|

W moim życiu sny odegrały ogromną rolę. Już będąc dzieckiem
spotykałam
w snach postacie w białych szatach przemawiające do mnie. Sen jednak
który
zmienił moje życie pamiętam do tej pory, to był ten pierwszy, który
zapoczątkował
całą serię zdarzeń. Sen ten jednak poprzedzony był innym, równie
niezwykłym jak dla mnie doświadczeniem. Miałam wtedy 7 lat, ktoś pomyśli: Cóż
takiego decydującego może się przydarzyć dziecku w tym wieku, co
zaważy na jego całym życiu. Jednak przydarzyło się. Mój dziadek
zginął w nieszczęśliwym wypadku. To niby nic wielkiego, patrząc jak
wielu ludzi ginie każdego dnia. Dziadek jednak tydzień wcześniej,
zupełnie jakby przeczuwał, że coś może się stać, odwiedził całą naszą rodzinę,
każdego z osobna. Przyjechał do nas wtedy z innego miasta, nigdy tak
nie robił, nigdy nie przyjeżdżał niezapowiedziany. Z opowieści
rodziców wiem, że ponoć dziwnie się zachowywał,
był jakiś inny. Jednak, czy mógł przeczuwać, że coś może się
wydarzyć?

Jego śmierć spadła na naszą rodzinę zupełnie nieoczekiwanie, był
jeszcze młody,
miał kawał życia przed sobą. Jednak Bóg zdecydował zabrać go do
siebie. Nie rozumiałam wtedy jeszcze zbyt dobrze czym jest ta
śmierć, z czym to się wiąże poza tym, że ktoś
jak się zwykło dzieciom mawiać "idzie do nieba i nie ma go już wśród
nas". Minęło kilka
dni od śmierci dziadka, nie byłam na pogrzebie, rodzice uznali, że
jeszcze nie czas. Nie przeżywałam jednak tego tak bardzo, bo cały
czas myślałam, że dziadek jest w niebie.

Coś jednak nie pasowało. Może z tydzień po jego śmierci zaczął się
ukazywać w oknie
w kuchni. Tak, zupełnie jakby wyszedł z tej trumny, był blady,
zapłakany i mocno zmartwiony i patrzył na mnie z tego okna. Z
początku chciałam z nim rozmawiać, ale nie odpowiadał, zupełnie
jakby nie mógł nic mówić. Patrzył smutny i jakby przegrany. Nie
wiedziałam o co chodzi. Wszyscy mówili, że on nie żyje, a on w nieco
innej postaci, jakby nie namacalnej dzień w dzień pojawiał się w
oknie w kuchni i patrzył. Zaczęłam bać się chodzenia do kuchni kiedy
zapadał zmrok, wiedziałam, że on tam będzie czekał. Ciekawe, że był
tam tylko kiedy było ciemno. Gdy włączałam światło już go nie
widziałam, nie widziałam go też w dzień, choć czułam jego obecność.
Trwało to dłuższy czas. W końcu nie wytrzymałam i kiedy jednego dnia
kolejny raz tato kazał mi wieczorem iść do kuchni wykrzyczałam, że
"nie jestem jego służącą". Nie zdarzały mi się takie reakcje, mama
więc zaniepokojona tym zaczęła mnie wypytywać. W końcu powiedziałam
jej, że dziadek siedzi w oknie i jest taki straszny, że się boję tam
wchodzić bo źle wygląda. Wtedy powiedziałam jej, że trwa to dość
długo. Poradziła mi, żebym pomodliła się za duszę dziadka, bo
czasami dusza ma problem żeby pójść od razu do nieba i musi trochę
poczekać, a jak się pomodlę to pomogę jej tam pójść szybciej. Nie
rozumiałam dlaczego od razu nie idzie się do nieba, ale to była
lekcja na kiedy indziej. W każdym razie nie miałam wtedy pojęcia o
istnieniu czyśćca.

Modliłam się więc żarliwie każdego dnia rano i wieczorem, tak iż
serce moje jakby gotowało się w sobie. Myślałam wtedy, że Bóg nie
powinien kazać duszy dziadka czekać na niebo - dziecko często
idealizuje bliskich. Dopiero później dowiedziałam się za co dziadek
mógł przebywać w czyśćcu i dlaczego dostał szansę by się zwrócić do
kogoś o pomoc w modlitwie za jego duszę. Jak się okazało, dziadek
mój miał być księdzem, ale nim nie został, założył rodzinę, a
później wstąpił do partii. Cóż takie czasy. Nie mógł później chodzić
do kościoła, nie mógł być nawet na komunii własnych córek, dlatego
też pewnie zabiegał o to, by chociaż one do kościoła chodziły.
Jednak kontynuując. Moja modlitwa trwała długo. Kilka miesięcy
błagania Boga o przebaczenie grzechów i wpuszczenie dziadka do
nieba. Któregoś dnia moja młodsza, wtedy 3 letnia siostra
powiedziała do mnie "widziałam dziadka jak wchodził po schodach do
nieba". Jeszcze trochę się modliłam o jego duszę, ale po jakimś
czasie jakby poczułam, że już wszystko jest w porządku. Dziadek
pojawił się ostatni raz w oknie uśmiechnięty. Pomachał ręką na
pożegnanie i więcej się nie pojawił.

