NASZE DOŚWIADCZENIA

ONA PROWADZI MNIE DO CHRYSTUSA
(CZĘŚĆ 2)

LINK! DO CZĘŚCI 1

Tak wiele jest zdarzeń, doświadczeń i przejść, które chciałabym Wam opisać, pokazać, wytłumaczyć. Niestety tak wielu z nich nie rozumiem, że nie mogę podjąć się ich interpretacji, a jeszcze większa liczba mogłaby wywołać liczne kontrowersje bądź zbędne dyskusje oddalające nas od rdzenia całego tego tematu. Tylko z tych powodów wybieram te motywy, te sytuacje, które wydają mi się na dzień dzisiejszy najbardziej klarowne, najbardziej zrozumiałe i bezpieczne. Mogłabym opisywać wiele, ale siać zwątpienie, kiedy samemu nie potrafi się go jasno i zrozumiale wytłumaczyć, to tak jak siać niezdrowe ziarno i chwasty na zdrową ziemię. Lepiej tego uniknąć. Kiedyś przecież mogę uzupełnić swoje słowa.

Nie wiem czy chronologicznie, jednak przypomniał mi się jeden z pierwszych snów będących spotkaniem z Chrystusem, spotkaniem inicjowanym przez Nią. Tutaj wyraźnie muszę zaznaczyć, że Ona to nie tylko Maryja (choć ta Istota jest mi bliższą niż pozostałe), to również wiele innych żeńskich aspektów boskości przejawiających się mniej lub bardziej doskonale. Może więc być to Diana, Izyda, Izis, Inanna, Sophia, Isztar, Wenus, i wiele wiele innych Boskich matek, sióstr i córek. Jeśli nie jest dla Was zrozumiałym co mam na myśli, lepiej zatrzymajcie się na Maryi i podążajcie za nią. Czasami lepiej znać tylko jedną z nich i za nią podążać niż mieszać postacie i nie poznać żadnej, a w konsekwencji nie wyruszyć w drogę. Ja wybrałam Maryję bliższą mi z uwagi na katolickie wychowanie.

Ogólnie łatwiej mi było zrozumieć Ją i Jej zaufać. Nie wiem dlaczego i z czego to wynikało, może z dominującego aspektu żeńskiego w mojej i Jej istocie. Może z faktu, że obie jesteśmy kobietami, spełniamy więc podobne role, Ona znacznie potężniejszą, dla całego Wszechświata, dla Dzieci Nieba i Ziemi, dla wielkich aspektów siły i mocy, ja bardziej przyziemną, ludzką, może mniej absorbującą, jednak również ważną jak dla naszego poziomu. Obie zawieramy w sobie te same elementy - córka, siostra, matka, przyjaciółka, kobieta, małżonka, opiekunka, strażniczka życia, połączenie ciała i ducha. To czyni nas dla siebie bliskimi, może dzięki temu łatwiej było mi odebrać jej przesłanie, jej rolę, bynajmniej na etapie na którym się znajdowałam. Wiem przecież, że w swoim wnętrzu (właściwie Ona jest swoim wnętrzem) kryje znacznie więcej, a ja uczę się rozumieć jedynie pojedyncze słowa. Dlaczego piszę o swoim zaufaniu i uczuciu do niej?

Matka co ogólnie wynika z uwarunkowań natury jest najbliższą człowiekowi istotą, istotą, z którą więź powstaje jeszcze za nim narodzi się człowiek. To więź której nie zastąpi żadna inna. Choć rola Ojca jest równie potężna i ważna dziecko od początku ma głównie kontakt z Matką. Matce więc ufamy i ją szanujemy z wrodzonym wdziękiem. Z Ojcem jest inaczej. Ojca poznajemy dzięki Matce, Ona nas do niego prowadzi. Dziecko nie poczęte wciąż jest z Matką, Ona je przygotowuje na spotkanie z Ojcem. Wiem, że nie odkryłam tymi stwierdzeniami Nowej Ziemi, ale nie w tym rzecz. Zauważcie, że celowo używałam słów Matka i Ojciec pisanych z dużej litery, by nakierować Was na coś więcej. Matka (Maryja) - poprzez Dziecko (Syna - Jezusa Chrystusa) - do Ojca (Boga Najwyższego). Przeczytajcie ten akapit jeszcze raz z takim poprzedzeniem.

