NASZE DOŚWIADCZENIA

OBJAWY FIZYCZNE TAJEMNICZEGO PROCESU
(CZĘŚĆ 1)
LINK! DO CZĘŚCI 2

Na razie postanowiłam tylko opisać dolegliwości fizyczne, bo na dobrą sprawę ciężko to wszystko spamiętać. Jak opowiadałam o swoich dolegliwościach mojej babci, to była przerażona i koniecznie chciała mnie gonić do wszystkich możliwych lekarzy. Jasne, tylko, że z tymi dolegliwościami nie skończyłabym do nich chodzić do... śmierci. Zawsze miałam to odczucie, że wszystko jest w porządku, tak jak powinno być. Może jakbym była starsza patrzyłabym na te wszystkie objawy bardziej podejrzliwie, ale kiedy skończyłam 18 lat, a objawy nasiliły się jeszcze bardziej stwierdziłam, że z całą pewnością po prostu tak musi być. Wydało mi się to normalne. Choć kiedy bolało różne słowa z początku cisnęły mi się na końcówkę języka, z czasem przywykłam. Nie pamiętam od czego się zaczęło, ale przedstawiam to w tej kolejności bo łatwiej to tak opisać.

Stopy - szczególnie pamiętam uczucie wkuwania czegoś w śródstopie i w poduszki palców, do tego dziwne, nienaturalne wyginanie palców, bardzo częste skurcze w palcach i ogólny ból stóp, który uniemożliwiał chodzenie. Ukłuciom towarzyszyło też uczucie rozgrzewania i ochładzania stóp, a także promieniowanie od środka stopy na zewnątrz i tzw. "mrówki". Często masowałam swoje stopy od spodu, bo drętwiały i traciłam w nich czucie. Z "rozczłapanych" stóp pasujących tylko do adidasów, moje stopy stały się węższe i mniejsze (skurczyły się z rozmiaru 41 na 38. Jakież było moje zaskoczenie kiedy w ciągu jakichś czterech lat - między 17 - 21 rokiem życia moje stopy skurczyły się o trzy rozmiary. Każda wizyta w sklepie za nowymi butami budziła we mnie wielkie zdziwienie, a siostra śmiała się, że pewnie się kurczę na starość.

Kostki - moje drogie, dotychczas stabilne i dobrze stąpające po ziemi stały się jakieś takie rozlazłe i miękkie, ciągle się potykałam i wykręcałam gdzieś kostkę, co było nie normalne, nigdy wcześniej ani razu mi się to nie zdarzyło. No i oczywiście ból nie tylko kostki, ale i ścięgna Achillesa, ciągle było naciągnięte, znaczy się napięte i musiałam uważać żeby czegoś nie naderwać. Od wewnątrz przy kostce robiło się często niewielkie narośle, wypełnione czymś, które znikało zaraz jak podejmowałam już decyzję o pójściu do lekarza. Potem wiedziałam, że ono tak już ma, pojawia się i znika.

Łydki - pamiętam bardzo dobrze zrywające mnie ze snu głównie nocą niezwykle silne skurcze łydek, rwanie było okropne, aż łzy leciały z oczu. Ojciec twierdził, że to brak magnezu lub czegoś tam, ale wtedy znowu mój żołądek odrzucał magnez, który próbowałam mu podawać w uzupełnieniu, więc nie było lekarstwa i trzeba było przeboleć. Od łydek ból przeniósł się w górę - co oczywiście nie oznacza, że reszta przestała boleć, co najwyżej ataki bólu nie były już tak silne. I albo zwyczajnie się do nich przyzwyczaiłam, albo każde kolejne były silniejsze w związku z czym poprzednie wydawały się niczym w porównaniu do tych nowo nabytych dolegliwości.

Kolana - koszmar, to co zaczęło dziać się z moimi kolanami to był koszmar. Ciężko to nawet opisać. Ból pojawiał się zupełnie znikąd, nagle i niespodziewanie. Oczywiście bólom porównywalnym do wykręcania i stukania młotkiem w kolano, towarzyszyły nagłe zmiany odczuwania ciepła, kolana były na przemian gorące albo lodowate, zresztą nadal to powraca, ale jakoś z tym żyję. W każdym razie nic nie pomagało, jak siedziałam to kładłam na kolana elektryczną poduszkę i podgrzewałam, kiedy były zimne, jak były gorące to chłodne okłady. Z tego gorąca kolana potrafiły robić się całe czerwone i pulsowały jakby coś się w nich gotowało. Nie mogłam chodzić, czasami pojawiały się takie ataki kolan, że dojście do szkoły, później do pracy zakrawało o cud. Stawiałam kilka kroków ze łzami w oczach i mocno zaciśniętymi zębami. W szkole, czy w pracy co chwilę masowałam kolana (dziwolągi tak mają ). Tylko dotyk własnych rąk i przepływające przez nie dziwne prądy pomagały uśmierzyć ból, choć oczywiście nie tak od razu. Mama tłumaczyła, że moje dolegliwości to pewnie jakiś reumatyzm, albo na ciśnienie tak reaguję, albo nie wie już co. Ale to wcale nie zależało od pogody, tylko samo sobie działało jak chciało. Od czasu do czasu miałam wrażenie jakby coś mi się w tych kolanach zbierało, jakaś galaretka, albo nie wiem co. Robiła się jakby taka narośl, która później schodziła i tak na okrągło.

