NASZE DOŚWIADCZENIA

NOCNE ATAKI W ROKU 2010 - LISTOPAD
(CZĘŚĆ 11)
LINK! DO CZĘŚCI 10

LINK! DO CZĘŚCI 12

31.10.2010/01.11.2010 -> (godziny podane już po zmianie czasu o godzinę do tyłu) O 00:10 kładę się spać, a o 7:55 wstaję. Były ataki rozkodowujące (silne wizje przed oczami) przed zaśnięciem, ale udało mi się wyjść z nich mniej więcej bez szwanku. Dodam jeszcze, że podczas tych ataków otworzyłem oczy gdy było bardzo ciemno i jak patrzyłem na swoją rękę, która była spowita ciemnością (bo nie paliłem żadnych lampek w pokoju) to widziałem jak moja wyobraźnia pobudzona do maksimum przez tego byta tworzy na niej "obraz / myślokształt". Działo się to tak samo, jakby tworzyło się to na czarnym ekranie przed zamkniętymi oczami! Było wystarczająco ciemno, aby taka "wizja / obraz" (jak zwał tak zwał) mogła zaistnieć. Oczywiście nie patrzyłem się na to zbyt długo, bo to mocno niebezpieczne (następuje wtedy rozkodowywanie). Ma się również odczucie, że jest to tylko wyobraźnia, myślokształty lub coś w tym stylu. Jakoś nie przypomina mi to wizji z "wyższego wymiaru". Oczywiście taka wizja, gdy jest mocna jest bardzo dobrze widoczna, ale z tego co pamiętam, chyba nigdy nie była rozciągnięta na cały ekran w taki sposób, aby nie było czarnych miejsc, no chyba, że wpadnę w sen... ale mi chodzi o takie wizje, które są wtedy, gdy jestem w pełni świadomy i jednym słowem mam jedynie zamknięte oczy. Ale nie jestem pewien na 100%, że wszystkie "wizje" tego typu nie były rozciągnięte... tak mi się wydaje, że takowych nie było w stanie pełnej świadomości, ale to nie jest 100% pewność. Te wizje są mocno niebezpieczne, gdy się ktoś na nie zagapi. Sam miałbym ochotę sobie na to popatrzeć, bo to w pewnym sensie "ciekawa sprawa", ale nie mniej jednak doświadczenie mnie już nauczyło, że otwieramy oczka, bo inaczej może być "rozkodowanie" i energii wtedy możemy powiedzieć papa. W nocy raczej spokojnie. Może trochę przed wstaniem były pewne próby ataku mojej osoby, ale ogólnie miałem dobrą pozycję i ciężko było mu się do mnie dobrać. Gdy uznałem, że robi się niebezpiecznie po prostu wstałem. Nie mniej jednak nie wyspałem się najlepiej, gdyż spałem w jednej pozycji przez całą noc.

01/02.11.2010
-> O 23:30 kładę się spać, a o 5:03 wstaję. Tym razem (w porównaniu do wczoraj) zapaliłem dwie lampki. Ogólnie standardowo... przed zaśnięciem próbował, ale słabo mu to wychodziło. O 3:25 i 4:42 były ataki we śnie, w których straciłem energię (w obu leżałem na plecach!). Niestety z pozycji brzusznej lub boczno-brzusznej przekręcało mnie nieświadomie na plecy! Muszę coś z tym zrobić! Może jakoś zablokuję sobie możliwość poruszania się? tylko jak? coś wymyślę... Wiem, że pozycja boczno-brzuszna nie daje pełnej ochrony, ale jest przynajmniej 100x lepsza niż leżenie na plecach. O 5:03 się ewakuowałem :/ Dodam jeszcze, że zamiast na lewą rękę nałożyć moją bransoletkę z lapis lazuli, nałożyłem ją na prawdą. Może nie ma to znaczenia, ale wspomnieć nie zaszkodzi. Jak zwykle moja czakra potrzebuje regeneracji... :(

02/03.11.2010
-> O 00:27 kładę się spać, a o 6:29 wstaję. Przed zaśnięciem w miarę luźno. O 3:00 atak (strata energii / pozycja na plecach? lub zbliżona). Następnie o 6:27 (bez straty energii [fart] / pozycja na plecach? lub zbliżona) i tutaj się mocno zastanawiałem czy już się ewakuować, czy jeszcze nie? Niestety podjąłem złą decyzję i postanowiłem zostać w łóżku, aby spać dalej i 2 minuty później oberwałem (leżałem na brzuchu!). Po tym ciosie szybko się ewakuowałem. Ogólnie zauważyłem, że mocno zmieniam nieświadomie pozycję we śnie, jeżeli zasypiam w pozycji brzusznej gdzie moje nogi są ułożone prosto, to jest duża szansa, że się przekręcę. Jutro, jak nie zapomnę, spróbuję jedną nogę kłaść pod kątem 90 stopni (patrz: pozycja w jodze która nazywa się "drzewo") aby zablokować nieświadomą zmianę pozycji, co i tak może mi niewiele dać, ale już brak mi asów w rękawie :/

