NASZE DOŚWIADCZENIA

OBJAWY FIZYCZNE TAJEMNICZEGO PROCESU
(CZĘŚĆ 3)
LINK! DO CZĘŚCI 2

LINK! DO CZĘŚCI 4

Po przyblokowaniu na jakiś czas naturalnego przepływu energii wszystko ruszyło się dalej do góry, ciągnąc za sobą szereg kolejnych doświadczeń. Tak jak wspominałam wcześniej opisy zakłóceń i innych działań w sferze materialnej i emocjonalnej, które się wydarzyły w moim życiu pojawią się jako osobna seria artykułów, tutaj starałam się skupić na dolegliwościach fizycznych. Negatywne skutki niepożądanych działań poznacie później, chcę jednak żebyście mieli wyobrażenie również tego co działo się z moim ciałem. Tak więc przyjmijmy, że udało się przebrnąć przez ten niezwykle trudny moment i przejść wyżej. Pierwsze uczucie wychodzenia z tego stanu letargu pojawiło się razem z silnymi skurczami przepony. Wtedy też miałam wrażenie, że całe moje życie wali mi się na głowę, nic nie miało sensu, w nikim nie miałam oparcia. Bez wątpienia też moja praca nad „ego” którą wcześniej przeprowadziłam nie pomagała mi na tym etapie we właściwym zharmonizowaniu uczuć i ukierunkowaniu myśli. Byłam niecierpliwa, a moje emocje mocno rozchwiane, raz chciałam być wśród ludzi, mieć więcej znajomych, innym razem stwierdzałam, że są mi nie potrzebni. W ogóle nie wiedziałam o co w tym wszystkim chodzi, zaczęłam się obawiać o swoje zdrowie psychiczne.

Ponadto dalsze kroki na tej drodze wcale nie były łatwiejsze, jak na to liczyłam, a trudniejsze i boleśniejsze. Uświadamiałam sobie za każdym najmniejszym kroczkiem, że jestem jeszcze tak daleko i ciągle góra przede mną rosła, a jej szczyt niknął głęboko za chmurami na niebie. Tak więc musiałam najpierw stracić jakąkolwiek wartość sama dla siebie, wartość oczywiście w tym typowo społecznym, ziemskim pojmowaniu, a więc po lekcji podnoszenia „ego” nastąpiła lekcja nagłego staczania się w dół w mojej własnej samoocenie. Wtedy też pojawiły się wybory, ważne i istotne dla mojego przyszłego życia, miałam wybierać między karierą, wysokimi stanowiskami, ogromnymi możliwościami. Moje wyniki w nauce pozwalały podjąć mi studia na wyższych, znanych uczelniach za granicą, jak też na najlepszych uczelniach w Polsce. Bałam się, że będę tych decyzji żałować, postanowiłam jednak nie stawać się tym kim nie chciałam się stać, moje wnętrze nie chciało być materialnie wielkie, chciało wzrastać duchowo, a wielkie ambicje i ich realizacja całkowicie by to uniemożliwiły. Została więc w swoim małym miasteczku, poszłam na jakieś tam studia, które wydawały się nawet, nawet.

Nie był to koniec kuszenia materialnego świata. Jak już tu zostałam, pojawiły się inne opcje żeby startować w górę w struktury sztywno i surowo funkcjonującego rządu, państwa, mediów... itd. Znów zostawiłam to za sobą i poszłam w inną stronę, choć ryzyko wiązało się z utratą jakichkolwiek szans na kroczenie do przodu, a przecież póki co muszę tu sobie jakoś radzić. Wszystko jednak jakoś się ułożyło.

Nie było mi łatwo pożegnać się z moim zapatrzonym w swoje możliwości „JA”. Nagle z siedzenia na wywyższeniu i licznych pochwał, spaść i usiąść w kącie, w cieniu, wrócić znów do stanu niezauważalności. Jednak to właśnie zrobiłam. Ukryłam się w cieniu innych, nie mówiłam o sobie, nie podejmowałam kolejnych kroków w samorealizacji, to ukierunkowanie musiałam zatrzymać. Zaczęłam dotkliwie odczuwać w swojej psychice skutki takiej alienacji i odłączenia od „normalnego” rytmu społeczeństwa. Tylko Bóg mógł mi w tym pomóc i pomógł bardzo.

