|

Tak wiele jest zdarzeń, doświadczeń i przejść, które chciałabym Wam
opisać, pokazać, wytłumaczyć. Niestety tak wielu z nich nie
rozumiem, że nie mogę podjąć się ich interpretacji, a jeszcze
większa liczba mogłaby wywołać liczne kontrowersje bądź zbędne
dyskusje oddalające nas od rdzenia całego tego tematu. Tylko z tych
powodów wybieram te motywy, te sytuacje, które wydają mi się na
dzień dzisiejszy najbardziej klarowne, najbardziej zrozumiałe i
bezpieczne. Mogłabym opisywać wiele, ale siać zwątpienie, kiedy
samemu nie potrafi się go jasno i zrozumiale wytłumaczyć, to tak jak
siać niezdrowe ziarno i chwasty na zdrową ziemię. Lepiej tego
uniknąć. Kiedyś przecież mogę uzupełnić swoje słowa.

Nie wiem czy chronologicznie, jednak przypomniał mi się jeden z
pierwszych snów będących spotkaniem z Chrystusem, spotkaniem
inicjowanym przez Nią. Tutaj wyraźnie muszę zaznaczyć, że Ona to nie
tylko Maryja (choć ta Istota jest mi bliższą niż pozostałe), to
również wiele innych żeńskich aspektów boskości przejawiających się
mniej lub bardziej doskonale. Może więc być to Diana, Izyda, Izis,
Inanna, Sophia, Isztar, Wenus, i wiele wiele innych Boskich matek,
sióstr i córek. Jeśli nie jest dla Was zrozumiałym co mam na myśli,
lepiej zatrzymajcie się na Maryi i podążajcie za nią. Czasami lepiej
znać tylko jedną z nich i za nią podążać niż mieszać postacie i nie
poznać żadnej, a w konsekwencji nie wyruszyć w drogę. Ja wybrałam
Maryję bliższą mi z uwagi na katolickie wychowanie.

Ogólnie łatwiej mi było zrozumieć Ją i Jej zaufać. Nie wiem dlaczego
i z czego to wynikało, może z dominującego aspektu żeńskiego w mojej
i Jej istocie. Może z faktu, że obie jesteśmy kobietami, spełniamy
więc podobne role, Ona znacznie potężniejszą, dla całego
Wszechświata, dla Dzieci Nieba i Ziemi, dla wielkich aspektów siły i
mocy, ja bardziej przyziemną, ludzką, może mniej absorbującą, jednak
również ważną jak dla naszego poziomu. Obie zawieramy w sobie te
same elementy - córka, siostra, matka, przyjaciółka, kobieta,
małżonka, opiekunka, strażniczka życia, połączenie ciała i ducha. To
czyni nas dla siebie bliskimi, może dzięki temu łatwiej było mi
odebrać jej przesłanie, jej rolę, bynajmniej na etapie na którym się
znajdowałam. Wiem przecież, że w swoim wnętrzu (właściwie Ona jest
swoim wnętrzem) kryje znacznie więcej, a ja uczę się rozumieć
jedynie pojedyncze słowa. Dlaczego piszę o swoim zaufaniu i uczuciu
do niej?

Matka co ogólnie wynika z uwarunkowań natury jest najbliższą
człowiekowi istotą, istotą, z którą więź powstaje jeszcze za nim
narodzi się człowiek. To więź której nie zastąpi żadna inna. Choć
rola Ojca jest równie potężna i ważna dziecko od początku ma głównie
kontakt z Matką. Matce więc ufamy i ją szanujemy z wrodzonym
wdziękiem. Z Ojcem jest inaczej. Ojca poznajemy dzięki Matce, Ona
nas do niego prowadzi. Dziecko nie poczęte wciąż jest z Matką, Ona
je przygotowuje na spotkanie z Ojcem. Wiem, że nie odkryłam tymi
stwierdzeniami Nowej Ziemi, ale nie w tym rzecz. Zauważcie, że
celowo używałam słów Matka i Ojciec pisanych z dużej litery, by
nakierować Was na coś więcej. Matka (Maryja) - poprzez Dziecko (Syna
- Jezusa Chrystusa) - do Ojca (Boga Najwyższego). Przeczytajcie ten
akapit jeszcze raz z takim poprzedzeniem.

