30.11.2011/01.12.2011
-> Sporo spałem i leżałem (rozchorowałem się) - brak
ataków - Chyba Bóg mi ich oszczędził? a może nie byłem ich w
stanie wyłapać?
01/02.12.2011
-> Sporo spałem i leżałem (były pewne uporczywe myślokształty,
ale nie jestem przekonany czy były to ataki? - daję tutaj
duży znak zapytania).
02/03.12.2011 -> Lekko po północy dostałem 2-3
strzały prądem w 3 czakrę (najpierw we śnie [aż mnie
wybudziło], a później jak
sobie leżałem z zamkniętymi oczami) - czy to były ataki? sam
nie wiem... niby tak to wygląda, ale nie jestem w 100% co do
tego przekonany - na wszelki wypadek wstałem - po
wstaniu odczuwam ból na 3 czakrze. Za
jakiś niedługi czas ponownie poszedłem spać (do 5:42) i było
w miarę ok?
O 21:09
poszedłem spać, ale od razu przed oczami zacząłem widzieć
różne negatywne myślokształty. Gdy otwierałem oczy moje
myśli były dużo spokojniejsze, ale gdy je zamykałem to
normalnie jakby jakiś potok negatywizmu się wlewał w moją
głowę i to wszystko widziałem przed oczami w postaci
obrazów. Po chwili gdy miałem zamknięte oczy odczułem bardzo
silnie jakby jakaś zjawa zawisła nade mną -> szybko
otworzyłem oczy -> trochę odczekałem i ponownie zamknąłem
oczy -> znowu od razu pojawiły się negatywne myślokształty i
po chwili ponownie mam bardzo silne odczucie, że jakaś zjawa
nade mną zawisła -> szybko się ewakuowałem (21:09) i
darowałem sobie spanie. Ogólnie nic mi się nie stało, ale nie
lubię takich wizyt :/
03/04.12.2011 -> O 00:34 idę na fotel. O 2:02 poczułem
jak na mnie usiadł, ale wybudziłem się i chyba nic mi się nie
stało. O 3:39 zaatakował mnie we śnie po czym wstałem. Od
około 6:15? poszedłem spać na fotel... i trwało to do 8:15 -
czyżby atak ataków? a może było coś małego? nie pamiętam
już.
O 9:21
kładę się spać, a o 10:46 wstaję - brak ataków.
Około
18:30? poszedłem spać, a o 20:37 wstałem - pod sam koniec
były jakieś dwa "małe" strzały? w czakrę? - nie wiem co to
było, ale wolałem na wszelki wypadek wstać.
04/05.12.2011 -> Przed 1 idę na fotel, a o 2:40 wstaję
(jak do tej pory brak? ataków) i idę do łóżka. Śpię do 5:58 i
pod sam koniec był atak we śnie skierowany na 3? czakrę.
Od około
17:25? do 18:35 spałem - brak ataków.
O 18:53 idę
na fotel, ale widzę, że nic się nie dzieje więc po chwili idę
do łóżka. Śpię do 23:50 gdzie pod sam koniec snu była jakaś
podejrzana strzykawka z dziwną zawartością (prawdopodobnie
straszak?) którą ktoś chciał abym sobie wstrzyknął, ale ja
kategorycznie tego nie chciałem (strzykawka ciągle była
położona) i mnie nagle w trakcie trwania tego snu wybudziło podobnie
jak to dzieje się przy ataku (chodzi o pewne odczucie na 4
czakrze - szarpnięcie).
05/06.12.2011 -> O 3:29 idę na fotel i śpię do 5:06 o
której obrywam we śnie (chyba jakiś opiekun mi pomagał, ale
nie daliśmy rady - odganialiśmy jakieś chochliki, ale było
ich zbyt wiele). Moja czakra musi dojść do siebie... czasem
te uderzenia / szarpnięcia przy wybudzeniu nie są zbyt
przyjemne. Od 15:56 (i może jeszcze trochę wcześniej) do 19:15 spałem - brak ataków.
06/07.12.2011 -> O 1:30 idę na fotel, a o 3:58 wstaję
gdyż wiele razy byłem atakowany we śnie (wiele ataków udało
mi się przerwać). Ostatni atak był ciekawy. Złapał mnie za
nogę (niewidzialny byt) i moim ciałem "astralnym"? miotał po
całym pokoju, aż do wybudzenia. O 6:50? do 8:43 spałem -
brak ataków, ale ogólnie czuję się marnie po tych
wcześniejszych bęckach. Od 13:13 do 14:42 spałem - brak
ataków. Od około 19:00 do 21:05 spałem - brak ataków.
07/08.12.2011 -> Od około 23:35? idę spać na fotel, a o 1:03
wstaję gdyż był atak we śnie - była pewna postać, która
zachowywała się natarczywie i wchodziła na mnie próbując
dojść do pewnego miejsca -> gdy jej to uniemożliwiłem
wrzasnęła na mnie i nastąpiło wybudzenie -> nie mniej jednak
ten konkretny atak określiłbym jako dość słaby. Około
1:30-2:00? idę na fotel, a o 3:20 wstaję - było coś niby we
śnie, ale nieskuteczne dla tego byta. Od 8:04 do 10:48 spałem
- brak ataków. Od 13:55 do 16:55 spałem - brak ataków.
08/09.12.2011 -> Od 4:10 do 6:08 jestem na fotelu - brak
ataków. Następnie przenoszę się do łóżka od 6:09 do 8:00 i
również brak ataków. O 10:37 kładę się spać, a o 11:55
wstaję - brak ataków.
