NASZE DOŚWIADCZENIA

PIERWSZE WIELKIE SPOTKANIE
(CZĘŚĆ 5)
LINK! DO CZĘŚCI 4
LINK! DO CZĘŚCI 6

 

Moje całe życie uległo zmianie 3 list. 2000 roku. Przekręciło się nagle o 180 stopni. W tym dniu tak jakbym błyskawicznie dojrzała - duchowo. Stało się to w przeciągu jednej chwili, można powiedzieć, za mrugnięciem oka. Ujrzałam cały świat w innych barwach. Kurtyna co me oczy przykrywała - spadła. Dano mi poznać co się głębiej za nią kryje.

Wcześniejsze moje życie chociaż wierzyłam w Boga i do Niego wznosiłam oczy, oczywiście najczęściej jak chwile obawy nawiedzały moją duszę i życie rzucało na kolana, tam właśnie u Boga szukałam pocieszyciela, pomocnika i cudotwórcy aby przywrócił spokój i radość aby usunął przeszkody, które blokowały mi dalszą drogę.

A wtedy wszystko na co mnie było stać, to tylko szybka modlitwa - może deko głębsza niż na co dzień i dużo narzekania, jak w tym powiedzeniu, jak trwoga to do Boga. W moim życiu jakoś było zawsze mało, bardzo mało a może nawet tak naprawdę nie było wcale ... Jezusa.

Jego postać mnie nurtowała, ale i przede mną się chowała. Były takie okresy, kiedy na chwilę zatrzymywałam się... i myślałam o Jego narodzeniu, życiu i męce, próbowałam nawet kiedyś się mocniej przyłożyć i coś więcej przeczytać... Jakoś nie było czasu?

Rok 2000 zakręcił mnie dokładnie w dziwny kokon i w żaden sposób wyrwać się z niego nie mogłam... i jeszcze bardziej oddalałam się właśnie od Jezusa.

Szukałam odpowiedzi na moje życia zagadki, które znienacka spadały ciężko na głowę w innych mądrościach tego świata, narzekałam na los marny i brzydkie fatum tego roku 2000-cznego. A Jezusa nadal nie widziałam, nie doceniałam. Jednak w tym czasie bywały we mie jakieś niespokojne przebłyski ... jakiś głos wewnętrzny mnie wabił... mówił... porozmawiaj z Jezusem... hmm... On był zbyt daleko... i cóż mi mógł pomóc?

Był już listopad, już w pełni doświadczałam rożnych mistycznych przygód... wcale ich nie rozpoznając... i dni były coraz bardziej bolesne, ciężkie i długie... i rozwiązania nie nadchodziły... ni z ziemi ... ni z nieba.

Miotała mną bezsilność, samotność, nieznośny ból całego ciała i nie widziałam żadnych szans na dalsze życie. Co dzień gorzej... i gorzej...

3 listopada 2000, nie zwiastował żadnych zmian, był to dla mnie dzień jak co dzień, od kilku miesięcy taki sam, bez cienia uśmiechu, łzy, utrapienia -prawdziwy listopad - zimny, deszczowy i mroczny. Jak ten smutny jesienny miesiąc tak i moja dusza wyglądała w tamtym czasie.

Wstałam z łóżka o 10-tej rano po kolejnej nie przespanej nocy. Zrobiłam parę kroków... nagle moje mieszkanie zalało rubinowe światło ... zatrzymałam się, bez przestrachu bo światła w tym czasie w moim życiu już mnie nie dziwiły tak mocno. Weszły w moje życie w roku 1995... i chociaż nie odnalazłam na nie odpowiedzi przestałam się już ich lękać. Zaakceptowałam je we własnym życiu bez szukania ich przyczyny, bo nawet jak chciałam rozwiązać tą zagadkę to i tak nic sensownego nie przychodziło mi do głowy. Nie było też nikogo kto by znał na to odpowiedź.

W tym dniu i w tym świetle jednak było coś więcej, poczułam się nagle jakby utopiona w głębi wielkiego rubinowego oceanu. Wokół mnie wszystko falowało, piękne błyski przenikały ten kolor rubinu i ja się czułam, że jak na falach wody jestem huśtana tym dziwnym zjawiskiem, które było takie cudowne... i chociaż nie czułam aby mnie dotykało... to jednak go odbierałam jak przez dotyk.