Tamtej nocy we śnie wyjrzałam przez okno swojego mieszkania, za
szybą na boisku dostrzegłam lądujące samoloty i helikoptery,
mieliśmy z moją siostrą i znajomym skakać ze spadochronami.
Wyszliśmy na plac, podeszliśmy do jednego z samolotów, ale pilot
powiedział, że jest za duży wiatr i nie skaczemy bo to za duże
ryzyko, że może jutro. Byliśmy zawiedzeni, ale postanowiliśmy wrócić
do domu. Wtedy podeszła do nas Ona - Księżna Diana - dokładnie taka
jaką była, w jasnym kostiumie, uśmiechnięta, ciepła, szczera.
Poprosiła nas żebyśmy nie szli do domu, a potowarzyszyli jej i jej
bliskiej osobie przy wspólnym urodzinowym obiedzie. Nie chcieliśmy,
woleliśmy iść do domu, czuliśmy, że to nie nasz poziom. Wówczas Ona
powiedziała: - Królowa Elżbieta ma dzisiaj urodziny, to jej ostatnie
urodziny, nie ma nikogo prócz mnie, żołnierzy i Was, sprawilibyście
jej wielką radość uczestnicząc w obiedzie.
Byliśmy zaskoczeni. Obiadek z Królową Elżbietą i Księżną Dianą
wydawał się być czymś niesamowitym, ale zgodziliśmy się, jednak
tylko dlatego, że miały być to ostatnie urodziny Elżbiety.
Usiedliśmy przy stole, zjedliśmy. Wtedy Diana poprosiła, żebym
poszła do wozu bojowego po prezent dla Królowej, mieliśmy złożyć jej
życzenia. Krępowałam się. Diana powiedziała: - Wyjdź naprzeciw
Chrystusowi - Stanęłam jak wryta. Patrzyłam jej głęboko w oczy. Ona
naprawdę mówiła o Chrystusie! - Zobaczysz jaki jest piękny. - Wtedy
odpowiedziałam, że jakoś bliższą jest mi Matka Boska, że nie miałam
jako takiej styczności z Jezusem, trochę się blokowałam. Ona jednak
znów powtórzyła - Nie bój się, wyjdź naprzeciw Chrystusowi.

Wstałam od stołu i nieśmiało poszłam po prezent. Żołnierz wyjął z
auta zawiniątko i dał mi je do rąk. Serce mi zamarło kiedy
zobaczyłam, że w białych szmatkach zawinięty jest mały Jezusek. Był
maleńki i piękny, tak jak mówiła Diana. Żołnierz pokazał mi, że
trzeba Dzieciątko pocierać, głaskać w okolicy serca, żeby żyło,
robiłam więc to całą drogę do stołu. Stanęłam z zawiniątkiem na
wprost Diany. A ona znów się odezwała: - A nie mówiłam, że jest
piękny?! - i uśmiechała się spokojnie i z zaufaniem.
Próbowaliśmy podarować Jezuska Elżbiecie, ale ona była zbyt
przestraszona, nie gotowa zupełnie na odpowiedzialność jaka wiąże
się z opieką na Dzieciątkiem z przestrachem i jakimś dziwnym jakby
obrzydzeniem oddała Dzieciątko Dianie. Diana przytulała je do swojej
piersi i powtarzała jakby w myślach: - Nie bój się, wyjdź naprzeciw
Chrystusowi!

Możecie uznać, że opis snu jest zbyt długi. Jednak był on dla mnie
na tyle ważny, że w zasadzie te kilka zdań to i tak niewiele.
Pozwolę sobie na krótkie wyjaśnienia, chociaż większość już pewnie
zauważyła co przejawiało się w tym śnie. Księżna Diana w opinii i
świadomości społecznej uznawana była raczej za osobę dobrą, otwartą
na problemy, próbującą zrozumieć innych, pomagającą (tak
przynajmniej odbierała i odbiera ją zdecydowana większość). Zatem
uplasowany sposób postrzegania jej osoby to obraz wzbudzający
zaufanie. Druga rzecz to samo imię. Diana to znany w mitach jeden z
potężniejszych aspektów żeńskiej boskości, symbol pewnych cech
boskich w kobiecie. Diana w moim śnie była symbolem Matki i
Opiekunki, a jednocześnie Strażniczki.
Nie przyjęcie tego cudownego
daru przez Elżbietę pozwalało sądzić, że faktycznie opieka nad
Chrystusem, maleńkim Dzieciątkiem, które może być nam w pewnym
sensie darowane, nie jest łatwa, wymaga odpowiedzialności, odwagi i
ciężkiej pracy. Nawet najwyższa pozycja społeczna i wielkie bogactwa
tego świata nie pomogą w opanowaniu jej istotnych aspektów. Serce
Jezuska trzeba było cały czas rozgrzewać. Serce jest przecież
głównym organem decydującym o życiu człowieka. Fakt, iż trzeba o nie
cały czas dbać i go pilnować czyni człowieka w pewnym sensie
uzależnionym od życia, od serca. Nie wiem znów czy nie piszę zbyt
chaotycznie. Serce to przekaźnik, przepompownia nie tylko krwi, ale
i uczuć, miłości, miłosierdzia. Dbanie o serce, nie tylko to
fizyczne, ale głównie to wewnętrzne, duchowe w każdej chwili życia,
pozwala człowiekowi zbliżyć się do samego Boga.