09/10.12.2011 -> O 18:50 idę na fotel, ale 10 minut
później postanawiam już się położyć do łóżka -> o 00:04
wstaję - brak ataków -> ciekawe było to, że w snach moja
podświadomość? zachowywała się tak jakby skanowała sny w
poszukiwaniu wroga - na szczęście nikogo nie znalazła, ale
samo doświadczenie było ciekawe. O 5:26 poszedłem spać, a o 5:50
wstałem - na samym początku gdy zasypiałem odczuwałem jakiś
dziwy niepokój (przez dłuższy czas) na 4 czakrze oraz było
kilka strzałów jakby prądem w nogi (aż fizycznie
"podskakiwały") -> gdy już
zasnąłem to we śnie były koło mnie dość
mocno podejrzane postacie - tak czy siak jako tako nie
zostałem uderzony (w czakrę), ale niemniej jednak niepokój na mojej 4 czakrze
został wytworzony więc można powiedzieć, że w pewnym sensie
jestem stratny (zresztą czuję to po wstaniu, że coś jest nie
tak) - następnym razem postaram się szybciej
ewakuować z łóżka gdy będę doznawać tego typu objawów. O
12:26 idę spać, a o 16:25 wstaję - ogólnie brak ataków, ale
był pewien ciekawy motyw przed zaśnięciem, a mianowicie
chodziły mi po głowie pewne negatywne myśli i sobie
pomyślałem, że strzelę w nie "srebrną rakietą" i gdy nastąpi
wybuch to złapię je w srebrną kulę -> i tak też zrobiłem ->
co ciekawe zobaczyłem przed oczami (w wyobraźni?) jak w
srebrnej kuli jest uwięziona czarna energia i to taka żywa,
która chce się wydostać na zewnątrz! co lepsze to moje
wszystkie negatywne myśli zniknęły! Były uwięzione w tej
srebrnej kuli! Byłem zdziwiony, że ta czarna energia jest
taka "żywa". Posypywałem ją srebrnym proszkiem, aby rozpuścić
tą energię, ale ona jakby na to jakoś specjalnie nie
reagowała. Ta energia stawała się coraz bardziej agresywna
więc postanowiłem tą srebrną kulę z czarną energią włożyć w
kolejną srebrną kulę, aby mi przez przypadek się nie
"ulotniła". Tą pierwotną kulą próbowałem zgnieść tą czarną
energię, ale nie dało się. Myślałem, że po pewnym czasie ona
zniknie lub "podda się" i wygram, ale gdzie tam... non stop
wierzgała jak młody źrebak ;) Co oczywiście najlepsze to nie
miałem w głowie negatywnych myśli - wszystkie były
zgromadzone w tej czarnej, "szalonej" energii - więc wynika
z tego, że jest to żywa, astralna istota i jakimś cudem ją
złapałem w silną pułapkę :) Jeszcze raz podkreślę, że jak ją
złapałem to wszystkie negatywne myśli zniknęły! to było na
prawdę "spektakularne" i "uwalniające". Tak czy siak po
pewnym czasie ta energia rozbiła moją srebrną kulę i
wydostała się na zewnątrz. Zaczęła się rozprzestrzeniać mi
przed oczami. Próbowałem ją złapać, ale nie było to takie
łatwe - nie dawała się ponownie zamknąć do kuli. Tak czy
siak pomyślałem sobie, że użyję innej metody -> próbowałem
tą energię wessać odkurzaczem, który ma w swoim "pojemniku"
czerwoną energię (jakby lawa - jeżeli negatywna energia się
z nią zetknie jest "niszczona"). Udało mi się w sumie
całkiem sporo jej wciągnąć i chyba zniszczyć? Koniec końców
motyw z odkurzaczem spowodował, że ta czarna energia gdzieś
zniknęła - nie wiem czy została zniszczona czy się gdzieś
ewakuowała - ważne, że mogłem spokojnie zasnąć bez żadnych
dziwnych "snów" itp. :)
10/11.12.2011 -> O 22:47 idę spać, a o 1:17 budzę się ze
snu, w którym było sporo akcji (nie koniecznie negatywnej, po
prostu dużo biegania itd) i widzę na swoim łóżku siedzącą na
wpół przezroczystą blondynę! -> nie widziałem jej zbyt
dokładnie, ale jej blond włosy rzuciły mi się w oczy. Ogólnie
nie poruszała się... szybko odwróciłem wzrok i zacząłem
mantrować słowo Bóg i wyszedłem z tego "wymiaru" i wszedłem
w "real". Po chwili położyłem się na jeszcze chwilkę...
wpadłem od razu w sen... było jasno... ktoś przy mnie był...
raczej przyjaciel... ale nad nami były jakieś dziwne, bardzo
nowoczesne samoloty, helikoptery... całe białe... lub
biało-zielone... i tak krążyły i krążyły... gdy się
wybudziłem już nie zasypiałem... jakieś to trochę podejrzane
było... Około 5:15 idę na fotel, o 5:35 zostaję wystraszony
przez jakąś postać we śnie... jakiś czas później ponownie
zasypiam i śpię spokojnie do 6:45. Od 8:25 do 10:30 śpię -
brak ataków.
O 22:35 idę
spać (wyczuwam niepokój przed zaśnięciem, ale nic mi się nie
dzieje - zacząłem sobie śpiewać "Pan jest moim pasterzem..."
i niepokój się zmniejszył), a o 23:45 miałem atak we śnie.
