|

Po przyblokowaniu na jakiś czas naturalnego przepływu energii
wszystko
ruszyło się dalej do góry, ciągnąc za sobą szereg kolejnych
doświadczeń.
Tak jak wspominałam wcześniej opisy zakłóceń i innych działań w
sferze materialnej
i emocjonalnej, które się wydarzyły w moim życiu pojawią się jako
osobna seria artykułów, tutaj starałam się skupić na dolegliwościach
fizycznych. Negatywne skutki niepożądanych działań poznacie później,
chcę jednak żebyście mieli wyobrażenie również tego co działo
się z moim ciałem. Tak więc przyjmijmy, że udało się przebrnąć przez
ten niezwykle trudny moment i przejść wyżej. Pierwsze uczucie
wychodzenia z tego stanu letargu pojawiło się razem z silnymi
skurczami przepony. Wtedy też miałam wrażenie, że całe moje życie
wali mi się na głowę, nic nie miało sensu, w nikim nie miałam
oparcia. Bez wątpienia też moja
praca nad „ego” którą wcześniej przeprowadziłam nie pomagała mi na
tym etapie we właściwym zharmonizowaniu uczuć i ukierunkowaniu
myśli. Byłam niecierpliwa,
a moje emocje mocno rozchwiane, raz chciałam być wśród ludzi, mieć
więcej
znajomych, innym razem stwierdzałam, że są mi nie potrzebni. W ogóle
nie wiedziałam
o co w tym wszystkim chodzi, zaczęłam się obawiać o swoje zdrowie
psychiczne.

Ponadto dalsze kroki na tej drodze wcale nie były łatwiejsze, jak na
to liczyłam,
a trudniejsze i boleśniejsze. Uświadamiałam sobie za każdym
najmniejszym kroczkiem,
że jestem jeszcze tak daleko i ciągle góra przede mną rosła, a jej
szczyt niknął głęboko
za chmurami na niebie. Tak więc musiałam najpierw stracić
jakąkolwiek wartość sama
dla siebie, wartość oczywiście w tym typowo społecznym, ziemskim
pojmowaniu, a więc
po lekcji podnoszenia „ego” nastąpiła lekcja nagłego staczania się w
dół w mojej własnej samoocenie. Wtedy też pojawiły się wybory, ważne
i istotne dla mojego przyszłego życia, miałam wybierać między
karierą, wysokimi stanowiskami, ogromnymi możliwościami.
Moje wyniki w nauce pozwalały podjąć mi studia na wyższych, znanych
uczelniach
za granicą, jak też na najlepszych uczelniach w Polsce. Bałam się,
że będę tych
decyzji żałować, postanowiłam jednak nie stawać się tym kim nie
chciałam się stać,
moje wnętrze nie chciało być materialnie wielkie, chciało wzrastać
duchowo, a wielkie ambicje i ich realizacja całkowicie by to
uniemożliwiły. Została więc w swoim małym miasteczku, poszłam na
jakieś tam studia, które wydawały się nawet, nawet.

Nie był to koniec kuszenia materialnego świata. Jak już tu zostałam,
pojawiły
się inne opcje żeby startować w górę w struktury sztywno i surowo
funkcjonującego
rządu, państwa, mediów... itd. Znów zostawiłam to za sobą i poszłam
w inną stronę,
choć ryzyko wiązało się z utratą jakichkolwiek szans na kroczenie do
przodu, a przecież
póki co muszę tu sobie jakoś radzić. Wszystko jednak jakoś się
ułożyło.

Nie było mi łatwo pożegnać się z moim zapatrzonym w swoje możliwości
„JA”. Nagle z siedzenia na wywyższeniu i licznych pochwał, spaść i
usiąść w kącie,
w cieniu, wrócić znów do stanu niezauważalności. Jednak to właśnie
zrobiłam. Ukryłam
się w cieniu innych, nie mówiłam o sobie, nie podejmowałam kolejnych
kroków
w samorealizacji, to ukierunkowanie musiałam zatrzymać. Zaczęłam
dotkliwie
odczuwać w swojej psychice skutki takiej alienacji i odłączenia od
„normalnego”
rytmu społeczeństwa. Tylko Bóg mógł mi w tym pomóc i pomógł bardzo.