Serce jest źródłem, w którym rozpala się płomień, każda z komór
serca odgrywa w całym naszym życiu fizycznym i duchowym niezwykle
istotną rolę. Kiedy tam uda się wskrzesić iskrę boskości człowiek
zmierza już w innym, nie znanym sobie kierunku. Czasami już za
pierwszym razem światło przybiera nagle na sile i wypełnia powoli
całą ludzką istotę, całe ciało. Częściej jednak człowiek musi
jeszcze wiele razy przejść przez swoje piekło i znaleźć swoje
rozczłonkowane wnętrze by płomień mógł palić się ogniem stałym.
Pewne jest jednak, że gdy Duch Boży choć raz rozpali w nas tę iskrę,
gdy choć raz staniemy się na to podatni, siły światła nie ustąpią do
końca by wypełnić nasze życie jasnością.

Wybaczcie ze te długie dygresje, choć sądzę, że zdążyliście się już
przyzwyczaić. Wracając do snu. Diana namawiała mnie bym wyszła
naprzeciw Chrystusowi. Dawała tym samym wyraźny znak, że jest On
kolejnym etapem poznania, kolejnym krokiem w moje własne wnętrze,
kolejnym blaskiem, iskrą, która może prowadzić mnie dalej i dalej do
Ojca. Zaczęłam powoli rozumieć dlaczego droga wiedzie przez Syna do
Ojca i skąd i po co właściwie rola Matki Boskiej. Ona z Ziemi
prowadząca do Syna, Jej Syn zrodzony z ziemskiej matki, ale z
niebiańskiego Ojca - Istota stojąca po środku, prowadząca do Ojca,
wreszcie sam Ojciec - Niebo - wyższy poziom istnienia (a może
nieistnienia).
Ona przedstawiała mi Syna, przekonując, że nie trzeba
mieć zbytnich obaw przed Jego przyjęciem, przyjęciem do serca. Kiedy
człowiek swoim życiem i postępowaniem otworzy bramy Chrystusowi i
pozwoli zamieszkać mu w swoim sercu jego życie ulegnie zmianie. Tam
gdzie naprawdę zamieszka Jezus nie ma już miejsca dla innych, choćby
tych negatywnych istot. Kiedy człowiek faktycznie i świadomie staje
się świątynią, w której mieszka Bóg (czy Chrystus, który czasami gdy
damy mu dojść do głosu, przemawia w naszej świątyni) zaczyna w pełni
rozumieć dlaczego poznanie Chrystusa na tej drodze było i jest dla
niego takie ważne.

Im bardziej zbliżałam się do Chrystusa, im więcej podejmowałam
starań by stać się mu bliższą, by nauczyć się Go choć trochę
naśladować, tym częściej w swoich snach słyszałam głos Boga.
Częściej to oczywiście może być dla wielu przesadzone słowo, kiedy
mówi się o z goła trzech czy czterech razach. Dla mnie jednak już
jeden jedyny raz jest cudem dającym siły do życia. Nie powiem, że
wystarczającym - nie wyzbyłam się jeszcze pragnienia dalszego
spotykania z Bogiem, z Jego Istotą, Energią, nie wiem czy to w ogóle
możliwe - ponieważ niezwykłość uczuć jakie towarzyszą takiemu
spotkaniu wywołuje w duszy jakby samoistne pragnienie kolejnego
spotkania, kolejnego takie doświadczenia boskości. Z drugiej strony,
nie może to dziać się przecież nazbyt często, gdybym osobiście np.
co tydzień doznawała takich wrażeń, prawdopodobnie przestałabym
całkowicie żyć życiem ziemskim, fizycznym, zatapiając się w
cudowności Boskiej miłości i nieskończoności. Po pierwszym takim
doświadczeniu dokładnie tak sobie pomyślałam, że jeśli tak cudowną
jest Boska pustka, to pragnę się w niej roztopić.