Tamtej nocy we śnie wyjrzałam przez okno swojego mieszkania, za szybą na boisku dostrzegłam lądujące samoloty i helikoptery, mieliśmy z moją siostrą i znajomym skakać ze spadochronami. Wyszliśmy na plac, podeszliśmy do jednego z samolotów, ale pilot powiedział, że jest za duży wiatr i nie skaczemy bo to za duże ryzyko, że może jutro. Byliśmy zawiedzeni, ale postanowiliśmy wrócić do domu. Wtedy podeszła do nas Ona - Księżna Diana - dokładnie taka jaką była, w jasnym kostiumie, uśmiechnięta, ciepła, szczera. Poprosiła nas żebyśmy nie szli do domu, a potowarzyszyli jej i jej bliskiej osobie przy wspólnym urodzinowym obiedzie. Nie chcieliśmy, woleliśmy iść do domu, czuliśmy, że to nie nasz poziom. Wówczas Ona powiedziała: - Królowa Elżbieta ma dzisiaj urodziny, to jej ostatnie urodziny, nie ma nikogo prócz mnie, żołnierzy i Was, sprawilibyście jej wielką radość uczestnicząc w obiedzie.

Byliśmy zaskoczeni. Obiadek z Królową Elżbietą i Księżną Dianą wydawał się być czymś niesamowitym, ale zgodziliśmy się, jednak tylko dlatego, że miały być to ostatnie urodziny Elżbiety. Usiedliśmy przy stole, zjedliśmy. Wtedy Diana poprosiła, żebym poszła do wozu bojowego po prezent dla Królowej, mieliśmy złożyć jej życzenia. Krępowałam się. Diana powiedziała: - Wyjdź naprzeciw Chrystusowi - Stanęłam jak wryta. Patrzyłam jej głęboko w oczy. Ona naprawdę mówiła o Chrystusie! - Zobaczysz jaki jest piękny. - Wtedy odpowiedziałam, że jakoś bliższą jest mi Matka Boska, że nie miałam jako takiej styczności z Jezusem, trochę się blokowałam. Ona jednak znów powtórzyła - Nie bój się, wyjdź naprzeciw Chrystusowi.

Wstałam od stołu i nieśmiało poszłam po prezent. Żołnierz wyjął z auta zawiniątko i dał mi je do rąk. Serce mi zamarło kiedy zobaczyłam, że w białych szmatkach zawinięty jest mały Jezusek. Był maleńki i piękny, tak jak mówiła Diana. Żołnierz pokazał mi, że trzeba Dzieciątko pocierać, głaskać w okolicy serca, żeby żyło, robiłam więc to całą drogę do stołu. Stanęłam z zawiniątkiem na wprost Diany. A ona znów się odezwała: - A nie mówiłam, że jest piękny?! - i uśmiechała się spokojnie i z zaufaniem.

Próbowaliśmy podarować Jezuska Elżbiecie, ale ona była zbyt przestraszona, nie gotowa zupełnie na odpowiedzialność jaka wiąże się z opieką na Dzieciątkiem z przestrachem i jakimś dziwnym jakby obrzydzeniem oddała Dzieciątko Dianie. Diana przytulała je do swojej piersi i powtarzała jakby w myślach: - Nie bój się, wyjdź naprzeciw Chrystusowi!

Możecie uznać, że opis snu jest zbyt długi. Jednak był on dla mnie na tyle ważny, że w zasadzie te kilka zdań to i tak niewiele. Pozwolę sobie na krótkie wyjaśnienia, chociaż większość już pewnie zauważyła co przejawiało się w tym śnie. Księżna Diana w opinii i świadomości społecznej uznawana była raczej za osobę dobrą, otwartą na problemy, próbującą zrozumieć innych, pomagającą (tak przynajmniej odbierała i odbiera ją zdecydowana większość). Zatem uplasowany sposób postrzegania jej osoby to obraz wzbudzający zaufanie. Druga rzecz to samo imię. Diana to znany w mitach jeden z potężniejszych aspektów żeńskiej boskości, symbol pewnych cech boskich w kobiecie. Diana w moim śnie była symbolem Matki i Opiekunki, a jednocześnie Strażniczki.