03/04.11.2010
-> O 00:30 kładę się spać, a o około 6 wstaję (żałuję, że nie wstałem o 3-4 lub najpóźniej o 5-5:30). Od samego położenia się spać miałem bardzo mocną hipnozę! Kilka godzin później, ewakuowałem się do drugiego łóżka w pokoju (chyba około 3? - nie jestem pewien), ale to nic nie dało... O 4:12 już wracałem z powrotem! Znowu tylko 5,5h "snu" (czuje, że w miarę mi to wystarcza... wolałbym więcej godzin spać, ale jest jak jest... a i tak przymierzam się do spania jeszcze krócej... im krócej tym lepiej... tylko abym się "pi razy drzwi" wyspał). Zacząłem też testować "pozycję drzewa", ale te ataki zmusiły mnie abym przestał, więc nie wiem czy nieświadomie przekręciłbym się na plecy czy nie (gdybym zasnął w tej pozycji). Ten byt chyba się dzisiaj wściekł z tą hipnozą! Nie muszę chyba mówić, że jestem dzisiaj przez niego obity :/ Chyba wrócę do palenia kadzideł... jakiś już czas temu zwątpiłem w ich skuteczność, ale chyba warto zacząć robić to ponownie... bo wiem, że one są ok., tylko czasem ten byt może być zbyt silny. Muszę też wrócić do odmawiania modlitwy do fioletowego płomienia, bo ostatnio to zaniedbałem... W ogóle wszelkiego rodzaju modlitwy i wszystko co mogę, muszę jeszcze mocniej wcielić w życie, aby walczyć z tym czymś... nawet jeżeli metody będą mi się wydawać nieskuteczne, to warto próbować do skutku... bo może tak naprawdę pewne rzeczy które robiłem, były nie na rękę temu bytowi, tylko on po sobie tego nie pokazywał, a ja np. zakładałem, że metoda jest nieskuteczna! Będę walczyć... do końca! W ogóle dzisiaj czuję się jakbym dostał kopa w klatę, że tak brutalnie to ujmę. Czuję się tam energetycznie rozwalony. A co do hipnozy, która jest na mnie zakładana, kojarzy mi się z pająkiem, który zawija w kokon swoją ofiarę. Te hipnozy są tak silne, że ja dostaję jakiś "zwidów" przed otwartymi oczami...ekran mi się rozmazuję, gdy próbuję przeciwstawić się zamykającym się oczom! Trzeba uciekać i tyle, ale spać też kiedyś muszę! Kładłem na głowę poświęcone obrazki, krzyż z Jezusem i nawet stukałem tingsha, ale nie zauważyłem jakiegoś "super" efektu. Nie mam lekko... ale na pewno byli ludzie, którzy mieli gorzej więc głowa do góry. Jeszcze dodam, że gorzej się oddycha po takich bęckach... ciężej jest zaczerpnąć głęboko powietrze. Po ostrym laniu 4 czakry oddech staje się taki płytki... Na czakrze czuję takie jakby energetyczne, przechodzące przez czakrę bóle, raz na jakiś czas... Nie wiem o co z tym chodzi... mogę się jedynie domyślać, że czakra próbuje jakoś się poskładać po "tornadzie", ale czy to na pewno o to chodzi to nie wiem... Ja i tak się nie poddam do końca tych ataków... tylko czasem morale spada po takich nocach... chodź moje wciąż nie są takie niskie... tylko czakra boli :(((

04/05.11.2010
-> W trakcie dnia oraz przed zaśnięciem paliłem kadzidełka. Jednym słowem mocno nadymiłem (szczególnie w okolicy łóżka). O 23:30 kładę się spać, a o 8:30 wstaję. Nie dostałem dzisiaj w piernik!

