|
Im wyżej ból sięgał tym trudniej opisać towarzyszące mu objawy, bo
pogłębiały
się one również rozchodząc się już nie tylko na kości i mięśnie, ale
też na wszystkie
organy w moim wnętrzu. Tak więc idąc dalej w górę, od kości ogonowej
szybkim towarzyszem bólu stał się odcinek lędźwiowo - krzyżowy. Tak
więc mogłam zapomnieć
o spokojnym śnie, bo nie tylko siedzenie i stanie, ale i leżenie
było potwornie bolesne. Próbowałam spać na boku, ale to też nie
pomagało ból zupełnie jakby sobie tam zamieszkał i dobrze mu tam
było. Z łóżka schodziłam na kolana, po jakimś czasie wymieniliśmy
łóżko, ale to też nic nie pomogło, ból dalej mnie męczył. Chodziłam
i masowałam
i uciskałam sobie te miejsca tak dając sobie niewielką, ale zawsze
jakąś ulgę w bólu.

Zaraz potem obudził się kolejny ból, znów zupełnie znikąd i
niezrozumiały, a mianowicie
ból brzucha. Często zauważałam jakby coś puchło mi w środku, albo
jakby coś jeździło
w moim wnętrzu w dodatku wydawało dziwne dźwięki i strasznie głośne,
już się bałam
że to jakiś tasiemiec, albo coś, bo tylko takie wyjaśnienie
przychodziło mi do głowy. Nie trafiłam jednak z domysłami. Nic tam
nie było. A jednak różnice w talii wahały się od 5 - 13 cm w
zależności od opuchlizny, zupełnie jakbym miała jakąś oponkę na
około. Powodowało to też sytuację, że raz się mieściłam w swoje
spodnie, raz nie Wnętrzności też potrafiły pulsować i gotować się
same w sobie, często pojawiały się nudności i żołądek zaczął
odrzucać wiele rzeczy, które do tej pory lubiłam. W tym oczywiście
całkowite odrzucenie mięsa, częściowe negatywne reakcje na wyroby z
mąki, głównie chleb, kluski czy naleśniki. Za to wciągałam dziwne
mieszanki, znajomi żartowali, że mam zachcianki jak kobieta
w ciąży. Ogórki konserwowe wyjadałam ze słoika po czym wypijałam
całą zalewę octową, potem zagryzałam to jakąś czekoladę, a na deser
zjadałam np. całą cytrynę, pomarańcze i takie tam. To oczywiście
jeden z niewielu przykładów odrzucania żywności przez żołądek. Z
upływem czasu odrzuciłam jajka, ostatnio praktycznie ryby też,
ziemniaki, które na kilka miesięcy zastąpiła kasza i ryż, ostatnio
tylko czasami makaron, ryż i kasza na talerzu pojawiają się raz w
miesiąc itd. Miałam też ciągłe uczucie zgagi i zakwaszenia, ale mimo
to organizm domagał się witaminy C, kupowałam więc jej bardzo dużo,
podobnie zresztą
jak samych owoców cytrusowych i pakowałam w siebie nawet listek
dziennie.
Mój organizm żądał tego ode mnie, więc dostawał.

Powyższym dolegliwościom towarzyszyły kłucia i nagłe skurcze
trzustki, które powodowały nagłe zwijanie się z bólu i całkowite
skręcanie wnętrzności. Uderzenia jakby z procy strzelał ktoś
kamieniami w nerki i nadnercza też nie należały do przyjemnych.
Wszystko to jakby klinowało się w środku, nie mogąc przedostać się
dalej. Wyginałam się w tył i w przód, skręcałam i wiłam z bólu.

A praca nad "ego" hamowała cały proces, kumulując ból w tych
okolicach.
Gdybym w tym czasie przestała rozmawiać z Bogiem, nie miałabym
pewnie
żadnych szans na dalsze kroki w tym procesie. I choć komuś może się
wydać
dziwne, że nie przestałam z nim rozmawiać ani teraz, ani wtedy kiedy
szukałam
czegoś w "wiedzy tajemnej", to wyjaśnię, że w rzeczywistości
wszędzie tam szukałam samego Boga, więc nie sposób było odłączyć Go
od tego. To była po prostu moja długa
i kręta droga poszukiwania z licznymi wybojami. Tak więc ledwo
zaczęło się coś we mnie zmieniać, zaraz powstrzymałam to głupim
działaniem "podnoszenia ego". Jak to wyglądało, o tym też napiszę
osobny tekst, żebyście mogli sami zobaczyć, czy ktoś z Was wcześniej
czy teraz nie robi tych samych błędów co i ja. Mogę tylko
powiedzieć, że wiąże
się to z utratą własnej tożsamości i kolejnym pogłębianiem się w
iluzję.

Tym sposobem problemy z żołądkiem, brzuchem, trzustką i wszystkimi
innymi
narządami znajdującymi się w tych okolicach trwały dłużej niż
musiały, do czego się
sama przyczyniłam. To było chyba moje tzw. drugie wyparcie się
Chrystusa. No gagatek
ze mnie nie zły i nie ma co ukrywać, w tej dziedzinie byłam naprawdę
dobra w utrudnianiu sobie wszystkiego. Jeśli ktoś spyta o trzecie
wyparcie, to powiem tylko, że mam je już
za sobą, a było nim poszukiwanie odpowiedzi w książkach z
odrzuceniem
i zapomnieniem o doświadczaniu i rozważaniu nad sobą samym.

Nie wiem jak to przyblokowanie wszystkiego ma się do całości,
jeszcze bowiem
nie pojęłam całego tego procesu. Nie wątpliwie jednak wiercenie na
wylot przez całe
ciało od krzyża do pępka i odwrotnie, wibrowanie, świdrowanie czy
jak tam kto chce
to nazwać było uciążliwe. Często swędziała mnie skóra w tych
okolicach od podbrzusza
do pępka i tak wokoło, często też brzuch nabierał barwy różowawej od
gorąca. Nudności
i wymioty stały się częstsze, jakby coś próbowało ze mnie wyjść, ale
nie mogło.
Faktem jest, że rzeczywiście nie mogło działać tak jak powinno.

W tej sytuacji jak się można domyślać napięcie wciąż pozostawało i
nie łatwo
było się go pozbyć, nie mogłam nawiązać normalnych kontaktów z
ludźmi z mojego otoczenia, ze wszystkimi się kłóciłam, coś każdemu
nawtykałam (nie było to u mnie normalne). W ten sposób znów wszyscy
obserwowali, że coś ze mną nie tak. A ja raz
się kłóciłam, raz płakałam po kłótni do poduszki i tak na okrągło.
Nienawidziłam siebie przez te huśtawki nastroju. Zamknęłam się wtedy
na wszystko i wszystkich. Nastąpił
pierwszy stan całkowitej izolacji i wewnętrznego zagubienia.

cdn...
24. Nov. 2008
GODAN
|