Nie przyjęcie tego cudownego daru przez Elżbietę pozwalało sądzić, że faktycznie opieka nad Chrystusem, maleńkim Dzieciątkiem, które może być nam w pewnym sensie darowane, nie jest łatwa, wymaga odpowiedzialności, odwagi i ciężkiej pracy. Nawet najwyższa pozycja społeczna i wielkie bogactwa tego świata nie pomogą w opanowaniu jej istotnych aspektów. Serce Jezuska trzeba było cały czas rozgrzewać. Serce jest przecież głównym organem decydującym o życiu człowieka. Fakt, iż trzeba o nie cały czas dbać i go pilnować czyni człowieka w pewnym sensie uzależnionym od życia, od serca. Nie wiem znów czy nie piszę zbyt chaotycznie. Serce to przekaźnik, przepompownia nie tylko krwi, ale i uczuć, miłości, miłosierdzia. Dbanie o serce, nie tylko to fizyczne, ale głównie to wewnętrzne, duchowe w każdej chwili życia, pozwala człowiekowi zbliżyć się do samego Boga.

Serce jest źródłem, w którym rozpala się płomień, każda z komór serca odgrywa w całym naszym życiu fizycznym i duchowym niezwykle istotną rolę. Kiedy tam uda się wskrzesić iskrę boskości człowiek zmierza już w innym, nie znanym sobie kierunku. Czasami już za pierwszym razem światło przybiera nagle na sile i wypełnia powoli całą ludzką istotę, całe ciało. Częściej jednak człowiek musi jeszcze wiele razy przejść przez swoje piekło i znaleźć swoje rozczłonkowane wnętrze by płomień mógł palić się ogniem stałym. Pewne jest jednak, że gdy Duch Boży choć raz rozpali w nas tę iskrę, gdy choć raz staniemy się na to podatni, siły światła nie ustąpią do końca by wypełnić nasze życie jasnością.

Wybaczcie ze te długie dygresje, choć sądzę, że zdążyliście się już przyzwyczaić. Wracając do snu. Diana namawiała mnie bym wyszła naprzeciw Chrystusowi. Dawała tym samym wyraźny znak, że jest On kolejnym etapem poznania, kolejnym krokiem w moje własne wnętrze, kolejnym blaskiem, iskrą, która może prowadzić mnie dalej i dalej do Ojca. Zaczęłam powoli rozumieć dlaczego droga wiedzie przez Syna do Ojca i skąd i po co właściwie rola Matki Boskiej. Ona z Ziemi prowadząca do Syna, Jej Syn zrodzony z ziemskiej matki, ale z niebiańskiego Ojca - Istota stojąca po środku, prowadząca do Ojca, wreszcie sam Ojciec - Niebo - wyższy poziom istnienia (a może nieistnienia).

Ona przedstawiała mi Syna, przekonując, że nie trzeba mieć zbytnich obaw przed Jego przyjęciem, przyjęciem do serca. Kiedy człowiek swoim życiem i postępowaniem otworzy bramy Chrystusowi i pozwoli zamieszkać mu w swoim sercu jego życie ulegnie zmianie. Tam gdzie naprawdę zamieszka Jezus nie ma już miejsca dla innych, choćby tych negatywnych istot. Kiedy człowiek faktycznie i świadomie staje się świątynią, w której mieszka Bóg (czy Chrystus, który czasami gdy damy mu dojść do głosu, przemawia w naszej świątyni) zaczyna w pełni rozumieć dlaczego poznanie Chrystusa na tej drodze było i jest dla niego takie ważne.

Im bardziej zbliżałam się do Chrystusa, im więcej podejmowałam starań by stać się mu bliższą, by nauczyć się Go choć trochę naśladować, tym częściej w swoich snach słyszałam głos Boga. Częściej to oczywiście może być dla wielu przesadzone słowo, kiedy mówi się o z goła trzech czy czterech razach. Dla mnie jednak już jeden jedyny raz jest cudem dającym siły do życia. Nie powiem, że wystarczającym - nie wyzbyłam się jeszcze pragnienia dalszego spotykania z Bogiem, z Jego Istotą, Energią, nie wiem czy to w ogóle możliwe - ponieważ niezwykłość uczuć jakie towarzyszą takiemu spotkaniu wywołuje w duszy jakby samoistne pragnienie kolejnego spotkania, kolejnego takie doświadczenia boskości. Z drugiej strony, nie może to dziać się przecież nazbyt często, gdybym osobiście np. co tydzień doznawała takich wrażeń, prawdopodobnie przestałabym całkowicie żyć życiem ziemskim, fizycznym, zatapiając się w cudowności Boskiej miłości i nieskończoności. Po pierwszym takim doświadczeniu dokładnie tak sobie pomyślałam, że jeśli tak cudowną jest Boska pustka, to pragnę się w niej roztopić.