11/12.12.2011 -> Około 3? (może lekko przed) usnąłem na
łóżku, a o 3:05 jakaś podejrzana postać blisko do mnie
podeszła (niby zagadać, zaprzyjaźnić się)... i mnie wybudziło. Postać była ładna -> motyw
urody jest często stosowany przy ataku, aby podświadomość nie
rozpoznała zagrożenia - kojarzy mi się to trochę z filmem "Incepcja"
(kto nie oglądał tego filmu to polecam obejrzeć i
przeanalizować motyw "oszukania podświadomości" podczas
"włamania się do snu" ofiary).
W oczach tej postaci było widać "życie" i "inteligencję".
Im dłużej patrzyłem na tą postać tym bardziej brzydła (a
przynajmniej tak mi się wydaje) - czasem ten motyw się
pojawia - jakby mnie nie wybudziło tak szybko to możliwe, że
zobaczyłbym twarz pełną nienawiści co oczywiście już nieraz
miałem okazję doświadczyć, ale właśnie często na początku
jest piękna twarz, pełna gracji i wdzięku... a dopiero
później w miarę wpatrywania się w nią zaczyna wychodzić jej
prawdziwe "oblicze". Około 3:50? do około 4:10?
zasnąłem przed komputerem - brak ataków. Około 4:30? idę
spać, a o 7:47 wstaję - brak ataków. Od 10:45 do 12:42
spałem - brak ataków. Około 20:00? idę na fotel, a o 21:46
wstaję - brak ataków.
12/13.12.2011 -> O 4:50 próbowałem zasnąć (od razu
zacząłem wyczuwać coś niefajnego w moim pobliżu - taka
ogólnie negatywna atmosfera), a 5 minut
później musiałem już uciekać, gdyż czułem jak "zło" manipuluje
moją głową wciągając mnie jakby w inny stan "świadomości"
(słychać tam głosy astralne) i w tym stanie to coś dobierało się do mojej 4 czakry -> musiałem to przerwać,
choć i tak czuję tam pewien ucisk po tym doświadczeniu, ale
jakbym dłużej zwlekał byłoby znacznie gorzej.
O 11:55
kładę się spać, a o 15:20 wstaję - brak ataków.
O 16:35
kładę się spać, a o 17:59 miałem atak we śnie - na szczęście
był przy mnie opiekun i jakimś fartem nie oberwałem (brak
uderzenia itp. objawów) - oczywiście nigdy do końca nie wiem
czy nie odniosłem innych obrażeń, no ale powiedzmy, że przed
"negatywnym finałem" udało mi się uciec / wybudzić. Ogólnie
to było tam kilku negatywnych osobników więc walka sama w
sobie była trochę nierówna... no ale co ich to obchodzi?
Dobrze, że opiekun mi przyszedł na pomoc, zresztą on się
pojawił zanim zobaczyłem jakiegokolwiek negatywnego osobnika
- najwidoczniej on już wiedział co się szykuje - co ciekawe
na początku widziałem go z psem na smyczy - czyżby to był
jeszcze jeden pomocnik? tego nie wiem - w dalszej części snu
nie widziałem "psiego pomocnika". Wiedział co robił
przychodząc mi na pomoc. Sam pewnie miałbym znacznie większe
problemy i pewnie nie skończyłoby się tak jak się skończyło
(nawet przy wybudzeniu nie było tego szarpnięcia na czakrze).
Zresztą nawet opiekun we śnie został zaatakowany - opluli mu
plecy (oczywiście tak to się skrystalizowało we śnie, a jak
wyglądało to w "realu" to nie wiem). Na samym końcu snu
dorwałem jednego demona, który został chyba przeze mnie
popchnięty i leżał na podłodze, a ja mu położyłem rękę na
klacie i mówiłem do niego coś w stylu, aby w imieniu Jezusa
Chrystusa demony z niego wyszły i za chwilkę mnie ładnie
wybudziło - może właśnie dlatego, że wymieniłem słownie
Jezusa? Tak czy siak podczas całej tej "negatywnej przygody"
byłem raczej "agresywny" i nie dawałem sobie w "kaszę
dmuchać". Jak mnie otaczali z każdej strony to się wyrywałem
i odchodziłem na bok. Najważniejsze w sumie, że wszystko
dobrze się skończyło.
13/14.12.2011 -> Około 22:30-23:00 usnąłem, a wstałem o
00:10 - były dwa podejrzane sny, ale ogólnie nic mi się nie
stało (nie jestem pewien czy oba były atakami - możliwe, że
nie, ale i tak były podejrzane więc lepiej nie spać gdy takie
sny chodzą po głowie i nigdy nie wiadomo czy aby się nie
przekształcą w jakiś niechciany "koszmar"). Około 5:22?
przysnąłem lekko na fotelu, a o 5:25 usłyszałem dzwonek
dzwoniący w mojej głowie i postanowiłem się otrząsnąć i
wstać ;) gdyż mogło to być ostrzeżenie przed "ciemnym bytem",
który lubi gdy moje oczy są zamknięte ;) -> ogólnie miałem
już tego typu "dzwonki" w przeszłości.
Około 7:30?
poszedłem spać, a wstałem o 9:35 - brak ataków.
Poszedłem
spać o 11:23 i wstałem o 13:23 - brak ataków.
Około 20:35
idę spać i wstaję o 22:10 - brak ataków.
