, ale ból nie do opisania. Do tego zaczęła mnie boleć podstawa kręgosłupa. Nie mogłam siedzieć, ani leżeć. Naczyniowiec nic nie znalazł więc stwierdzili, że pewnie fibromyalgia, bo bolały mnie wszystkie mięśnie jakbym miała się rozlecieć. Do tego doszedł ból taki rozpierający u nasady nosa, między brwiami. Nie mogłam się tam nawet dotknąć. Ból i pulsowanie. Tak chyba przez miesiąc albo dłużej. Zatoki w porządku. To zaczęły mnie boleć oczy. Miałam wrażenie, że ktoś mi te oczy od wewnątrz pociąga za jakieś sznurki i obraca nimi. Oczy bolał, swędziały. Dopadła mnie też taka suchość w nosie, że nie mogłam oddychać, bo aż parzyło. Potem w gardle. Picie wody nic nie dawało, pustynia.

Któregoś dnia moje gardło tak napuchło, że nie mogłam nawet śliny przełknąć, ani jeść, ani spać, dusiłam się. Poszłam do lekarza obejrzała. Mówi, że nawet nie jest czerwone to gardło, a ja nie umiałam nawet mówić coś tam bulgotałam. Przeszło po 3 dniach, ale to była droga przez mękę. Prawie nie spałam i nie jadłam.

Obecnie bolą mnie nogi, biodra mi rozrywa, a szczególnie prawe jakby je ktoś wykręcał ze stawów. Bolą mnie mięśnie i kości, a w kolanach jakby mi ktoś strzykawką aplikował w sam środek jakąś lodowatą ciecz. W ogóle prawa strona mi bardzo dokucza.

cdn...

Mała Gosia