Dolegliwości żołądkowe nie skończyły się a nasiliły, uczucie jakby
ktoś wkłuwał
mi jakąś dzidę w samym środku czakry splotu słonecznego, w każdym
razie wbijanie
igieł się chowało, dzida wbijała się w środek i drążyła dziurę
zupełnie jakbym miała
zawisnąć na tym na jakieś ścianie. Od tego uciskania zaczął się ból
żeber i dziwne
dźwięki we wnętrznościach, jakby coś tam się cały czas przewracało.
Jednak ból żeber
był okropny, wciskałam sobie palce pod dolne żebra żeby jakoś to
przetrwać, zwykle dotyk własnych dłoni jakoś łagodził ból, ale to
też nie było zawsze. Do tego w końcu dołączyło kłucie i skurcze
serca, a także nagłe podwyższenie ciśnienia i „podskakiwanie” ciała.
To drugie najbardziej było wyczuwalne gdy się kładłam, a ciało jakby
podskakiwało na łóżku.
No i pojawił się silny ból i pieczenie nie tylko serca, ale i płuc.
Coś tam się zaczynało dziać.

Przywitał mnie ból łopatek, szczególnie lewej i jakby wychodzenie
łopatki z jej właściwego miejsca położenia. Ból był nie do
opanowania. Pomagały tylko natryski lodowatą wodą i „biczowanie”
wodą pod zimnym prądem w rzece. Cała klatka piersiowa była jednym
wielkim bólem. Plecy nie lepsze – nie dawały siedzieć w miejscu, a i
na stojąco dawały się we znaki.

Wtedy też, jakby wszystkiego było mało, dołączyły nowe symptomy.
Myślałam,
że dopada mnie jakaś ciężka choroba i że pewnie niedługo umrę. Ale
nie umarłam,
nie tak jak myślałam. Zaczęłam za to „umierać” dla moich znajomych,
otoczenia.
Przestali mnie zauważać, ja unikałam kontaktów z nimi, bo męczyła
mnie ich obecność,
nie znajdowałam z nimi żadnego tematu do rozmowy, oni nie rozumieli
tego co się ze mną dzieje, więc tym mniej zależało mi na takim
kontakcie. Te nowe symptomy objawiały się rwaniem i bólami palców,
całych dłoni, nadgarstków i całych rąk. Od łokcia do opuszków palców
czułam jakby ktoś naciągał jakieś wewnętrzne żyłki i za nie
pociągał. Bolało, a żyłki przy pełnym naprężeniu powodowały silne
kłucie w samych opuszkach. To uczucie też czasami wraca. Przestałam
wyszywać (co bardzo lubię robić) bo nie mogłam utrzymać
w palcach igły z bólu. Bardzo często siedziałam bezczynnie i
masowałam ręce od łokcia
do nadgarstka od strony wewnętrznej, potem nadgarstek i sam środek
dłoni oraz
punkty przy zakończeniu wzgórka Wenus. Rodzina dziwnie na mnie
patrzyła,
ale w końcu przyzwyczaili się do niektórych z tych zachowań i
działań.

I nadszedł czas na straszne bóle serca, za żebrami. W sumie wszystko
mnie tam bolało. Ale uczucie jakby ktoś wkłuwał mi w serce rozgrzany
kołek było niepokojące. Zaczęłam
się dziwić, że odczuwam bóle w tych samych punktach w których Jezus
miał rany. Jednak nadal w żaden sposób nie znajdowałam wyjaśnienia
dla tych zjawisk. Wielokrotnie zdarzało się, że już byłam pewna że
mam właśnie stan przed zawałowy, kilka razy miałam jechać
już na pogotowie. Jednak to coś we mnie powtarzało, że tak ma być,
jakaś taka wewnętrzna pewność, że wszystko jest w porządku. Serce
moje nie biło normalnie, a wszystko to co temu towarzyszyło też nie
miało znamion naturalności. Ten ból, i uczucie wypalania
dziur w sercu i w całej klatce piersiowej budziły mnie też z
dotychczasowego letargu bezuczuciowości w którym się pogrążyłam
celem wyciszenia. Wszystko znów zobaczyłam w innym świetle, nie
miałam już pretensji do znajomych za to, że mnie zostawili, zaczęłam
rozumieć czym jest moje życie, jaki cel miało to wszystko co do tej
pory się wydarzyło. Pierwszy raz pojawiło się uczucie, że muszę w
swojej rodzinie zmienić coś, co jest błędnie powtarzane z pokolenia
na pokolenie. Wiedziałam że to jakieś trudne zadanie. W tym momencie
jednak poczułam, że już nie chcę się nigdzie cofać, że już tyle za
mną,
że nawet jeśli przede mną jeszcze wiele, to chcę tam iść dalej,
zafascynowało mnie to, choć bywały też momenty całkowitego
zniechęcenia, ale szybko dość z nich wychodziłam.

