|

Na razie postanowiłam tylko opisać dolegliwości fizyczne, bo na
dobrą sprawę
ciężko to wszystko spamiętać. Jak opowiadałam o swoich
dolegliwościach mojej babci,
to była przerażona i koniecznie chciała mnie gonić do wszystkich
możliwych lekarzy. Jasne, tylko, że z tymi dolegliwościami nie
skończyłabym do nich chodzić do... śmierci. Zawsze miałam to
odczucie, że wszystko jest w porządku, tak jak powinno być. Może
jakbym była starsza patrzyłabym na te wszystkie objawy bardziej
podejrzliwie, ale kiedy skończyłam
18 lat, a objawy nasiliły się jeszcze bardziej stwierdziłam, że z
całą pewnością po prostu
tak musi być. Wydało mi się to normalne. Choć kiedy bolało różne
słowa z początku
cisnęły mi się na końcówkę języka, z czasem przywykłam. Nie pamiętam
od czego
się zaczęło, ale przedstawiam to w tej kolejności bo łatwiej to tak
opisać.

Stopy - szczególnie pamiętam uczucie wkuwania czegoś w śródstopie
i w poduszki palców, do tego dziwne, nienaturalne wyginanie palców,
bardzo
częste skurcze w palcach i ogólny ból stóp, który uniemożliwiał
chodzenie. Ukłuciom towarzyszyło też uczucie rozgrzewania i
ochładzania stóp, a także promieniowanie od środka stopy na zewnątrz
i tzw. "mrówki". Często masowałam swoje stopy od spodu, bo drętwiały
i traciłam w nich czucie. Z "rozczłapanych" stóp pasujących tylko do
adidasów, moje stopy stały się węższe i mniejsze (skurczyły się z
rozmiaru 41 na 38. Jakież było moje zaskoczenie kiedy w ciągu jakichś
czterech lat - między 17 - 21 rokiem życia moje stopy skurczyły się
o trzy rozmiary. Każda wizyta w sklepie za nowymi butami budziła we
mnie wielkie zdziwienie, a siostra śmiała się, że pewnie się kurczę
na starość.

Kostki - moje drogie, dotychczas stabilne i dobrze stąpające po
ziemi stały się
jakieś takie rozlazłe i miękkie, ciągle się potykałam i wykręcałam
gdzieś kostkę, co
było nie normalne, nigdy wcześniej ani razu mi się to nie zdarzyło.
No i oczywiście ból
nie tylko kostki, ale i ścięgna Achillesa, ciągle było naciągnięte,
znaczy się napięte
i musiałam uważać żeby czegoś nie naderwać. Od wewnątrz przy kostce
robiło
się często niewielkie narośle, wypełnione czymś, które znikało zaraz
jak podejmowałam
już decyzję o pójściu do lekarza. Potem wiedziałam, że ono tak już
ma, pojawia się i znika.

Łydki - pamiętam bardzo dobrze zrywające mnie ze snu głównie nocą
niezwykle
silne skurcze łydek, rwanie było okropne, aż łzy leciały z oczu.
Ojciec twierdził, że to
brak magnezu lub czegoś tam, ale wtedy znowu mój żołądek odrzucał
magnez, który próbowałam mu podawać w uzupełnieniu, więc nie było
lekarstwa i trzeba było przeboleć. Od łydek ból przeniósł się w górę
- co oczywiście nie oznacza, że reszta przestała boleć,
co najwyżej ataki bólu nie były już tak silne. I albo zwyczajnie się
do nich przyzwyczaiłam, albo każde kolejne były silniejsze w związku
z czym poprzednie wydawały
się niczym w porównaniu do tych nowo nabytych dolegliwości.

Kolana - koszmar, to co zaczęło dziać się z moimi kolanami to był
koszmar. Ciężko to nawet opisać. Ból pojawiał się zupełnie znikąd, nagle i
niespodziewanie. Oczywiście bólom porównywalnym do wykręcania i
stukania młotkiem w kolano, towarzyszyły nagłe zmiany odczuwania
ciepła, kolana były na przemian gorące albo lodowate, zresztą nadal
to powraca, ale jakoś z tym żyję. W każdym razie nic nie pomagało,
jak siedziałam to kładłam na kolana elektryczną poduszkę i
podgrzewałam, kiedy były zimne, jak były gorące to chłodne okłady. Z
tego gorąca kolana potrafiły robić się całe czerwone i pulsowały
jakby
coś się w nich gotowało. Nie mogłam chodzić, czasami pojawiały się
takie ataki kolan, że dojście do szkoły, później do pracy zakrawało
o cud. Stawiałam kilka kroków ze łzami w oczach i mocno zaciśniętymi
zębami. W szkole, czy w pracy co chwilę masowałam kolana (dziwolągi
tak mają ). Tylko dotyk własnych rąk i przepływające przez nie
dziwne prądy pomagały uśmierzyć ból, choć oczywiście nie tak od
razu. Mama tłumaczyła, że moje dolegliwości to pewnie jakiś
reumatyzm, albo na ciśnienie tak reaguję, albo nie wie już co. Ale
to wcale nie zależało od pogody, tylko samo sobie działało jak
chciało. Od czasu do czasu miałam wrażenie jakby coś mi się w tych
kolanach zbierało, jakaś galaretka, albo
nie wiem co. Robiła się jakby taka narośl, która później schodziła i
tak na okrągło.