05/06.11.2010
-> Po 21:40 kładę się spać. Oczywiście w dzień jak i przed zaśnięciem paliłem kadzidełka ("myrrh"). Oczywiście dość mocno nadymiłem w pokoju (w szczególności w okolicach łóżka). O 7:33 wstałem, ale ostatnie około 30 minut właściwie już tylko leżałem i niestety, ale na samym końcu (owego leżenia) zapadłem w lekki sen, gdzie zostałem "dziabnięty" w czakrę. Na szczęście, wcześniejsze ataki we śnie były nieskuteczne dla tego byta. Jestem trochę niewyspany mimo 10 godzin "spania / leżenia". Wydawałoby się, że w takim czasie powinienem się bardzo dobrze zregenerować, bo przecież dzisiaj w nocy ataki tego byta były mocno nieskuteczne! ale nic bardziej mylnego! Wyjaśnienie jest proste! Śpię w pozycji, która nie jest dla mojego ciała zbyt wygodna, gdyż domaga się ono spania na plecach!, a ja od kilku dobrych miesięcy (jak nie więcej) sypiam wciąż w pozycjach "obronnych" (na boku lub brzuchu -> ostatnio zdecydowanie przeważa pozycja na brzuchu). Widać tutaj, że pozycja w jakiej się śpi,
jest bardzo ważna aby człowiek mógł się prawidłowo wyspać. W moim przypadku jest to utrudnione przez ciągłe ataki, którym codziennie muszę stawiać opór. Dodam jeszcze, że mniej więcej przetestowałem dzisiejszej nocy pozycję "drzewo" (odnośnie nieświadomego zmieniania pozycji we śnie) i wydaje się, że jest ona skuteczna. Ostatnio (ciężko powiedzieć od jak dawna) śpię z zapaloną lampką świecącą prosto na mnie, ale nie mniej jednak, już dawno temu przestało mi to w jakikolwiek sposób przeszkadzać... chodź oczywiście wolałbym spać będąc pogrążony w ciemnościach, ale obecnie nie czułbym się zbyt komfortowo tak zasypiając. Gdy zasypiam przy zapalonej lampce czuję się odrobinę bezpieczniej, gdyż mam jakieś źródło światła (mimo, iż jest sztuczne) i wolę to, niż miałbym zupełnie po ciemku zostać z tym bytem sam na sam. Nie chce stwarzać mu idealnych warunków do ataków ;) Niech ma chociaż odrobinę pod górkę ;)

06/07.11.2010
-> O 00:00 kładę się spać, a około 7:30 wstaję. Ogólnie spokojnie było przez całą noc, tylko rano chyba leciutko oberwałem i w sumie tyle. Nie ma to jak porządne zadymienie pokoju przed pójściem spać :) Przeważnie rano po takim dymieniu jest dość duszno i trzeba szybko otworzyć okno aby się dotlenić ;)

07/08.11.2010
-> Kładę się o 20:20 (dość wcześnie, ale jakoś chce mi się spać). Oczywiście porządnie nadymiłem więc powinno być dobrze ;) O 2:50, 3:55 i 4:15 były ataki we śnie... ale było ich więcej tylko nie spisałem wszystkich. Trochę energii straciłem, a o 7:50 wstałem. Oczywiście nie wytrzymałem tak długiego "spania / leżenia" w pozycji na brzuchu. Spałem też w pozycji bocznej. Nad ranem leżałem trzymając krzyż na 4 czakrze na plecach. Ataki odbyły się wtedy, gdy nie leżałem na brzuchu (z tego co pamiętam). Rano jak wstałem to bolał mnie kręgosłup od spania na brzuchu... za długo tak leżałem, no ale jest to w miarę bezpieczna pozycja hmm... Denerwują mnie też te kadzidełka. Jak jest za dużo nadymione, to się źle oddycha i czasem kicham, ale porównując siłę ataków gdy się palą kadzidełka i gdy nie są zapalane to wiadomo, że warto trochę pocierpieć wydzielany przez nie dym.

08/09.11.2010
-> O 21:55 kładę się spać. Porządnie nadymiłem w pokoju (oczywiście zawsze priorytetem jest mocne zadymienie okolic łóżka). O 2:16 chyba oberwałem (pozycja na plecach); 6:40 atak we śnie (pozycja nie na brzuchu); 7:10 atak, a o 7:50 wstaję. Były chyba z jeszcze max dwa ataki, ale ich nie spisałem. Mocny był ten atak o 6:40 i czuję się obity przez niego na 4 czakrze. Ciężko jest wyleżeć całą noc na brzuchu. Mój kręgosłup ma już dosyć tej pozycji!

09/10.11.2010
-> O 22:05 kładę się spać. 1:15 atak (pozycja inna niż na brzuchu); następnie jakiś czas później "Anioł Stróż"? ochronił mnie we śnie przed atakiem (przegonił postać w moim śnie, która z pewnością chciała mnie "zaatakować"). 4:20 był kolejny atak (spałem na boku); następnie był atak o 5:26, 5:50, 7:06 (coś tam próbował; wcześniej też, ale już nie spisywałem tego); 7:25 coś było... 7:59 wstaję... Ogólnie nie czuję się jakoś mocno obity... może moc tego byta słabnie? albo ja staję się silniejszy? a może to dzięki paleniu kadzidełek? Tak czy siak,
mimo tak wielu ataków dzisiejszej nocy wcale nie jestem specjalnie poturbowany! jedynie trochę obolały od niewygodnej pozycji na brzuchu... Wiadomo, że troszkę energii straciłem, ale nie jest źle! ;)

10/11.11.2010
-> Co do kadzidełek, to jakoś ostatnio przestaję je palić w ciągu dnia. Skupiam się przede wszystkim na zadymieniu okolic łóżka przed samym pójściem spać. Wypalam wtedy przeważnie 3 kadzidełka jednocześnie, kładąc je tam gdzie zaraz będę zasypiać, a po pewnym czasie, gdy zadymienie moim zdaniem staje się optymalne, kładę je z boku łóżka (na krzesełko) gdzie dalej produkują dym. O 22:35 kładę się spać. Ataki były o: 1:40, 3:06, 4:00, 4:50 (zmiana łóżka / ten sam pokój), 6:48 próba ataku?, a o 8:45 wstałem, ale nie jestem pewien czy nie było jeszcze jakiś ataków pomiędzy 6:48, a moim wstaniem.