14/15.12.2011 -> O 23:00 idę na fotel, o 00:24
wstaję, gdyż zostałem zaatakowany we śnie (mojej czakrze się
to nie spodobało :/)
O 15:02
kładę się spać, a o 16:24 wstaję - brak ataków.
Około
22:30? usnąłem na łóżku, a o 23:20 wstałem - był na samym
końcu atak, którego praktycznie nie pamiętam - bodajże jakiś
wilk się na mnie rzucił? ... nie jestem pewien. Tak czy siak
z tego co pamiętam to chyba? nic mi się nie stało, a co
ciekawsze przed samym tym atakiem dołączył do mnie duży,
"solidny" kot (7-10 lat może miał?) -> i wędrował ze mną (nawet dał się pogłaskać). Domyślam się, że był
to jakiś mój
koci opiekun. Czasami te ciemne byty wyglądają jak koty,
ale ten akurat nie zachowywał się w żaden sposób
podejrzanie. Było też od niego czuć pewną "siłę" oraz było w
nim "życie"... z pewnością nie był to zwykły, martwy "myślokształt".
15/16.12.2011 -> Około 2? zasnąłem przed komputerem, a
około 2:43? się obudziłem - była pewna mocno podejrzana
sytuacja we śnie, ale czy był to atak? możliwe... ale na
szczęście nic mi się nie stało.
O 4:42 idę
na fotel, a o 6:14 wstaję - brak ataków. Po chwili idę spać
do pokoju obok - wstaję o 8:30 - brak ataków.
O 15:00
kładę się spać, a o 16:46 wstaję - brak ataków.
16/17.12.2011 -> Około 00:30? kładę się spać, a o 00:50
zostaje zaatakowany przez jakiegoś dużego psa, choć dopiero
po mocniejszym przyjrzeniu się zobaczyłem, że jest to pies
(tak jakby wcześniej chował się pod inną "postacią" [lub coś
w tym stylu] - taki kamuflaż). Podczas samego ataku (gdy
pies był tak jakby na mnie) znajdowałem się w stanie
pomiędzy realem, a
snem - wiedziałem co się dzieje, ale nie mogłem się poruszyć
ani nic powiedzieć. Na szczęście jakoś udało mi się wybudzić.
Czy jestem w jakiś sposób stratny? Sam nie wiem... jako
takiego ciosu nie było - na pewno nie podoba mi się
fakt, że nie mogę spać oraz to, że jakiś negatywny stwór
łazi mi po pokoju... aniołki zajmijcie się moim nocnym
gościem... Jestem ciekawy czy to naprawdę był jakiś
astralny pies czy może jeszcze jakiś inny stwór krył się pod
tą powłoką. Tak czy siak niezłe bydle mnie zaatakowało.
Ogólnie im więcej doświadczam tych ataków tym lepiej
rozpracowuje działanie tych negatywnych istot... ale nie
mniej jednak jeszcze jest wciąż wiele znaków zapytania.
O 4:47 idę
spać na fotel, ale już o 5:00 mam atak we śnie. Następnie
było kilka? ataków, a ostatni był o 6:25 (po którym
wstałem).
O 15:30
kładę się spać, a o 17:03 wstaję - brak ataków.
17/18.12.2011 -> Jakiś czas później idę ponownie spać,
wstaję dopiero o 00:05 - brak ataków.
Około 8:20
położyłem się na łóżku i bardzo mocno mnie wciągało w sen
(nie byłem pewien czy to pewnego rodzaju hipnoza czy może po
prostu chce mi się spać - po ataku domyślam się, że było to
i jedno i drugie).
Poczułem też kilka strzałów w 3 lub 4 czakrę (już nie
pamiętam dokładnie). Postanowiłem zmienić łóżko i tam się
położyć - bardzo szybko zasnąłem (~8:25) ale już o 8:30 musiałem wstać,
gdyż zostałem uderzony we śnie w 4 czakrę - co ciekawe po
uderzeniu nie zostałem od razu wybudzony, ale po krótkiej
chwili sam siebie wybudziłem aby to przerwać (byłem na tyle
świadomy, aby tego dokonać). Sam atak wyglądał mniej więcej
tak: na początku był jakiś sen gdzie trochę latałem itd ->
później idę dalej i widzę jakąś postać (wyglądała normalnie,
ale to był ten byt), która do mnie zagaduje... ja coś
odpowiadam i odchodzę, ale ta postać znowu zagaduje i
wciągnąłem się mocniej w rozmowę (aby jej wytłumaczyć to o
co pyta - oczywiście ona to robi specjalnie abym się
"otworzył", zatrzymał, rozluźnił lub nawet zdenerwował -
ważne abym nie uciekał i został w jej zasięgu) i ona wyciąga
do mnie rękę (otwarta, skierowana w moim kierunku dłoń) i
strzela z niej do mnie jakby jakimś niewidzialnym pociskiem?
- tak czy siak gdy został oddany strzał to widziałem jakby
dużych rozmiarów ruch powietrza przebiegający od ręki tego byta do
mojej czakry) i bardzo szybko poczułem uderzenie w
4 czakrę i nagle obok mnie pojawia się kot podobny do mojego,
ale to był ten, który mnie czasem w snach atakował. Następnie
się sam wybudziłem, bo nie zostałem automatycznie wybudzony.
Oczywiście po wstaniu czuję fizyczny ucisk na 4 czakrze itd.
Już nie pierwszy raz spotykam się z atakiem gdzie postać
wyciąga do mnie otwartą dłoń i po chwili zostaję uderzony
(postrzelony) w czakrę. To wszystko działo się na odległość.