Uda - no wydawać by się mogło, że tam raczej nie powinno nic takiego boleć. Ale jednak i uda bolały, szczególnie część tylnia, choć i przód też, ale mniej. Tak więc miałam uczucie, jakby ktoś drążył mi od wewnątrz uda na zewnątrz ciała jakiś otwór i jakby zaraz coś miało z niego wypłynąć. Naszukałam się wtedy o różnych robalach w ciele człowieka i ciągle myślałam, że to "riszta ludzka" bleh... ale nie była. Był tylko (i aż) ten sam nasilający się, pulsujący ból.

Pośladki - ból z ud przemieszczał się wyżej na pośladki, w związku z czym nie mogłam siedzieć, chociaż i chodzić nie mogłam, bo uda, kolana i pośladki razem wzięte ogarnięte bólem nie dawały prawa do chodzenia. Czułam się jak na zastrzykach. Czasami dostawałam tych zastrzyków ledwie kilka dziennie, ale miały dokładnie takie działanie jak zastrzyk, tzn. bolały, kłuły i powodowały stwardnienie części pośladka. Później, jak już nie miało mnie gdzie kuć, to kłuło wszędzie gdzie się dało aż do wysokości nerek, czasami tak przez kilka godzin, a ja wtedy albo klęczałam, albo stałam. Nie dało się siedzieć.

W tym czasie na moim ciele zaczęły się też znikąd zupełnie pojawiać siniaki, przebarwienia i pęknięcia naczynek krwionośnych. Zaczęłam mieć problemy z oddechem, przy wysiłku serce nie nadążało z pompowaniem tlenu i miałam ataki duszności, jak przy astmie, której notabene nigdy u mnie nie stwierdzono. Pojawiła się też alergia, również nie stwierdzona przez lekarzy, na pyłki, kurz i niektóre kwiaty. Zaczęłam też odrzucać mięso, mój organizm zupełnie jakby przestał je trawić. Choć nie przestałam go jeść od razu. Prób odejścia podjęłam dwie. Całkowicie udało się za drugim razem.

Po pośladkach przyszedł czas na krocze, kość ogonową i biodra. Pierwszy objaw to potworne bóle krocza i oczywiście znane mi już kłucie. Wchodzące od pachwin do wewnątrz, miałam też wrażenie jakby coś puchło mi w środku. Dla nastolatki nie łatwa sprawa, ale przełamałam się i poszłam do ginekologa. Usłyszałam jednak, że wszystko jest w należytym porządku i nie ma się czym martwić. Lekarz był zdziwiony słysząc o kłuciu i bólach i stwierdził, że nie wie co może to powodować, bo w środku wszystko O.K. Byłam wiec trochę spokojniejsza. Uznałam, że to kolejne objawy które mają nieznane pochodzenie. Miałam też ciągłe uczucie jakby ktoś wciskał mi coś w odbyt, jak się można domyślać całkowicie nieprzyjemne. Siadałam więc tylko jak to się mówi "półdupkiem" w szkole i nauczycielka mnie ciągle poprawiała, że źle siedzę, że albo zjeżdżam pod ławkę, albo, że mi krzesło spod tyłka ucieka. A mnie to nie bawiło, bo i tak ledwo siedziałam i przerwa była wybawieniem, bo można było trochę postać na obolałych nogach. Tak więc uczucie wciskania czegoś w odbyt i tępy ból w okolicy "rowka" spowodowały problemy z załatwianiem naturalnych potrzeb fizjologicznych, zupełnie jakby coś tam zmieniało kształt. Strasznie mnie to denerwowało i powodowało uczucie dyskomfortu. Nerwom spowodowanym tą całą sytuacją towarzyszyły ogromne wahania nastroju, ciągle się na coś wściekałam, stawałam się agresywna, albo zupełnie wyciszona i zamknięta w swojej samotności.

Dobijał mnie do tego współgrający z pozostałymi objawami ból bioder i dziwne strzykanie w biodrach i uczucie wychodzenia kości udowej z miseczki kości biodrowej. Do tego miejsca już bóle wydawały się zbyt wielkie jak dla mnie (tym bardziej, że nie miałam najmniejszego pojęcia o możliwym ich pochodzeniu). Bliscy zauważali zmiany w moim zachowaniu, nerwowość, niecierpliwość, złość, częsty płacz i sfrustrowanie, łatwo się irytowałam i ciskałam przedmiotami w podłogę, albo waliłam pięściami w ścianę. Miałam nadzieję, że ten ból zejdzie ze mnie, ale niestety nie chciał mnie opuścić. Byłam w ciągłym stanie napięcia. Tak zaczęły się problemy z psychiką. Im dalej wznosił się ból, tym trudniej było to wszystko połączyć i koordynować, bez właściwej mądrości to było nie możliwe i tylko Bóg pomógł mi wytrwać do tego momentu w którym jestem teraz. W momencie jednak kiedy pojawił się ból w okolicy kości ogonowej, zaczęły się też inne problemy związane z moim "ego" i moim umysłem. W miejsce luki po uprzątniętych sprawach z "wiedzą tajemną" pojawiło się coś nowego, równie niebezpiecznego - praca nad "samorealizacją i kształtowaniem własnej osobowości". Innymi słowy jak podnieść swoje "ego". Gdybym wtedy była choć trochę świadoma skutków ubocznych kolejnej nieczystej gry, darowałabym sobie. Niestety jednak wlazłam z deszczu pod rynnę jak to się mówi. Ale o tym z osobna.

cdn...

24. Nov. 2008

GODAN