11/12.11.2010
-> Jednoznacznie można stwierdzić, że zmiana łóżka w tym samym pokoju kompletnie nic nie daje! O 22:50 kładę się spać. Ataki były o 4:03 (wcześniej chyba też coś było), 4:47, 5:27 (po tym ataku ewakuowałem się do łóżka "obok"), 5:37 kolejny atak -> zmiana łóżka nie pomogła. Nie wiem już jak skutecznie bronić się przed tak podstępnymi i chamskimi atakami! W realu praktycznie nie da się wyczuć tego byta, a na dodatek jest niewidzialny! Jeżeli atak jest w lekkim relaksie albo po prostu w realu, to czuję tylko zadany cios i po ptokach jak to się mówi. Choć jest pewien objaw ostrzegawczy (pewne odczucie) i jak się je czuje, to trzeba natychmiast otworzyć oczy! ale czasem atak jest zbyt szybki, aby odpowiednio zareagować... różnie z tym bywa! Nie jest lekko, ale trzeba robić swoje...

12/13.11.2010
-> O 00:11 kładę się spać. Ataki były o: 4:24, 5:20, 5:56, 6:05 (byłem przy tym ataku kompletnie bez szans! i chyba nie tylko przy tym! i nie tylko dzisiaj!). Po tym ataku postanowiłem się szybko ulotnić, gdyż każdy kolejny atak na czakrę mógłby się zakończyć moim nokautem ;/ Były niby tylko 4 ataki, ale równie dobrze można powiedzieć, że aż 4! Trzeba pamiętać, że atak atakowi nie równy! Jedne są słabsze inne silniejsze! Chyba moim błędem było nie nadymienie kadzidełkami! Wczoraj pisałem, że są pewne objawy ostrzegawcze przed samym atakiem, ale ostatnio często zdarza się tak, że atak jest tak szybki, że ciężko stwierdzić czy był jakikolwiek objaw ostrzegawczy! Czasem są, ale czasem wydaje się, jakby ich w ogóle nie było... jest tylko zadany cios i moje zdziwienie, jak do tego doszło!? No, ale jest jak jest... a łatwo nie jest ;P Obecne ataki na moją osobę są bardzo chamskie i wyrafinowane. Łatwo jest kogoś lać jak jest się niewidzialnym ech...

13/14.11.2010
-> Dzisiaj spałem w małym pokoju, ale ta zmiana kompletnie nic nie dała. Już nie ma znaczenia, w której części mieszkania śpię... i tak, ten byt mnie bez problemu odnajduje. Kiedyś chyba coś to dawało... ale obecnie nie daje to zupełnie nic. O 00:05 kładę się spać. Przed 4 w nocy był jakiś atak, a następnie dwa po 5. Nie mniej jednak było ich więcej, ale nie spisałem ich wszystkich. Nakrywałem się obrazkami Jezusa itd. uderzałem w tingsha, mantrowałem słowo "Bóg", ale efektów brak :( Jak zwykle zostałem obity! Wstałem około 7 rano... więc niewiele spałem, ale to i tak nie zmienia faktu, że aby obić porządnie czakrę wystarczy zadać w nią jeden porządny cios... a przecież ja obrywam w nią każdej nocy więcej niż raz (przeważnie 3-7?... tak na oko)! Trzeba też pamiętać, że ataki różnią się od siebie siłą oraz "zadanymi obrażeniami". Jutro śpię w swoim pokoju i nadymię kadzidełkami że ho! ho! Jak to nic nie pomoże, to już nie mam pomysłów jak stawić temu bytowi skuteczny opór! Moje morale nie jest zbyt wysokie... ale jakoś się trzymam...