Ciekawe jest to
czemu ten kot (gdy dostałem w czakrę) pojawił się koło
mnie...
O 14:59
kładę się spać, a o 17:56 wstaję - brak ataków -> moja
czakra czuję się trochę lepiej po strzale jaki dostałem rano
-> sen trochę ją zregenerował.
18/19.12.2011 -> O 7:44 kładę się spać, a o 12:44 wstaję
- brak ataków - ogólnie rzecz ujmując to urwał mi się film
na te 5 godzin.
Około 17:00
kładę się spać, a o 19:35 wstaję - na samym końcu był atak
na 7 czakrę. Uderzenie w 7 czakrę
odczułem jakby klepnięcie palcami ręki w czubek głowy. We śnie wyglądało to tak: jakiś pająk? spuścił
się na linie -> uderzył mnie w 7 czakrę i szybko uciekł po
niej w górę. Nie jestem pewien czy przypadkiem w którymś
momencie i 4 czakra nie dostała? ale chyba nie? Tak ogólnie
to sprytnie ten byt to wykombinował - uderzył i uciekł.
Obstawiam, że rozproszył mi trochę energii na czakrze
korony... ale do końca nie wiem co się tam stało - wiem
jedynie, że nie było to dla mnie korzystne. Plusem jest to,
że trochę sobie pospałem. Myślę, że mało kto zdałby sobie
sprawę z "normalnych" ludzi, że to był atak "demona". Po raz
kolejny jestem pod wrażeniem ataku, który jest bardzo
niepozorny - dla demona idealny atak to taki gdzie ofiara
nie zorientowała się co się stało.
19/20.12.2011 -> Od około 7-8? kładę się spać, a około 12:30
wstaję -
brak ataków.
O 13:52
kładę się spać, a o 15:36 wstaję - brak ataków.
Od jakiegoś
czasu (1-2 tyg) mniej sypiam w różańcu.
Od około
22:10 do około 22:20 spałem - brak ataków.
20/21.12.2011 -> Od około 22:30? do około 00:30
spałem i chyba mnie zachipowali :( We
śnie była jakaś postać co mi coś montowała koło lewej
łopatki (spałem na prawym boku) i było coś mówione o jakimś
urządzeniu? -> co ciekawe po zamontowaniu tego
czegoś zacząłem się rzucać we śnie, że mnie zachipowali i
aby ktoś mi to wyjął... i ktoś próbował takimi szczypcami to
zrobić (czułem pewien ucisk wtedy), ale nie dał rady -> po
obudzeniu się patrzę czy nie ma tam jakiegoś cięcia i
niestety okazało się, że jest (pod lewą łopatką, przy
kręgosłupie - około dwu centymetrowa rana). Czuje tam i w okolicach pewien ucisk.
Możliwe, że to coś zostało
zamontowane na jakimś poziomie energetycznym? podobnie jak
ta igła jakiś czas temu - na szczęście igłę udało się usunąć
Wiesi healingiem... może i to w ten sposób się uda usunąć?
Tak czy siak na razie zacząłem sam to "usuwać". Na samym
początku wszedłem w tą ranę i owinąłem podejrzany
"kwadracik" bardzo mocno w złoty kokon - a następnie
starałem się go wciągnąć odkurzaczem, ale nie wiem czy się
udało. To była taka moja pierwsza próba, ale po chwili
postanowiłem zrobić to od nowa. Oczywiście wszystko co tutaj
opisuję widziałem przed oczami - z pewnością nie tak jak
widzą to osoby z "otwartym 3 okiem", ale to widzenie
całkowicie wystarcza, aby przyjrzeć się miejscu które zostało
"uszkodzone".
Podejście nr 2: Zamknąłem oczy
i postanowiłem zobaczyć moje plecy: ujrzałem i tam gdzie
powinno być rozcięcie widziałem dziurę, z której zaczęły
wystawać wielkie meduzowe? macki. Wziąłem mentalny miecz do
ręki i zacząłem je ucinać. Oczywiście miałem zapaloną
świeczkę i moi opiekuni byli już wezwani do pomocy.
Poucinane macki wrzuciłem w ogień, a czasem zawijałem w
kokon i przekazywałem do zabrania opiekunom. Następnie
zobaczyłem w tej ranie meduzę, którą udało mi się wyjąć i
zawinąć w kokon itd. (oczywiście bardzo solidnie zawijałem
wszystko w kokon i bardzo ładnie widziałem to przed oczami).
Następnie zobaczyłem macki ośmiornicy wyłaniające się z rany
- wszystkie pociąłem. Później resztę ośmiornicy która
stamtąd wyszła uśmierciłem. Następnie już chyba mogłem
zajrzeć co jest w środku rany. Było tam coś na środku
mechanicznego - niewielkie urządzonko -> zawinąłem je w
kokon i wywaliłem stamtąd. Następnie poprosiłem aniołów,
Boga itd. aby w moją rękę została włożona złota energia i od
środka ranę wypełniałem tym złotem. Gdy skończyłem wypełniać
wnętrze to zacząłem polewać tą złotą energią ranę i okolice
rany. Samo nacięcie dobrze nią spryskałem - nawet miałem
wrażenie jakby rana się zamykała. Na razie skończyłem
healing.