Zobaczyłam nad sobą coś na wzór nieba, dziwne gwiazdozbiory... wiedziałam, że skądś je znam, czułam, że jakby umknęła z mojej głowy ich nazwa i pamięć o nich? były mi dziwnie bliskie ... patrzyłam jak zahipnotyzowana w to piękne zjawisko i rozluźniałam się mocniej i mocniej aby lepiej obejrzeć to dziwo ... przypomnieć sobie coś więcej ... lecz gwiazdy przepadły ..., ale ta rubinowa czerwień mocniej ożyła. Pojawiły się w niej mgły i złote promyki i gdzie niegdzie przeciskały się pasemka różu, wyglądało tak jakby szły z dna tego oceanu rubinu - czułam się jak w środku czerwonego Pacyfiku.

Kolor rubinowy - różowy zmienił się w jednej chwili w pomarańczowy, ale ciągle te różowe błyski przebijały ze wszystkich stron. Trudno opisać ile ciepła dawał ten kolor, ile świeżego oddechu, to było coś bardzo szczególnego, wyszukanego, słów brakuje by wyrazić uczucie jakie wtedy mną zawładnęło.

To jeszcze nie był koniec, bo ten pomarańcz zawirował i stal się złotem -niepowtarzalnym ... i gdzieś ze środka, jakby z centrum, silniejsze różowe promienie zaczęły się przedzierać do mnie, otaczały mnie coraz bardziej, coraz bliżej... jeszcze nimi nie nacieszyłam oczu a już zobaczyłam coś nowego i to mnie zdumiało najmocniej. Przede mną zapalił się ogień, żywy, tryskał wesoło płomykami, w kolorze czerwieni, podobnym do ciemno - czerwonej róży.

Znienacka ... pod tym płomieniem pojawiło się piękne serce o barwie czerwono-rożowej... nie mogłam oderwać oczu, nie rozumiałam co się dzieje... znieruchomiałam i czułam, że moje oczy są szeroko otwarte. A to serce jeszcze otoczyło się w złotą otokę i błyszczało radośnie... i co dalej ujrzałam...? pod sercem czyjaś ręka? ze światła... długa i wąska i zarys sylwetki jak we mgle. Przez moją głowę przebiegła myśl... tak wygląda Jezus z otwartym sercem - na obrazie... i w tej chwili błysk potężnej błyskawicy oświetlił całą tą mglistą postać, wydobył ją z mroku ... przede mną stał Jezus w długiej białej szacie a na Jego dłoni wyciągniętej w moim kierunku... Serce z żywym płonącym rubinowym płomieniem.

Zanim cokolwiek pojęłam już się pojawiła szmaragdowa zieleń i tworzyła wielką świetlistą kulę, utkaną z setek kryształków. Ta kula szybko wirowała i w niczym nie przypominała mi żadnego zjawiska na ziemi, kręciła się jak nasz ziemski glob, kształtowała w sobie obrazy niczym kalejdoskop, tworzyła w swoim wnętrzu piękną geometrię, stawała się chwilami przezroczysta, wtedy była jakby z plazmy... o szmaragdowym odcieniu... i znowu zmiana - i kolor niebieski już wrzał wokół jak kłębisko burzowych chmur... i wszystko ucichło.

W tej ciszy wyłonił się piękny fiołek, spokojny, przypominał mi kolor jasnego wrzosu, pojaśniał jak mgła ... i nagle na jego delikatnym tle jak pioruny z nieba w wielką burzę, jak potężne błyskawice spadały fioletowe języki ognia - otaczały mnie. Zrobiły na mnie wielkie wrażenie. Ten ogień chociaż groźnie wyglądał nie czynił nic złego. Powoli fioletowy ogień zamienił się w piękne różowe wzory, a te zawisły nieruchomo... i jak nagle wszystko się pojawiło, tak też nagle znikło... A z mojej buzi wyrwało się tylko... oh... Takich kolorów czystych, żywych utkanych ze światła nie widziałam wcześniej nigdy w swoim życiu. Również całe to zjawisko przerosło moją największą wyobraźnię.

Spojrzałam jeszcze do góry ciągle szukając czegoś więcej ... ale tam nad głową zobaczyłam już tylko dziwną białą przestrzeń jakby bardzo gęstą mgłę. I ta w parę sekund gdzieś się rozpłynęła... i jeszcze tak stałam dłuższą chwilę ... i świeże myśli zaczęły do mnie napływać... zdziwienie wielkie ..., ale już wokół panowała tylko wielka cisza jakby nigdy nic się nie zdarzyło.

Boże, co to było... ni jawa ... ni sen...? Boże, czy to był naprawdę Jezus?

WIESŁAWA