No, ale wrócę może do Niej i wskazówek jakich mi udzielała. Kolejne doświadczenia senne z Maryją dotyczyły spotkań podczas których wielokrotnie słyszałam słowa o jej płaszczu. Tak, Matka Boska nie jeden raz powtarzała podobne zdania, żebym się nie obawiała, że Ona zawsze chroni mnie swoim płaszczem ochronnym, widziałam ten płaszcz. Było to coś na wzór płaszcza o świetlistej aurze w kolorze różowo - fioletowo - wrzosowym, która to aura otaczająca płaszcz Maryi otaczała również wszystko co Matka zdecydowała się chronić. Płaszcz swój Maryja narzucała nie tylko na mnie, ale przede wszystkim na cały świat, na ludzkość, na kulę ziemską, na góry, lasy i doliny, na ptaki w powietrzu, zwierzęta na lądzie i pod wodami. Jednak w ostatnim takim wymownym śnie zrozumiałam dopiero dlaczego tak często powtarza te słowa.

Często boimy się tego jak zareaguje świat, jak zareaguje otoczenie na to co chcielibyśmy zrobić, powiedzieć, pokazać. Ten strach przed odrzuceniem zmienia się czasami w strach przed zamknięciem w wariatkowie, przed wyśmianiem, przed błędnym wyborem, w strach sam w sobie, który łatwo potrafi nas zdominować. We śnie, który dał mi nieco większy wgląd we mnie samą spotkałam Maryję z Jezusem w zamkniętej komorze w środku piramidy w Egipcie. W komorze do której nie istnieją fizyczne drzwi, do której można tylko przeniknąć, nie wiedzieć jak i kiedy. Przedstawiam tylko fragment snu, gdyż w oryginalnej wersji sam sen zajmuje ponad cztery strony maszynopisu.

Rodzice sprowadzają mnie po schodkach do Maryi i Jezusa. Trzy istoty i faraon dziwnie mi się przyglądają, jakby zrezygnowani. Jezus przypina mi klamrę na wysokości lewego jajnika, nagle jestem ubrana jak oni w białą szatę. Niczego nie rozumiem. Wtedy Maryja mówi:

"Masz trzy i pół roku, żeby im wytłumaczyć". W tym momencie "faraon" przerywa jej i pyta: "To jak można osłonić Ziemię, co jest w końcu ratunkiem?" Wszyscy patrzą na mnie, a ja mu odpowiadam: "Miłość". Wtedy wszyscy zaczynają powtarzać po mnie, jakby chcieli mu uzmysłowić, że mam rację w komnacie wibruje szept naszych głosów "miłość, miłość, miłość". Faraon jest zasmucony, tyle tysięcy lat nie udało mu się zrozumieć, jak mógłby uratować Ziemię, a to była "tylko" miłość. Maryja mówi do mnie dalej:

"Wrócisz do nich i spróbujesz ich przekonać, że tylko miłość może ich uratować. Jeśli Ci się uda Ziemia dostanie jeszcze 5000 lat. Wtedy wrócisz tutaj. Jeśli nie... sama wiesz co Was czeka. To będzie oznaczało, że ani Ojciec, ani Syn, ani Matka, ani Córka nie mogą już nic dla nich zrobić, że żadne poświęcenie ich nie uratuje, nie wyzwoli. Nikogo więcej już nie można poświęcić. Twój Brat będzie Cię wspierał ... " - w tym momencie spoglądam na Jezusa, przytakuje swojej Matce i ofiaruje mi swą pomoc.