Po pewnej chwili postanowiłem
sprawdzić jak to wygląda. Przyglądam się plecom i widzę
jakby szew na ranie. Postanowiłem ją otworzyć. Patrzę do
środka i nic tam specjalnego nie widzę. Dodałem trochę
złotej energii i wracam do widoku pleców. Zaszywam ranę
złotą nicią i polewam ją złotą energią. Naglę pojawia mi się
z lewej strony ogromne przerażone oko patrzące na moje
plecy. Chciałem się jego pozbyć, ale nie mogłem. Otworzyłem
oczy i wiadomo... wszystko znikło. Może to oko to ten byt,
który zobaczył co zrobiłem i że jego praca poszła na marne?
Mam nadzieję, że moja operacja zakończyła się pełnym
sukcesem, a przynajmniej tak to mniej więcej wyglądało z
mojego punktu widzenia.
Na sam koniec jeszcze
poszedłem do łazienki i postarałem się tyle na ile mogę
zdrapać tą ranę. Jak na razie dalej czuję tam pewien ucisk, no ale
zobaczymy jak to będzie wyglądać w następnych dniach.
Jeszcze około 8:35 na chwilkę
spojrzałem jak to wygląda. Zauważyłem, że ranka jest trochę
rozwalona i jest tam lekko ciemna energia (może mi się
wydawało?) -> tak czy siak zebrałem to do woreczka (idealnie
go widziałem przed oczami) i wrzuciłem w ogień (ogień to
wessał podobnie jakby to zrobił odkurzacz). Następnie
wszedłem do środka i nie widziałem tam niczego złego... aż
tu nagle mi wyskoczył przed oczami widok takiej głowy
"szatańskiego kozła" -> wziąłem to w woreczek i w ogień.
Wypełniłem dodatkowo złotą energią wnętrze rany oraz
zaszyłem jeszcze raz ten otwór i polałem to mocno złotą
energią -> zauważyłem, że rana całkowicie znikła. Po
chwili zobaczyłem przed oczami
kwiatka
z białymi liśćmi. Na początku rozkwitał, później z
powrotem zwijał swoje płatki i tak kilka razy. W między
czasie zmienił się jakby w kwiat lotosu? Tak czy siak ciekawe to
było...
Około 17-18 poszedłem spać, a
o 19:25 wstaję - brak ataków. Chwilę później kładę się
ponownie, a o 22:45 wstaję, gdyż był atak we śnie, który na
szczęście został przerwany w odpowiednim momencie. Możliwe,
że był przy mnie opiekun. Jeszcze co ciekawe w międzyczasie
się obudziłem i spojrzałem na komputer i zamiast niego
widziałem kota. Czyżby koci strażnik?
21/22.12.2011 ->
Około 22? poszedłem spać, wstałem o 1:00 -> brak ataków.
22/23.12.2011 -> Około
3:45? kładę się spać, a o 4:14 wstaję gdyż był atak we śnie.
Jakaś postać wbiła mi w lewą łydkę jakiś sporych rozmiarów
pręt. Co ciekawe podczas samego ataku dwóch policjantów się
na tego kogoś rzuciło, aby go powstrzymać, ale nie dali rady.
Po wstaniu czuję tam dyskomfort - pewien ucisk itp. Nie
czekając zbyt długo zrobiłem sobie tam healing -> dodatkowo
wydychałem z siebie negatywną energię oraz masowałem to
miejsce kryształem górskim.
O 10:57 kładę się spać, a o
12:05 wstaję - brak? ataków. Około 12:42 idę na fotel i
śpię do 3:02 - brak ataków.
23/24.12.2011 -> Nie
wiem o której poszedłem na fotel (trochę przed 00:00?) ale
na pewno o 00:34 wstałem. We śnie raczej na pewno był koło
mnie opiekun, który ostrzegał mnie przed czymś negatywnym...
coś się do mnie złego zbliżało (kosmici?) ale na szczęście
zostałem wybudzony na czas. Następnie za chwilę położyłem
się i usnąłem (nie do końca początkowo miałem to w planach), o 2:30
wstałem - brak ataków. Oczywiście dalej chce mi się spać, ale
wolę nie ryzykować... i tak już trochę się wyspałem. Między
5:15 a 6:30? (nie pamiętam dokładnie) poszedłem spać na fotel,
a o
7:28 wstałem - brak ataków.
24/25.12.2011 -> O 1:45 idę na fotel, a o 6:05 wstaję -
brak ataków. Jeszcze do 6:25 próbowałem spać w łóżku, ale kot
szalał i musiałem wstać ;)
O 14:47
kładę się spać, a o 18:12 wstaję - brak ataków.
25/26.12.2011 -> O 3:23 kładę się spać, a o 3:28 wstaję
- gdy tylko się położyłem to przez moją głowę zaczęły
przepływać negatywne myśli i obrazy. Nawet przekleństwo
usłyszałem głośno w głowie, a po zamknięciu oczu miałem
"negatywne" odczucia na 4 czakrze - te same co jakiś czas
temu gdy zawisła nade mną zjawa. Dobrze, że szybko wstałem.
Około 4:27 obudziłem się z kilku? minutowego snu -
nieświadomie usnąłem przed komputerem - końcówka snu była
podejrzana (potencjalny atak) ale nic mi się nie stało (wybudziło
mnie). Tak z 1-2h przed wstaniem (~10:00) przysypiałem lekko
na fotelu - brak ataków.
O 14:39
kładę się spać, a o 17:11 wstaję - brak ataków.
Około 22
na jakiś krótki czas usnąłem w kuchni (wyłączyło mnie) - na
szczęścia nic mi się nie stało.