14/15.11.2010
-> O 01:10 siedziałem przed komputerem i dostałem cios w 4 czakrę! Jakiś czas temu jeszcze zastanawiałem się, czy te moje odczucia to tylko jakieś objawy kundalini, czy może czakra jest uszkodzona od tych ciągłych ataków i energia sobie z tego powodu po prostu ucieka, ale z dzisiejszej nocy wynika, że to po prostu jest atak... Przypominając sobie "przeszłość" mogę śmiało stwierdzić, że takich "ataków" miałem już na pęczki. Nie jest fajnie, gdy dostaje się w biały dzień (nie mówię o dzisiejszym dniu/nocy) przez niewidzialne moce i nie możesz właściwie zrobić nic, aby się przed tym uchronić :( Co się porobiło już z tym światem he? Około 2 w nocy zapaliłem 5 kadzidełek na swoim łóżku. Jak się można domyślić powstało w ten sposób duuużo dymu. O 03:10 zostałem ciachnięty na szyi! a wciąż jestem przed komputerem! Aż mi spuchło to miejsce! Oczywiście jest to całkowicie normalne że spuchło! ale chce jedynie podkreślić fakt, że dzieje się to wtedy gdy nie śpię... ja nawet nie byłem w łóżku, ani nic z tych rzeczy! Siedziałem przed komputerem i bum! raz w czakrę, raz w szyjkę! Halo! Ja nie śpię! w sumie chyba niewiele takich przypadków miałem? Co do tego "ciachnięcia" to nie ma tam żadnej ranki, tylko odbyło się tam tak jakby przejechanie czymś po skórze (pazurem?) co spowodowało obrzęk w postaci spuchnięcia, co z kolei po chwili wywołało uczucie pieczenia. Poszedłem pokazać to mamie (wiem, że jest późno!) aby dodatkowo uwidocznić jej czemu tak niechętnie chodzę spać! Jest już 5:12 nad ranem i czas się położyć... zobaczymy jak będzie... w całym pokoju czuć mocno kadzidełka... może coś pomogą... zaraz się okaże... -> dno... od kadzidełek to ja się prawie nie udusiłem ;) a co do ataków to tylko zamknąłem oczka i już były... wstałem o 9:38 i czuję się porządnie sprany na czakrze :( Nie wiem już... brak mi pomysłów na obronę... może pomoże woda święcona? albo tona czosnku? a może święcona sól? Nie wiem... nie mam już siły... czuję się jak worek treningowy, który był obijany cały dzień przez bokserów... ale muszę to wszystko wytrwać... chodź nie jest łatwo... właściwie z miesiąca na miesiąc jest coraz trudniej... jakoś to będzie... z moich snów wynika, że będzie w swoim czasie oczyszczenie tych ataków... tylko ile mi jeszcze przyjdzie na to czekać? oto jest pytanie... Nie mniej jednak warto mieć tą silnie ugruntowaną nadzieję lub można by to nazwać wiedzą, która dodaje sił w tym przedziale czasu, w jakim się obecnie znajduję. PS. nad ranem praktycznie już nic nie ma w miejscu wczorajszego "ciachnięcia".

15/16.11.2010
-> O 2:57 kładę się spać. Już o 4:20 dostaję bęcki... następnie ten sam scenariusz odbył się o 5:30 i to z kilka razy? Miałem już wstać, ale zapomniałem o tej myśli na chwilkę i zostałem błyskawicznie zahipnotyzowany w taki sposób, że byłem jak "bezbronna kukła", która nie była niczego świadoma! i na deser jeszcze dodatkowo małego bęcka zarwałem, o ile nie dwa bęcki. Moja czakra ma zdecydowanie dosyć! Zabieram się za porządną modlitwę, bo dłużej już tego nie wytrzymam! Otaczanie się światłem, polewanie się krwią Jezusa, odmawianie na głos Koronki do Miłosierdzia Bożego (LINK!), modlitwa do fioletowego płomienia odmawiana na różańcu (wcześniej nie odmawiałem tego na różańcu), świeczki, kadzidełka itd. Muszę zacząć mocniej tak pracować, bo mnie rozszarpie i dużo ze mnie nie zostanie... i kto będzie uaktualniać stronę? więc wybaczcie, ale idę się modlić... bo cóż mi pozostało hę? Powiem Wam szczerze, że po zrobieniu tych "modlitw" itd. zrobiło mi się jakoś tak lepiej na duszy... szczególnie po "Koronce do Miłosierdzia Bożego"... ale nie wiem czy to co zrobiłem wystarczy... mam pewien niedosyt... chyba jeszcze trochę muszę popracować... i tak zrobię! jakby coś, będę robił to do skutku... zobaczymy kto pierwszy wymięknie... jakby chociaż te ataki choć odrobinę osłabły, to będzie już wielki sukces... zobaczymy jak to się potoczy... wracam do swoich obowiązków "modlitewnych"... PS. nie kładłem się już spać... wolałem nie kusić losu...

Dodam jeszcze, że około 21 poszedłem się kąpać i jak na moje oko byłem bardzo mocno hipnotyzowany... temat ataków już mnie coraz mocniej męczy... cały mój dzień się kręci wokół tego... ale w sumie to zrozumiałe... a wracając do kąpieli to, po wielominutowej walce, aby się otrząsnąć z hipnozy w końcu usnąłem (a raczej zostałem zahipnotyzowany) i prawie się "utopiłem"... (mocno zachłysnąłem się wodą itd.)... a na dodatek po wyjściu z wanny znalazłem dwa ciachnięcia (widoczne / jedno z nich było bardzo małe, a drugie znacznie większe) na szyi... chyba jakieś nowe? Już chyba nie muszę dodawać, że moja czakra była w między czasie atakowana... no i to dziwne pojawiające się odczucie w okolicach 4 czakry itd... wszystko jest jasne...