Słowo Brat rozumiem we śnie w ten sposób, że po swoich doświadczeniach, na tym etapie na którym jestem mogę się czuć również jak Jego Siostra. (Jak byłam małą dziewczynką często się modliłam, żebym mogła zostać Jego siostrą - przypomniałam to sobie dopiero we śnie) "Ja też Cię wesprę moim płaszczem ochronnym, który jest płaszczem miłości, będę go rozpościerać nad Ziemią, a ty naucz ich jak z niego korzystać". Patrzę na nich z niedowierzaniem, boję się, to zbyt trudne zadanie. Jednak jestem gotowa zrobić wszystko o co mnie proszą. Pytam na koniec: "Jak w trzy i pół roku mam ich nauczyć miłości, skoro nie udało się to nikomu przez tysiąclecia?" Wszyscy zebrani w komnacie patrzą na mnie, trochę smutni, jednak mają w oczach jeszcze nadzieję. "Wszystko zależy od Ciebie".

To przesłanie nie pozostawia chyba zbyt wielu pytań. Poza oczywistym przekazem jaki sen zawierał dla mnie samej - co mogłam odczytać po jego pełnej, wnikliwej analizie, zawierał on również przesłanie bardzo uniwersalne i tę część przekazuję Wam. Płaszcz jak widać, który kilka razy widziałam, który osłaniał mnie i świat, jest płaszczem miłości, to energia miłości jaką może wytworzyć również cała ludzkość, energia Matki, która chroni swoje Dzieci. Miłość jest jedynym czystym, bezwarunkowym i bezinteresownym uczuciem, które może uratować świat od zagłady. Nie tylko świat zewnętrzny, ziemię, narody, cywilizacje, ale przede wszystkim nasz świat indywidualny, wewnętrzny, który skumulowany, zebrany od większej liczby jednostek tworzy rzeczywistość uniwersalną w której istniejemy.

Stąd im więcej ludzi otoczy siebie płaszczem miłości, który jest dla nas ochroną, tym silniejszy będzie płaszcz miłości rozpostarty nad całą Ziemią. Tym większe szanse ludzkości na przetrwanie. Moja miłość indywidualna, moja miłość uniwersalna, moja miłość którą darzę innych jest zatem tą samą miłością, która może i ma moc by uratować nie tylko mój mały, indywidualny świat, ale i cały świat wokół nas. Wszystko zależy od tego, jak wielu z nas - Was - to zrozumie. Wasza miłość również może uratować świat.

Można to wytłumaczyć już ponoć z naukowego punktu widzenia, nie pamiętam nazwy nauki, ale przypominam sobie ciekawy artykuł w jednym z czasopism popularnonaukowych, w którym tę nową naukę opisywano. Jej przedmiotem jest badanie siły ludzkiego umysłu, a dokładniej myśli. Naukowcy pracujący dla rządów różnych państw wiedzą już, że siła intensywnej, czystej, nie zakłóconej myśli ma moc stwórczą. Wiedzą też, że siła myśli setek czy tysięcy ludzi jest znacznie większa i ma jeszcze większą moc. Dziś może jeszcze nie potrafimy sami stworzyć czegoś siłą myśli (może to i lepiej, nie jesteśmy jeszcze na to gotowi), jednak razem złączeni w miłości potrafimy ukształtować rzeczywistość w inne formie.

Nie zrozumcie mnie źle, nie chodzi mi o to byśmy uznali, że dzięki temu jesteśmy bogami i możemy wszystko. Chodzi o to, byśmy zrozumieli, jak wiele zależy od tego co myślimy, czynimy i mówimy. Myśli łączą się w sferze określonej energii i tam łączą ze sobą dając w ten sposób siłę i początek kolejny myślom, z których każda następna bliższa jest faktycznej realizacji. Nie chodzi o to byśmy wyobrażali sobie jak nad Ziemią rozpościera się płaszcz miłości. Chodzi o to byśmy tę miłość rozwinęli w sobie i dali jej zakwitnąć jak róży.

Pozostało nadal pytanie - Jak w tak krótkim czasie nauczyć ludzi miłości. Na ten temat miliony ludzi przez tysiące lat prowadziło dyskusje i rozważania. Nic nowego nie powiem. Jedyne co mogę zrobić, to okazać i podarować innym własną miłość. Spróbujcie zrobić to samo.

21 February 2010

GODAN