26/27.12.2011 -> O 00:00 idę na fotel i bardzo szybko
zasypiam, a o 00:28 wstaję - był atak pocałunkowy, ale jakoś
gładko mnie wybudziło (a właściwie mi to wyglądało na powrót
do ciała). Było też ładnie pokazane jak ze zwykłego snu
przemienił się on w ciemny z negatywnymi postaciami (co
ciekawe nikt mi w tym etapie "śnienia" nic nie zrobił) i po
chwili nastąpił kolejny etap (bardzo jasny i miły) z
pięknymi paniami -> po chwili jedna z nich zaczęła się do
mnie przystawiać, ale jej twarz była taka jakaś brzydka ->
opierałem się i może dlatego mnie gładko wybudziło, a
przynajmniej nie czuję się stratny. Ogólnie ciekawym motywem
jest tutaj zastosowanie podwójnego przejścia. Czyli najpierw
przejście z jasnego snu do ciemnego (gdzie przeważnie już
tutaj powinien nastąpić atak), a następnie z powrotem do
jasnego (z miło wyglądającymi postaciami - gdzie faktycznie
nastąpił atak). W ciemnym śnie odczuwałem strach, a w jasnym
nie. Przypominam sobie, że był jeszcze jeden atak... jakaś
ręka chciała mi coś zrobić, ale bez problemu ją
"obezwładniłem".
Trochę
później poszedłem do łóżka spać, a o 2:28 wstałem z powodu
ataku - na szczęście nic mi się nie stało -> miałem bardzo
silną ochronę.

Widziałem z 10 różnych (jak nie więcej) broniących mnie
"osób" - nie wiem czy wszystkie były prawdziwe, ale
jedna
na pewno była (ogólnie tego typu opiekunów było dwóch, ale nie
wiem czy oboje byli w pełni żywi) - a był to robot taki jaki
jest w filmie "Thor" - ktokolwiek wszedł negatywny w moją
przestrzeń wtedy ten strzelał swoim promieniem i był bardzo
skuteczny.
O 8:25
kładę się spać, a o 11:46 wstaję - brak ataków.
O 12:47
kładę się spać, a o 15:35 wstaję - brak ataków.
27/28.12.2011 -> Od około 00:00 do około 1:15 miałem
prawie cały czas zamknięte oczy i lekko podsypiałem (nie
wszedłem chyba w głębszy sen) i nic specjalnego się nie
działo. O 2:44 idę na fotel, a o 4:30? wstaję z powodu
ataku. Jakiś doktorek coś na mnie eksperymentował. Wiem, że
składało się to z dwóch zabiegów - jeden udało mu się
przeprowadzić (nie mogę sobie przypomnieć co to było), a
drugi nie doszedł do skutku (miał mi wbić w nogę jakieś
urządzenie z długą igłą i miał wyciąć jakąś "żyłkę"?) ale na
szczęście mnie wybudziło. Oj, jak ja nie lubię takich rzeczy.
28/29.12.2011 -> O 19:56 idę na fotel, a o 00:44 wstaję
- raczej brak ataków choć pod sam koniec jakieś dwie
postacie stanęły blisko mnie (szybko się im wymknąłem) oraz
za chwilę we śnie wziąłem mojego kota na ręce (nie pamiętam
czy się wyrywał - ale to był częsty motyw ataku gdy ten byt
podszywał się pod niego) - tak czy siak nie zauważyłem abym
w jakikolwiek sposób oberwał czy coś takiego. Te sytuacje
mogły być potencjalnymi atakami, ale nie wiem czy na 100%
nimi były - tak czy siak ciekawe jest to, że po wzięciu tego
kota na ręce zaraz zostałem wybudzonu - jakby uratowany
przed potencjalnymi szkodami? - możliwe, że wyrzuciłem tego
kota na łóżko i dopiero wtedy mnie wybudziło - nie pamiętam
dokładnie. Tak czy siak czuję się w jednym kawałku :)
Około 9
rano położyłem się na kilka minut i niestety nie
zorientowałem się, że byłem w międzyczasie hipnotyzowany i
byłem wprowadzany w stan między realem a snem. Około 3x
byłem wprowadzony w ten hipnotyczny stan i tyle samo razy
się wybudzałem, ale ostatnim razem wybudziłem się na dobre.
Ogólnie jak wprowadzany jest ktoś w ten stan to on jest taki
"magnetyczny" czyli, że nawet gdy w pewnym sensie się
obudzisz (otwarte oczy itp.) to ma się pewien problem z
powrotem do "reala" tak na 100% (bez stanu hipnozy nałożonej
na głowę). Tak czy siak za ostatnim razem zobaczyłem tego
byta (jakby głowę z tułowiem) jak na mnie leży? lub coś
takiego? było to niewyraźne, ale wydaje mi się, że leżał na
mojej 4 czakrze. Nie było żadnych strzałów ani czegoś
podobnego, ale obstawiam, że troszkę energii mi wytrącił? w
sumie sam nie wiem. Tak czy siak był atak, a ja jako tako
temu bytowi się wyślizgnąłem.
Próbowałem usnąć o 12:45, ale się nie udało. Od razu po
zamknięciu oczu poczułem ucisk w okolicy szyi wraz z jakby
takim nagłym przekrzywieniem głowy (jakby ktoś próbował
skręcić mi kark). Następnie po chwili ponownie zamknąłem
oczy i praktycznie od razu poczułem ucisk na 4 czakrze i
bardzo szybko otworzyłem oczy. Więcej nie próbowałem już
zasypiać. Ogólnie w pokoju miało się wrażenie negatywnej
obecności.