Idę zaraz do swoich modlitw... bo co mi niby pozostało... nie spać całą noc? a i tak to nie gwarantuje bezpieczeństwa... naprawdę mam już tego dosyć... ale nie mogę sobie nacisnąć magicznego guziczka, który by to wszystko zakończył... trzeba być cierpliwym i robić swoje... ale czasem brakuje mi już sił do tego wszystkiego... ech...

16/17.11.2010
-> (zapaliłem przed zaśnięciem jedno kadzidełko + świeczkę / świeczek w ogóle sporo palę... szczególnie w dzień...) O 00:20 kładę się spać. Równo o 03:00 jest o dziwo nie taki silny atak. Postanawiam odmówić Koronkę do Miłosierdzia Bożego i gdy skończyłem (03:11) to chwilkę po zamknięciu oczu usłyszałem dziwny dźwięk jakby ich mowę? i ten dźwięk był dla mnie czymś na kształt ataku rozkodowującego, który mnie "otworzył" i straciłem przy tym trochę energii. Odmówiłem następnie na różańcu modlitwę do fioletowego płomienia (33x) i postanowiłem o 3:22 wstać, bo wiedziałem, że nie ma sensu już się kłaść i zamykać oczka aby dostać w piernik.

Dzisiaj dostałem cynk od pewnej osoby abym zrobił: "ekadaszi" (który akurat występuje dzisiaj / 11 dzień księżycowy). Pierwszy raz o tym wyjątkowym dniu usłyszałem właśnie przed chwilką ;) Wysłuchałem instrukcji i mam zamiar spróbować. Przed wschodem słońca który się zaczyna tego dnia o 6:59 mam powiedzieć, że będę pościć (pełny post / bez jedzenia i picia) 24 godziny aby uczcić ekadaszi. Następnie lekko po wschodzie słońca muszę się wykąpać lub wziąć prysznic. Oczywiście wiadomo, że kąpać się już nie będę, aż te wszystkie ataki miną... jedynie prysznic wchodzi w grę. Nie chcę zostać utopionym biorąc kąpiel tak jak mogło to mieć miejsce wczoraj. W pewnym sensie myślałem, że może spać mi się chce i chyba sobie wmawiałem, że to nie jest hipnoza. Niemniej jednak zachłyśnięcie się wodą (nie byle jakie) uświadomiło mi dobitnie z czym się mierzę. Hipnozę to oni mają silną, więc nie ma co ryzykować biorąc kąpiele. Wezmę prysznic i muszę dokładnie się obmyć (z góry na dół) zczyszczając z siebie cały "brud" (taki prysznic oczyszczający). Podczas tej czynności należy odmówić modlitwę:

"O Asvakrante! O Rathakrante! O Visnukrante! O Vasundhare! O Mrittike! O Mother Earth! Please destroy all my sinful reactions accumulated from previous lifetimes."

Można sobie wydrukować obrazek Kriszny albo Wisznu, aby lepiej wczuć się w klimat tego dnia. Warto też oglądać wideo o tej tematyce np. to jest dość dobre: LINK! (niestety ale link jest nieaktywny). Jeszcze przed zakończeniem postu muszę powiedzieć, że go zakańczam no i nie objadać się od razu tylko zjeść coś lekkiego i to chyba byłoby na tyle instrukcji... ale to i tak się chyba tyczy tylko tego dnia... ale i tak warto o tym wspomnieć... a może coś pomoże? oby...

Jest już 8:31, a ja mam bardzo silne przekonanie, że moja 4 czakra jest już od jakiegoś czasu atakowana... właściwie jestem tego praktycznie pewien... nie będę mówił na 100% że tak jest, ale moim zdaniem w granicach 99%... Można to stwierdzić po objawach na 4 czakrze oraz po hipnozie! Nawet w dzień już mnie muszą męczyć...

9:27 -> Przed chwilą trochę się pomodliłem (między innymi odmawiałem "Trzy modlitwy do Jezusa") itd... nałożyłem różaniec na szyję, zapaliłem kadzidełko i dymiłem nim wokół siebie... świeczki to standard... zapalę zaraz taką fioletową... one są mocne... zauważyłem, że wcześniej ten byt atakował (ale mało) również 3 czakrę. Po tych modlitwach itd. zauważyłem, że nie mam takich mini dziabnięć w czakrę... Nie mniej jednak wciąż jeszcze hipnotyzuje... no zobaczymy jak to się potoczy... muszę więcej czasu spędzać na modlitwach... dla lepszego efektu...

