|

Wielość doświadczeń w moim życiu spowodowała, że kiedy zastanawiałam
się co napisać, w mojej głowie powstała pustka. Jednocześnie wiem,
że
w moich zmaganiach życiowych nie pojawiło się nic, czego nie
doświadczyłoby
wielu ludzi na tym świecie. Ostatnio tak bardzo modna jest
prosperita i kreowanie własnej rzeczywistości. Slogany typu
"Możesz wszystko", "Chcieć to móc"
itp, powodują, że jedni zbijają na tym niezłą kasę a w głowach
biednych "uczniów" pojawia się z czasem coraz większy chaos,
zamieszanie i frustracja. Gdyby zadali sobie pytanie, kto tak
naprawdę jest tym wielkim KREATOREM,
uniknęli by wielu rozczarowań. Mądrość Junga w aspekcie jego teorii
synchroniczności i indywiduacji mówi, że w życiu człowieka nic nie
dzieje się przypadkiem na drodze jego rozwoju do prawdziwego
człowieczeństwa.

Mądrości trzeba szukać w sobie. A to czy ją znajdziemy, to już inna
kwestia.
Ja tak samo jak miliony ludzi zadawałam sobie pytanie o sens życia,
o to kim
i po co tu jestem. Do dzisiaj nie znam odpowiedzi. Wręcz przeciwnie,
kiedy wydaje
mi się, że dotykam jakiejś prawdy, pojawiają się następne pytania i
refleksja
- "wiem, że nic nie wiem".
Tak więc z przymrużeniem oka i ogromnym dystansem czytam różne
"objawione" przez ludzi prawdy. Po wielu latach zmagań samej z sobą
i życiem poznałam jedną ważną dla mnie prawdę. Bez wiary w Boga
(kimkolwiek lub czymkolwiek jest), moje życie nie miałoby sensu. Ta
wiara daje mi NADZIEJĘ. Ktoś
powie "nadzieja to matka głupich". Niech więc spróbuje bez niej żyć
! Życzę powodzenia. Ja do tej swojej prawdy dojrzewałam latami.
Do 30-ego roku życia byłam zażartą ateistką. Wychowana w rodzinie
katolickiej od dziecka zadawałam trudne pytania, na które nikt nie
umiał, bądź też nie chciał mi odpowiedzieć. Byłam coraz bardziej
zbuntowana i zła na Boga, który dopuścił do istnienia tak wielkiej
ilości zła i cierpienia ludzi.

Jaka byłam wtedy głupia. Wszak otrzymaliśmy od Boga bezcenny dar -
wolną wolę -
a co za tym idzie prawo wyboru. Mój zaciekły bunt i ateistyczna
skorupa zaczęły pękać,
kiedy przyśniła mi się moja nieżyjąca,
ukochana babcia i rzuciła mi przez okno książeczkę do nabożeństwa.
Miałam wtedy 30 lat. Zrozumiałam sen, tym bardziej, że zaczął mi się
śnić Papież Jan Paweł II. Nie biegałam do kościoła i do dzisiaj nie
biegam, ponieważ mam własny stosunek do tej instytucji. Pojawiła się
też w moim domu Biblia, którą po przeczytaniu Starego Testamentu na
trafiła w moje ręce maleńka książeczka o reinkarnacji. To było
jak
iluminacja.
Zaczęłam dostrzegać jakiś sens własnego życia i tego, co się
w nim działo a byłam
już o krok od zrobienia czegoś bardzo głupiego.

Po wielu latach - bardzo trudnych emocjonalnie - nadszedł moment, że
zostałam sama (dzieci były już dorosłe). Mąż zmarł nagle, a ja
zostałam bez mieszkania, bez środków do życia, za to z długami. To
było bankructwo. Jako osoba silnie uraniczna dość szybko się
otrzepałam i na przełomie 1999/2000 zaczęłam "inwestować" w siebie.
Skończyłam psychologię. Zaczęłam zajmować się astrologią, ukończyłam
reiki I i II stopnia. Wróciłam
też do swojej wielkiej pasji, czyli malowania. Tu odnajduję swój
świat. Tu odnajduję spokój, ciszę i poczucie bezpieczeństwa. Na
płótno przelewam to, co mi w duszy "gra", najbardziej jest to
tęsknota za "innym", lepszym światem. Różne ścieżki i drogi prowadzą
nas do Boga, często trudne, wyboiste i nie do przejścia. Wielu wtedy
zawraca. Ja nie zawróciłam.
W Naszych Doświadczeniach na Rose of Sharon, które opisuje Ewa, jest
obraz Schodów. Namalowałam je chyba w 2000 roku. Sny o schodach
wręcz mnie prześladowały, zresztą sny towarzyszą mi przez całe
życie, miały i mają wielki wpływ na mój duchowy rozwój.

cdn...
22.09.2008
JAGODA z Łodzi
|