Minęło może z pół roku, kiedy pewnej nocy - zwykłej jak każda inna -
miałam niezwykły
sen. Byłam z mamą i ciocią (córkami dziadka) na wielkim polu pełnym
łanów zbóż, dojrzałych, lśniących w blasku wschodzącego słońca.
Słońce wschodziło zza niewielkiego wzniesienia, a z tego światła
wyszła postać w bieli. Szła od słońca z góry.

Był to starszy mężczyzna, wyglądał jak papież, był ubrany dokładnie
tak samo.
Zbliżał się powoli, uśmiechnięty i szczęśliwy. Szedł w naszą stronę.
Mama z ciocią
stały pośród łanów zbóż, ja stałam na tej drodze, którą szedł ten
mężczyzna. Kiedy
się zbliżył rozpoznałam w nim dziadka. Mama z ciocią patrzyły złe na
mnie, że ja idę
z nim porozmawiać. Były zazdrosne, że ich własny ojciec nie chce
rozmawiać z nimi
tylko ze mną. Spytałam go, czy nie powinien najpierw porozmawiać z
nimi, bo będą bardzo złe. Na co on odpowiedział, że teraz nie ma im
nic do powiedzenia i, że już przecież z nimi rozmawiał. Udaliśmy się
w dół drogi, a na jej końcu stał duży kamień. Usiedliśmy na nim
i nagle znaleźliśmy się w pokoju prababci, która notabene niedługo
potem zmarła. Pokój
był pusty, siedzieliśmy już na tapczanie. Dziadek zaczął mi coś
opowiadać, tłumaczyć i przekazywać, pokazywał mi symbole, znaki,
obrazy, których nie potrafiłam zidentyfikować. Nie wszystko
potrafiłam też zrozumieć, kiedy do mnie mówił, jednak miałam
wrażenie, że próbował mi powiedzieć jak należy godnie żyć.
Rozmawialiśmy bardzo długo, każde
jego słowo zapisywało się we mnie jakby ktoś wyrył jego słowa w
sercu i duszy.

Miałam wrażenie, że na moje plecy zrzuca jakiś ogromny ciężar i
pytałam go czy
sobie poradzę, ale on twierdził, że tak. Dzień dobiegał końca.
Wyszliśmy z pokoju i znów znaleźliśmy się na drodze. Słońce powoli
zachodziło. Dziadek pomachał tylko do swoich córek dając im do
zrozumienia, że nadal je kocha. Potem odwrócił się do mnie - jego
spojrzenie było pełne mądrości i prawdy - patrzył przez chwilę i
odszedł w stronę zachodzącego słońca. Z tego snu nie zapamiętałam
żadnych jego słów, zupełnie
żadnych. Do dziś nie potrafię powtórzyć niczego z tej długiej i
intrygującej rozmowy.
Jednak wiele, wiele razy kiedy w życiu dokonywałam jakichś wyborów
czułam jakby wewnętrznie, że jest bądź nie jest to zgodne z moją
rozmową z dziadkiem.

Z perspektywy czasu mogę powiedzieć, że ta rozmowa we śnie wywarła
na moje
życie ogromny wpływ. Za każdym razem gdy miałam i mam podjąć ważną
decyzję wyłączam się na chwilę i pozwalam swojej duszy odczytać
wewnętrzny zapis. Bo cokolwiek powiedział dziadek, wiem, że poradził
mi dobre rzeczy. Chciał się tak odwdzięczyć za skróconą mękę w
czyśćcu i moją żarliwą modlitwę. Nie raz miałam wrażenie, że to on
został moim Aniołem Stróżem i prawdopodobnie sam się o to prosił
gdzieś w górze.

Jak widzicie to zdarzenie i ten sen zmieniły bardzo wiele w moim
życiu. Nie jest tak,
że żyłam podporządkowana jakimś sennym marzeniom. Nie mogłam, bo na
dobrą
sprawę nie wiedziałam i nie pamiętałam prawie żadnego słowa z całej
naszej rozmowy, czemu więc miałabym się podporządkowywać. Zdarzenie
to jednak dało mi pierwszy
dowód na to, że prócz tego w czym żyjemy i czym jesteśmy jest coś
jeszcze, bardziej niepojętego, niezrozumiałego i utęsknionego. Coś
do czego możemy wszyscy
dotrzeć podążając za wskazówkami otrzymywanymi od Boga.
13 listopada 2008
GODAN
|