Mam nową dostawę wody święconej... już sobie nią kropie głowę i 4 czakrę... w ogóle spędzam dzisiaj sporo czasu z różańcem na szyi... i chyba tak już zostanie... zawsze coś tam pomoże... mniej czy więcej...

17/18.11.2010
-> O 23:09 kładę się spać. Miałem tym razem przy sobie wodę z Lourdes (trzymałem ją w okolicy 4 czakry)!!! Co ciekawe praktycznie dzisiaj nic nie oberwałem! Może to też zasługa, że pokropiłem (wodą święconą wziętą z kościoła w moim mieście) głowę i 4 czakrę. Tak czy siak, na pewno jutro będę miał ten niewielki "flakonik" z wodą przy sobie... Dodam jeszcze, że gdy kładłem się spać nie czułem się najlepiej od tego postu. Prosiłem zatem Boga, aby chodź trochę tej nocy mnie oszczędził, ale ostatecznie dodałem "Nie moja wola lecz Twoja Ojcze niech się stanie". Tak czy siak, moja mama weszła do mnie o 5:50 i mnie trochę wystraszyła pojawieniem się u mnie w pokoju. Ogólnie rzecz ujmując ten byt był w moich snach, ale tak jakby nie mógł się zbytnio do mnie dobrać... piszę zbytnio, bo zadał mi pewne minimalne straty, ale jest to kropla w oceanie strat jakie zadawał mi każdej nocy, więc jest dobrze! O 7:50 zakończyłem post i poszedłem coś zjeść. Po około 10min wróciłem do spania gdyż czułem się bezpiecznie oraz nie odczuwałem żadnej hipnozy ze strony tego byta. Oczywiście trzymałem cały czas blisko siebie moją nową super wodę z Lourdes!!! Wstałem ponownie o 10:25 i czuję się w miarę wypoczęty! a to się tak rzadko zdarza!!! Mam nadzieję, że już tak zostanie... byłoby super... zobaczymy jutro!

I jeszcze jedno! Dzisiaj miałem sen jak unosiłem się w pokoju! U mnie zawsze tego typu sen oznacza oczyszczenie jakiejś sprawy! Czyżby chodziło o te ataki!? Wygląda na to że tak!

18/19.11.2010
-> O 00:35 kładę się spać. Nie mogłem znaleźć świeczki więc dzisiaj jej nie zapalałem. Wodę z Lourdes położyłem koło 4 czakry oraz skropiłem sobie głowę i 4 czakrę wodą święconą (tą z kościoła) i położyłem ją koło głowy. Domyślam się, że woda z Lourdes nie straciła swoich właściwości... tylko prawdopodobnie wczoraj nie ona mnie tak dobrze chroniła. To co mnie chroniło wynikało prawdopodobnie z mojej prośby o dzień wolny, gdyż byłem na pełnym poście i nie najlepiej się czułem. Dzisiaj myślałem, że owa woda mnie ochroni w taki sam sposób jak wczoraj, ale tak się nie stało. Nie wiem na ile chroni owa woda... ale i tak będę ją mieć przy sobie, gdy będę kłaść się spać. Przed zaśnięciem były ataki na 4 czakrę... minimum 2 dziabnięcia, ale pewnie było ich więcej. O 3:55 atak ale mały? O 3:58 dobitka na 3 lub 4 czakrę. W tym momencie użyłem wody święconej z kościoła i skropiłem nią siebie oraz łóżko. 5:10 oberwałem lekko w 3 lub w 4 czakrę (trudno stwierdzić w którą dokładnie). 5:25 atak chyba w 4 czakrę. Następnie już tylko sobie leżałem i o 5:32 wstałem. Moja czakra jest tak mniej więcej średnio obita... Nie spodziewałem się, że dzisiaj będą bęcki... powinienem chyba wcześniej wstać.. bo robiłem dzisiaj trochę za worek treningowy... no, ale regenerować się przez sen jakoś też muszę... nie mogę wiecznie nie spać... hmm...

19/20.11.2010
-> O 00:26 kładę się spać. O 00:31 zaczyna się "zabawa"... gdy zamykam oczy zaczynam doznawać lekkich ataków na 4 czakrę... Następnie o 2:55 zostałem zaatakowany i zwiałem do małego pokoju gdzie również dostałem jeszcze kilka razy! Wstałem dopiero o 11:05? bo jakoś tak już później te ataki ustąpiły na tyle, że można było trochę w miarę spokojnie poleżeć, ale i tak czakra kwiczy (nie czuje się dobrze po atakach) :/

20/21.11.2010
-> O 01:41 kładę się spać. Od razu skropiłem wszystko wodą święconą + obrazki na mnie i wokół mnie + pozycja embrionalna z plecami przy ścianie, ale i tak już o 01:50 miałem atak! taki bez większych szkód, ale już ten byt się dobijał do mnie. Ogólnie cała noc była jakaś taka spokojna. O 09:01 wstałem i chyba właśnie wtedy jeszcze leciutko oberwałem :(