No, ale wrócę może do Niej i wskazówek jakich mi udzielała. Kolejne
doświadczenia senne z Maryją dotyczyły spotkań podczas których
wielokrotnie słyszałam słowa o jej płaszczu. Tak, Matka Boska nie
jeden raz powtarzała podobne zdania, żebym się nie obawiała, że Ona
zawsze chroni mnie swoim płaszczem ochronnym, widziałam ten płaszcz.
Było to coś na wzór płaszcza o świetlistej aurze w kolorze różowo -
fioletowo - wrzosowym, która to aura otaczająca płaszcz Maryi
otaczała również wszystko co Matka zdecydowała się chronić. Płaszcz
swój Maryja narzucała nie tylko na mnie, ale przede wszystkim na
cały świat, na ludzkość, na kulę ziemską, na góry, lasy i doliny, na
ptaki w powietrzu, zwierzęta na lądzie i pod wodami. Jednak w
ostatnim takim wymownym śnie zrozumiałam dopiero dlaczego tak często
powtarza te słowa.

Często boimy się tego jak zareaguje świat, jak zareaguje otoczenie
na to co chcielibyśmy zrobić, powiedzieć, pokazać. Ten strach przed
odrzuceniem zmienia się czasami w strach przed zamknięciem w
wariatkowie, przed wyśmianiem, przed błędnym wyborem, w strach sam w
sobie, który łatwo potrafi nas zdominować. We śnie, który dał mi
nieco większy wgląd we mnie samą spotkałam Maryję z Jezusem w
zamkniętej komorze w środku piramidy w Egipcie. W komorze do której
nie istnieją fizyczne drzwi, do której można tylko przeniknąć, nie
wiedzieć jak i kiedy. Przedstawiam tylko fragment snu, gdyż w
oryginalnej wersji sam sen zajmuje ponad cztery strony maszynopisu.

Rodzice sprowadzają mnie po schodkach do Maryi i Jezusa. Trzy istoty
i faraon dziwnie mi się przyglądają, jakby zrezygnowani. Jezus
przypina mi klamrę na wysokości lewego jajnika, nagle jestem ubrana
jak oni w białą szatę. Niczego nie rozumiem. Wtedy Maryja mówi:
"Masz trzy i pół roku, żeby im wytłumaczyć".
W tym momencie "faraon" przerywa jej i pyta:
"To jak można osłonić Ziemię, co jest w końcu ratunkiem?"
Wszyscy patrzą na mnie, a ja mu odpowiadam: "Miłość". Wtedy wszyscy
zaczynają powtarzać po mnie, jakby chcieli mu uzmysłowić, że mam
rację w komnacie wibruje szept naszych głosów "miłość, miłość,
miłość". Faraon jest zasmucony, tyle tysięcy lat nie udało mu się
zrozumieć, jak mógłby uratować Ziemię, a to była "tylko" miłość.
Maryja mówi do mnie dalej:

"Wrócisz do nich i spróbujesz ich przekonać, że tylko miłość może
ich uratować. Jeśli Ci się uda Ziemia dostanie jeszcze 5000 lat.
Wtedy wrócisz tutaj. Jeśli nie... sama wiesz co Was czeka. To będzie
oznaczało, że ani Ojciec, ani Syn, ani Matka, ani Córka nie mogą już
nic dla nich zrobić, że żadne poświęcenie ich nie uratuje, nie
wyzwoli. Nikogo więcej już nie można poświęcić. Twój Brat będzie Cię
wspierał ... " - w tym momencie spoglądam na Jezusa, przytakuje swojej
Matce i ofiaruje mi swą pomoc.
Słowo Brat rozumiem we śnie w ten sposób, że po swoich
doświadczeniach, na tym etapie na którym jestem mogę się czuć
również jak Jego Siostra. (Jak byłam małą dziewczynką często się
modliłam, żebym mogła zostać Jego siostrą - przypomniałam to sobie
dopiero we śnie)
"Ja też Cię wesprę moim płaszczem ochronnym, który jest płaszczem
miłości, będę go rozpościerać nad Ziemią, a ty naucz ich jak z niego
korzystać".
Patrzę na nich z niedowierzaniem, boję się, to zbyt trudne zadanie.
Jednak jestem gotowa zrobić wszystko o co mnie proszą. Pytam na
koniec:
"Jak w trzy i pół roku mam ich nauczyć miłości, skoro nie udało się
to nikomu przez tysiąclecia?"
Wszyscy zebrani w komnacie patrzą na mnie, trochę smutni, jednak
mają w oczach jeszcze nadzieję.
"Wszystko zależy od Ciebie".