W między czasie ponownie wróciły moje problemy ze snem, właściwie
w tym zakresie występowały wahania. Albo zasypiałam o 21 – 22 i
budziłam
się w środku nocy, albo zasypiałam dopiero mocno po 2 lub 3 w nocy.
Tak czy
owak budziłam się zawsze ok. 6 – 8 rano. Nie lubiłam i nie lubię
spać, miałam wrażenie,
że tracę czas który mogłabym poświęcić na coś ważniejszego. Jednak
sen póki
co jest jeszcze konieczny. Tylko jego charakter nieco inny niż
niegdyś.

Cały czas tym wszystkim objawom towarzyszyły bóle głowy – żebyście
nie pomyśleli,
że one przyszły na końcu. Nigdy wcześniej nie bolała mnie głowa,
dziwiłam się jak może ktoś mówić, że głowa go boli, na prawdę nie
znałam zupełnie tego uczucia. Jednak miałam okazję poznać je w
trakcie tego dziwnego procesu. Pierwszy ból pojawił się z nikąd i
był zupełnie jakby ktoś przywalił mi z całej siły jakimś ciężkim,
tępym narzędziem. Z czasem zauważyłam, że pojawiają się one dość
często – te uderzenia i nie znana mi była ich przyczyna. Myślałam że
to jakaś migrena, ale okazało się że to nie to. Właściwie nie
wiadomo co to. Moi bliscy jak opisywałam im te bóle śmiali się, że
chyba rośnie mi czaszka. Ja też się czasami z tego śmiałam, choć
przez zaciśnięte zęby i ze niejednokrotnie łzami
w oczach. Ha…. nie przyszłoby mi jeszcze wtedy do głowy, że czaszka
moja rzeczywiście może zmieniać powoli kształt i bóle te, oraz
uczucie rozrywania głowy mogą mieć z tym związek. Był okres w którym
bardzo często, po kilka razy dziennie, a czasami całymi dniami
czułam jakby moje dwie półkule miały się rozejść. Siedziałam wtedy z
dłońmi na głowie
i próbowałam opanować to uczucie bólu. Miałam wrażenie, że coś
przeciska się u góry czaszki, albo że zaraz mózg wyjdzie ze swojej
ochronki. Ból przeszywał mnie od góry
do dołu równomiernie rozchodząc się po czaszce jak spływająca woda,
od czasu do
czasu przerywany silnymi uderzeniami to w bok, to w górę to w tył
czaszki. Nie świadoma niczego całe szczęście chociaż w tym zakresie
dokonywałam właściwych wyborów –
nigdy nie łykałam żadnych tabletek i wspomagaczy. Szybko zauważyłam,
że mój
organizm sam pokazuje mi czego potrzebuje w postaci jakiegoś
pożywienia.

Bóle głowy jakoś opanowałam, właściwie nauczyłam się z tym żyć. I
jak zwykle jak coś już zaczynałam traktować jako naturalne przejawy
czegoś, zaraz pojawiał się nowy symptom – tym razem były to zawroty
głowy – co ciekawe w dzieciństwie nie miałam z tym problemu. Teraz
jednak huśtawki, karuzele, bieganie, kręcenia się w kółko były
całkowicie niemożliwe. Nawet zwykłe schodzenie po schodach wymagało
ostrożności, bo nigdy nie wiedziałam
czy zaraz nie zakręci mi się w głowie – co oczywiście nie ułatwiało
utrzymania się stabilnie na nogach. Przy osłabionych przez jakiś
czas kostkach zawroty głowy nie ułatwiały chodzenia i potykanie się
stało się czymś normalnym (całe szczęście przeszło).
Do dziś nawet kiedy siedzę spokojnie przy biurku zdarzają mi się
takie zawroty
głowy, nawet kilka razy dziennie. Teraz jednak nie niepokoją mnie
tak jak kiedyś.

cdn...
26. Nov. 2008
GODAN
|