Dolegliwości żołądkowe nie skończyły się a nasiliły, uczucie jakby ktoś wkłuwał mi jakąś dzidę w samym środku czakry splotu słonecznego, w każdym razie wbijanie igieł się chowało, dzida wbijała się w środek i drążyła dziurę zupełnie jakbym miała zawisnąć na tym na jakieś ścianie. Od tego uciskania zaczął się ból żeber i dziwne dźwięki we wnętrznościach, jakby coś tam się cały czas przewracało. Jednak ból żeber był okropny, wciskałam sobie palce pod dolne żebra żeby jakoś to przetrwać, zwykle dotyk własnych dłoni jakoś łagodził ból, ale to też nie było zawsze. Do tego w końcu dołączyło kłucie i skurcze serca, a także nagłe podwyższenie ciśnienia i „podskakiwanie” ciała. To drugie najbardziej było wyczuwalne gdy się kładłam, a ciało jakby podskakiwało na łóżku. No i pojawił się silny ból i pieczenie nie tylko serca, ale i płuc. Coś tam się zaczynało dziać.

Przywitał mnie ból łopatek, szczególnie lewej i jakby wychodzenie łopatki z jej właściwego miejsca położenia. Ból był nie do opanowania. Pomagały tylko natryski lodowatą wodą i „biczowanie” wodą pod zimnym prądem w rzece. Cała klatka piersiowa była jednym wielkim bólem. Plecy nie lepsze – nie dawały siedzieć w miejscu, a i na stojąco dawały się we znaki.

Wtedy też, jakby wszystkiego było mało, dołączyły nowe symptomy. Myślałam, że dopada mnie jakaś ciężka choroba i że pewnie niedługo umrę. Ale nie umarłam, nie tak jak myślałam. Zaczęłam za to „umierać” dla moich znajomych, otoczenia. Przestali mnie zauważać, ja unikałam kontaktów z nimi, bo męczyła mnie ich obecność, nie znajdowałam z nimi żadnego tematu do rozmowy, oni nie rozumieli tego co się ze mną dzieje, więc tym mniej zależało mi na takim kontakcie. Te nowe symptomy objawiały się rwaniem i bólami palców, całych dłoni, nadgarstków i całych rąk. Od łokcia do opuszków palców czułam jakby ktoś naciągał jakieś wewnętrzne żyłki i za nie pociągał. Bolało, a żyłki przy pełnym naprężeniu powodowały silne kłucie w samych opuszkach. To uczucie też czasami wraca. Przestałam wyszywać (co bardzo lubię robić) bo nie mogłam utrzymać w palcach igły z bólu. Bardzo często siedziałam bezczynnie i masowałam ręce od łokcia do nadgarstka od strony wewnętrznej, potem nadgarstek i sam środek dłoni oraz punkty przy zakończeniu wzgórka Wenus. Rodzina dziwnie na mnie patrzyła, ale w końcu przyzwyczaili się do niektórych z tych zachowań i działań.

I nadszedł czas na straszne bóle serca, za żebrami. W sumie wszystko mnie tam bolało. Ale uczucie jakby ktoś wkłuwał mi w serce rozgrzany kołek było niepokojące. Zaczęłam się dziwić, że odczuwam bóle w tych samych punktach w których Jezus miał rany. Jednak nadal w żaden sposób nie znajdowałam wyjaśnienia dla tych zjawisk. Wielokrotnie zdarzało się, że już byłam pewna że mam właśnie stan przed zawałowy, kilka razy miałam jechać już na pogotowie. Jednak to coś we mnie powtarzało, że tak ma być, jakaś taka wewnętrzna pewność, że wszystko jest w porządku. Serce moje nie biło normalnie, a wszystko to co temu towarzyszyło też nie miało znamion naturalności. Ten ból, i uczucie wypalania dziur w sercu i w całej klatce piersiowej budziły mnie też z dotychczasowego letargu bezuczuciowości w którym się pogrążyłam celem wyciszenia. Wszystko znów zobaczyłam w innym świetle, nie miałam już pretensji do znajomych za to, że mnie zostawili, zaczęłam rozumieć czym jest moje życie, jaki cel miało to wszystko co do tej pory się wydarzyło. Pierwszy raz pojawiło się uczucie, że muszę w swojej rodzinie zmienić coś, co jest błędnie powtarzane z pokolenia na pokolenie. Wiedziałam że to jakieś trudne zadanie. W tym momencie jednak poczułam, że już nie chcę się nigdzie cofać, że już tyle za mną, że nawet jeśli przede mną jeszcze wiele, to chcę tam iść dalej, zafascynowało mnie to, choć bywały też momenty całkowitego zniechęcenia, ale szybko dość z nich wychodziłam.