Uda - no wydawać by się mogło, że tam raczej nie powinno nic takiego
boleć.
Ale jednak i uda bolały, szczególnie część tylnia, choć i przód też,
ale mniej.
Tak więc miałam uczucie, jakby ktoś drążył mi od wewnątrz uda na
zewnątrz
ciała jakiś otwór i jakby zaraz coś miało z niego wypłynąć.
Naszukałam się wtedy
o różnych robalach w ciele człowieka i ciągle myślałam, że to "riszta
ludzka" bleh...
ale nie była. Był tylko (i aż) ten sam nasilający się, pulsujący
ból.

Pośladki - ból z ud przemieszczał się wyżej na pośladki, w związku z
czym nie mogłam siedzieć, chociaż i chodzić nie mogłam, bo uda,
kolana i pośladki razem wzięte ogarnięte bólem nie dawały prawa do
chodzenia. Czułam się jak na zastrzykach. Czasami dostawałam tych
zastrzyków ledwie kilka dziennie, ale miały dokładnie takie
działanie jak zastrzyk, tzn. bolały, kłuły i powodowały stwardnienie
części pośladka. Później, jak już nie miało mnie gdzie kuć, to kłuło
wszędzie gdzie się dało aż do wysokości nerek, czasami tak przez
kilka godzin, a ja wtedy albo klęczałam, albo stałam. Nie dało się
siedzieć.

W tym czasie na moim ciele zaczęły się też znikąd zupełnie pojawiać
siniaki, przebarwienia i pęknięcia naczynek krwionośnych. Zaczęłam
mieć problemy z oddechem, przy wysiłku serce nie nadążało z
pompowaniem tlenu i miałam ataki duszności, jak przy astmie, której
notabene nigdy u mnie nie stwierdzono. Pojawiła się też alergia,
również nie stwierdzona przez lekarzy, na pyłki, kurz i niektóre
kwiaty. Zaczęłam też odrzucać mięso, mój organizm zupełnie jakby
przestał je trawić. Choć nie przestałam go jeść od razu. Prób
odejścia podjęłam dwie. Całkowicie udało się za drugim razem.

Po pośladkach przyszedł czas na krocze, kość ogonową i biodra.
Pierwszy objaw to potworne bóle krocza i oczywiście znane mi już
kłucie.
Wchodzące od pachwin do wewnątrz, miałam też wrażenie jakby coś
puchło
mi w środku. Dla nastolatki nie łatwa sprawa, ale przełamałam się i
poszłam do
ginekologa. Usłyszałam jednak, że wszystko jest w należytym porządku
i nie ma
się czym martwić. Lekarz był zdziwiony słysząc o kłuciu i bólach i
stwierdził, że nie
wie co może to powodować, bo w środku wszystko O.K. Byłam wiec
trochę spokojniejsza. Uznałam, że to kolejne objawy które mają
nieznane pochodzenie. Miałam też ciągłe uczucie jakby ktoś wciskał
mi coś w odbyt, jak się można domyślać całkowicie nieprzyjemne.
Siadałam więc tylko jak to się mówi "półdupkiem" w szkole i
nauczycielka mnie ciągle poprawiała, że źle siedzę, że albo zjeżdżam
pod ławkę, albo, że mi krzesło spod tyłka ucieka. A mnie to nie
bawiło, bo i tak ledwo siedziałam i przerwa była wybawieniem, bo
można było trochę postać na obolałych nogach. Tak więc uczucie
wciskania czegoś
w odbyt i tępy ból w okolicy "rowka" spowodowały problemy z
załatwianiem naturalnych potrzeb fizjologicznych, zupełnie jakby coś
tam zmieniało kształt. Strasznie mnie
to denerwowało i powodowało uczucie dyskomfortu. Nerwom spowodowanym
tą
całą sytuacją towarzyszyły ogromne wahania nastroju, ciągle się na
coś wściekałam, stawałam się agresywna, albo zupełnie wyciszona i
zamknięta w swojej samotności.

Dobijał mnie do tego współgrający z pozostałymi objawami ból bioder
i dziwne
strzykanie w biodrach i uczucie wychodzenia kości udowej z miseczki
kości biodrowej.
Do tego miejsca już bóle wydawały się zbyt wielkie jak dla mnie (tym
bardziej, że nie miałam najmniejszego pojęcia o możliwym ich
pochodzeniu). Bliscy zauważali zmiany w moim zachowaniu, nerwowość,
niecierpliwość, złość, częsty płacz i sfrustrowanie, łatwo się
irytowałam i ciskałam przedmiotami w podłogę, albo waliłam pięściami
w ścianę. Miałam nadzieję, że ten ból zejdzie ze mnie, ale niestety
nie chciał mnie opuścić. Byłam w ciągłym stanie napięcia. Tak
zaczęły się problemy z psychiką. Im dalej wznosił się ból, tym
trudniej było to wszystko połączyć i koordynować, bez właściwej
mądrości to było nie możliwe i tylko Bóg pomógł mi wytrwać do tego
momentu w którym jestem teraz. W momencie jednak kiedy pojawił się
ból w okolicy kości ogonowej, zaczęły się też inne problemy związane
z moim "ego" i moim umysłem. W miejsce luki po uprzątniętych
sprawach z "wiedzą tajemną" pojawiło się coś nowego, równie
niebezpiecznego - praca nad "samorealizacją
i kształtowaniem własnej osobowości". Innymi słowy jak podnieść
swoje "ego". Gdybym wtedy była choć trochę świadoma skutków
ubocznych kolejnej nieczystej gry, darowałabym sobie. Niestety
jednak wlazłam z deszczu pod rynnę jak to się mówi. Ale o tym z
osobna.

cdn...
24. Nov. 2008
GODAN
|