Około
18:30-19:00? (nie pamiętam dokładnie) poszedłem spać gdyż
poczułem, że nikogo nie ma w pokoju, a wstałem o 20:05 -
brak ataków.
O 20:23
kładę się spać (gdyż poczułem, że nikogo nie ma u mnie w
pokoju), a o 23:44 wstaję - gdy się obudziłem
wydawało się, że wszystko jest ok... zmieniłem pozycję na
łóżku i zamknąłem na chwilę oczy i poczułem jakby ktoś się
na mnie położył czy coś w tym stylu (było to negatywne
doznanie - wiadomo o co chodzi) -> od razu otworzyłem
oczy i się ewakuowałem.
29/30.12.2011 -> Około 1:25? usnąłem na fotelu, a
wstałem o 1:40 -> na samym końcu był atak. Otaczało mnie
sporo postaci, w tym ściana z dwóch? stron - jedna z nich
zaczęła mnie szturchać (odczuwalne fizycznie - celowa
prowokacja) i chciała abym ją uderzył (choć nie sugerowała
tego wprost - to był jej ukryty cel) - zrobiłem to i
poczułem się z tym lekko "źle" (próba wywołania we mnie
odpowiednich emocji i reakcji typu "o sorki nic ci nie
jest?" - i odczuwanie zmartwienia itp. - a diabeł się śmieje
w niebogłosy) - i mnie po chwili wybudziło - ogólnie
jak pisałem wcześniej nic mi się specjalnie od tego nie
stało - chociaż na pewno w jakimś małym stopniu wpłynęło to
na mnie negatywnie.
Około
8:00 poszedłem sobie na chwilkę spać, ale od razu we śnie
widziałem mojego "przeciwnika", który próbował mnie atakować
- na szczęście udało mi się w miarę gładko wybudzić. Gdy
sobie leżałem i wpadałem w głębszy relaks to z 1 czy
2x odczułem ucisk na 4 czakrze - ale się w miarę szybko
ewakuowałem - zresztą gdy czuje się ten ucisk to jest się
jakby w takim specyficznym stanie... jakby w transie? sam
nie wiem jak to dokładnie opisać, ale wiem, że trzeba się z
tego stanu szybko ewakuować... im szybciej tym lepiej.
O 14:49
idę na fotel, ale widzę, że wszystko jest ok i o 15:00
przenoszę się do łóżka -> tam jestem do 15:25 i wstaję -
brak ataków. Następnie ponownie kładę się spać (od 16:11 do
20:11) - brak ataków.
Około
22:30 przysypiałem trochę na łóżku (nie wiem dokładnie ile
czasu spałem - może z 15? min.) i nic mi się nie stało -
piszę o tym, bo przed zaśnięciem czułem "dobrą" i "czystą"
atmosferę w pokoju (normalnie lub często czuję pewien
"niepokój", "niepewność" lub np. gdy leżę na łóżku to czuję
jak coś wisi w powietrzu koło mnie lub mniej więcej nade
mną) - a tym razem czułem po prostu, że w pokoju nikogo nie
ma więc szansa na atak (przede wszystkim przy zasypianiu)
była dość mała o ile nie bliska zeru. Niestety przeważnie
nie odczuwam tego "spokoju", ale tak czy siak miło było to
poczuć.
30/31.12.2011 -> Nie wiem dokładnie o której, ale chyba
około 9? zasnąłem na kanapie i obudziłem się o 11:41 -> brak
ataków.
O 14:37
kładę się spać, a o 15:40 wstaję, gdyż zostałem zaatakowany
we śnie przez czarno-białego kota. Sam sen wyglądał tak:
na początku widziałem tego kota będącego pod samochodem ->
auto ruszyło i się mocno przejąłem, aby kot nie został
uszkodzony, ale "na szczęście" nic się nie stało (ta scena,
która właśnie została mi pokazana ma na celu wywołanie we
mnie określonych reakcji jak np. "przejęcie się",
"współczucie", "otworzenie swojego serca" na chęć pomocy
temu kotu, który przecież jest negatywnym bytem! - otwarcie
się mojej czakry na niego jest dla mnie skrajnie niekorzystne - no ale taką sceną mnie początkowo przygotowuje,
aby za chwilę mnie skutecznie wystraszyć). Następnie kot
latał po moim mieszkaniu, a ja chciałem go złapać w ręce
(aby go przytulić itd). Po chwili leżałem na podłodze? a kot
był bardzo blisko mojej 4 czakry - nagle nastąpiło
wybudzenie z automatycznym wystraszeniem się czakry.
Usnąłem
na fotelu o... nie pamiętam o której, ale spałem z 15min?
może więcej? -> wstałem o 21:35 - brak ataków.
Około
23? (nie pamiętam dokładnie) usnąłem na łóżku i wstałem o
23:51 gdyż miałem atak we śnie, który wyglądał tak: pierwszy
demon siedział na ławce (oczywiście wyglądał jak normalny
człowiek) i usiadłem koło niego, ale po chwili zaczął do mnie
"ziugać" (w tym dziwnie wyginać palcami) więc szybko wstałem
i odszedłem. Następnie rozstawione po podwórku postacie
(gwardia przyboczna tego byta?) zaczęły do mnie szybko iść i
mnie "łapać", ale ja szybko reagowałem (wyrywałem się) i
byłem w miarę świadomy tego co się dzieje i po chwili obrony
zostałem wybudzony "w miarę" gładko.
cdn...
Dobry Samarytanin