W między czasie ponownie wróciły moje problemy ze snem, właściwie w tym zakresie występowały wahania. Albo zasypiałam o 21 – 22 i budziłam się w środku nocy, albo zasypiałam dopiero mocno po 2 lub 3 w nocy. Tak czy owak budziłam się zawsze ok. 6 – 8 rano. Nie lubiłam i nie lubię spać, miałam wrażenie, że tracę czas który mogłabym poświęcić na coś ważniejszego. Jednak sen póki co jest jeszcze konieczny. Tylko jego charakter nieco inny niż niegdyś.

Cały czas tym wszystkim objawom towarzyszyły bóle głowy – żebyście nie pomyśleli, że one przyszły na końcu. Nigdy wcześniej nie bolała mnie głowa, dziwiłam się jak może ktoś mówić, że głowa go boli, na prawdę nie znałam zupełnie tego uczucia. Jednak miałam okazję poznać je w trakcie tego dziwnego procesu. Pierwszy ból pojawił się z nikąd i był zupełnie jakby ktoś przywalił mi z całej siły jakimś ciężkim, tępym narzędziem. Z czasem zauważyłam, że pojawiają się one dość często – te uderzenia i nie znana mi była ich przyczyna. Myślałam że to jakaś migrena, ale okazało się że to nie to. Właściwie nie wiadomo co to. Moi bliscy jak opisywałam im te bóle śmiali się, że chyba rośnie mi czaszka. Ja też się czasami z tego śmiałam, choć przez zaciśnięte zęby i ze niejednokrotnie łzami w oczach. Ha…. nie przyszłoby mi jeszcze wtedy do głowy, że czaszka moja rzeczywiście może zmieniać powoli kształt i bóle te, oraz uczucie rozrywania głowy mogą mieć z tym związek. Był okres w którym bardzo często, po kilka razy dziennie, a czasami całymi dniami czułam jakby moje dwie półkule miały się rozejść. Siedziałam wtedy z dłońmi na głowie i próbowałam opanować to uczucie bólu. Miałam wrażenie, że coś przeciska się u góry czaszki, albo że zaraz mózg wyjdzie ze swojej ochronki. Ból przeszywał mnie od góry do dołu równomiernie rozchodząc się po czaszce jak spływająca woda, od czasu do czasu przerywany silnymi uderzeniami to w bok, to w górę to w tył czaszki. Nie świadoma niczego całe szczęście chociaż w tym zakresie dokonywałam właściwych wyborów – nigdy nie łykałam żadnych tabletek i wspomagaczy. Szybko zauważyłam, że mój organizm sam pokazuje mi czego potrzebuje w postaci jakiegoś pożywienia.

Bóle głowy jakoś opanowałam, właściwie nauczyłam się z tym żyć. I jak zwykle jak coś już zaczynałam traktować jako naturalne przejawy czegoś, zaraz pojawiał się nowy symptom – tym razem były to zawroty głowy – co ciekawe w dzieciństwie nie miałam z tym problemu. Teraz jednak huśtawki, karuzele, bieganie, kręcenia się w kółko były całkowicie niemożliwe. Nawet zwykłe schodzenie po schodach wymagało ostrożności, bo nigdy nie wiedziałam czy zaraz nie zakręci mi się w głowie – co oczywiście nie ułatwiało utrzymania się stabilnie na nogach. Przy osłabionych przez jakiś czas kostkach zawroty głowy nie ułatwiały chodzenia i potykanie się stało się czymś normalnym (całe szczęście przeszło). Do dziś nawet kiedy siedzę spokojnie przy biurku zdarzają mi się takie zawroty głowy, nawet kilka razy dziennie. Teraz jednak nie niepokoją mnie tak jak kiedyś.

cdn...

26. Nov. 2008

GODAN