To przesłanie nie pozostawia chyba zbyt wielu pytań. Poza oczywistym
przekazem jaki sen zawierał dla mnie samej - co mogłam odczytać po
jego pełnej, wnikliwej analizie, zawierał on również przesłanie
bardzo uniwersalne i tę część przekazuję Wam. Płaszcz jak widać,
który kilka razy widziałam, który osłaniał mnie i świat, jest
płaszczem miłości, to energia miłości jaką może wytworzyć również
cała ludzkość, energia Matki, która chroni swoje Dzieci. Miłość jest
jedynym czystym, bezwarunkowym i bezinteresownym uczuciem, które
może uratować świat od zagłady. Nie tylko świat zewnętrzny, ziemię,
narody, cywilizacje, ale przede wszystkim nasz świat indywidualny,
wewnętrzny, który skumulowany, zebrany od większej liczby jednostek
tworzy rzeczywistość uniwersalną w której istniejemy.
Stąd im więcej
ludzi otoczy siebie płaszczem miłości, który jest dla nas ochroną,
tym silniejszy będzie płaszcz miłości rozpostarty nad całą Ziemią.
Tym większe szanse ludzkości na przetrwanie. Moja miłość
indywidualna, moja miłość uniwersalna, moja miłość którą darzę
innych jest zatem tą samą miłością, która może i ma moc by uratować
nie tylko mój mały, indywidualny świat, ale i cały świat wokół nas.
Wszystko zależy od tego, jak wielu z nas - Was - to zrozumie. Wasza
miłość również może uratować świat.

Można to wytłumaczyć już ponoć z naukowego punktu widzenia, nie
pamiętam nazwy nauki, ale przypominam sobie ciekawy artykuł w jednym
z czasopism popularnonaukowych, w którym tę nową naukę opisywano.
Jej przedmiotem jest badanie siły ludzkiego umysłu, a dokładniej
myśli. Naukowcy pracujący dla rządów różnych państw wiedzą już, że
siła intensywnej, czystej, nie zakłóconej myśli ma moc stwórczą.
Wiedzą też, że siła myśli setek czy tysięcy ludzi jest znacznie
większa i ma jeszcze większą moc. Dziś może jeszcze nie potrafimy
sami stworzyć czegoś siłą myśli (może to i lepiej, nie jesteśmy
jeszcze na to gotowi), jednak razem złączeni w miłości potrafimy
ukształtować rzeczywistość w inne formie.
Nie zrozumcie mnie źle,
nie chodzi mi o to byśmy uznali, że dzięki temu jesteśmy bogami i
możemy wszystko. Chodzi o to, byśmy zrozumieli, jak wiele zależy od
tego co myślimy, czynimy i mówimy. Myśli łączą się w sferze
określonej energii i tam łączą ze sobą dając w ten sposób siłę i
początek kolejny myślom, z których każda następna bliższa jest
faktycznej realizacji. Nie chodzi o to byśmy wyobrażali sobie jak
nad Ziemią rozpościera się płaszcz miłości. Chodzi o to byśmy tę
miłość rozwinęli w sobie i dali jej zakwitnąć jak róży.

Pozostało nadal pytanie - Jak w tak krótkim czasie nauczyć ludzi
miłości. Na ten temat miliony ludzi przez tysiące lat prowadziło
dyskusje i rozważania. Nic nowego nie powiem. Jedyne co mogę zrobić,
to okazać i podarować innym własną miłość. Spróbujcie zrobić to
samo.
21 February 2010
GODAN
|