21/22.11.2010
-> Jest już 22:30, a od około 30min mam wrażenie, że ten byt próbuje mnie hipnotyzować... może sobie to wkręcam, ale chyba jednak nie... na wszelki wypadek pokropiłem się wodą święconą i o dziwo poczułem się troszkę lepiej, a może mi się tylko tak wydaje? Jak wiemy ten byt i w biały dzień nie ma problemów aby mnie atakować, więc moje przeczucie o zakładaniu mi hipnozy prawdopodobnie jest całkowicie słuszne. O około 00:40 skropiłem ponownie siebie wodą święconą + łóżko... uderzałem też przez jakiś czas w tingsha + w tym momencie puszczam dźwięki gongów z komputera. O 02:51 położyłem się spać. Dwa słoiki ze święconą wodą położyłem koło głowy dla ochrony itd. Chyba nie było ataków przed zaśnięciem? Dopiero o 6:59 przyłapałem atak we śnie, gdzie straciłem energię. Może w ogromnym skrócie opiszę jak to wyglądało. Domyślam się, że ta postać już była w moim śnie od pewnego czasu. Pod sam koniec snu, mój sen zrobił się bardzo ponury i praktycznie wszystko przybrało kolor czerni. Nagle nastąpiło stwierdzenie słowne w stylu "i wszyscy zginiecie", a następnie nastąpiło mocne trzaśnięcie drzwiami po to, aby w błyskawiczny sposób mnie otworzyć i zabrać mi energię. Oczywiście udało się to temu bytowi. Po szybkim wstaniu po tym zajściu odczuwam jeszcze pewne pozostałości po hipnozie? Dobrze, że szybko wstałem, a nie poszedłem dalej spać, bo prawdopodobnie na tym jednym ataku dzisiejszej nocy by się nie skończyło. Nie był to miły atak, ale lepszy jeden niż dwa... czy więcej...

22/23.11.2010
-> Dostałem dzisiaj specjalną przesyłkę ;) w której znajduje się pobłogosławiona przez egzorcystę sól w małych kryształkach i w normalnej postaci ("typowa sól kuchenna"). Dostałem też 3 małe kawałki tybetańskich kadzidełek. Najmniejsze to "manjushri" (mocno oczyszcza), a dwa większe (które podzieliłem sobie w sumie na 5 części) to "shambala incence", które używane są w buddyjskich świątyniach. Przetestuję dzisiejszej nocy ten "towar" i zobaczymy czy coś pomoże... Sól w kryształkach wsypałem do małej szklaneczki i położyłem ją w okolicach głowy. Odrobinę soli tej w drobnej postaci wetrę (nasączając ją wcześniej odrobinę wodą, aby się lepiej "przykleiła") w czubek głowy, 3 oko, skronie, 4 czakrę i ewentualnie 3 czakrę oraz wezmę trochę jej na język. Wypalę też jedno kadzidełko... może zacznę od tego silnie oczyszczającego. Również skropiłem siebie jak i łóżko wodą święconą. Około 22:10 gdy siedziałem przed komputerem chyba ten byt próbował mnie zahipnotyzować? Raczej tak... no ale cóż... kuku mi nie zrobił... O 22:40 kładę się spać. Miałem też dwa słoiki z wodą święconej położone w okolicy głowy. Prawdopodobnie o 5:19 i 7:25 były słabe ataki. Wiem, że ktoś był w moich snach, tylko nie wiem czy to był ten byt, czy opiekun... a może oboje? O 7:30 wstałem. Czuję pewne lekkie bęcki na czakrze ale to pikuś w porównaniu z tym jak czasem obrywałem. Nie wiem na ile to zasługa soli itd. ale będę prowadził w tym zakresie dalsze testy...

23/24.11.2010
-> Zapomniałem przed zaśnięciem wypalić mojego tybetańskiego kadzidełka, ale ładnie nasmarowałem się "solanką" oraz skropiłem łóżko jak i siebie wodą święconą. O 00:40 kładę się spać. O 4:03 we śnie jest ten byt i odczuwam od niego ogromne zło, aż cała moja osoba jest nim przesiąknięta do szpiku kości, ale niemniej jednak nie wydaje mi się abym stracił energię czy coś takiego? O 5:40 wyczuwam tego byta we śnie i zauważyłem co się święci i dlatego 5 minut później postanowiłem wstać. PS. zauważyłem, że ostatnio częściej dostawałem, jak spałem w pozycji bocznej, gdy byłem brzuchem skierowany do ściany (brzuch prawie przylega do ściany / aby zabezpieczyć 4 czakrę). Dlatego staram się spać non stop na brzuchu, ale już o 5:40 się trochę zmęczyłem tą pozycją więc, aby się nie przekręcać i dodatkowo nie narażać na atak postanowiłem wstać. Obecnie siedzę sobie w różańcach na szyi... tak na wszelki wypadek... a może się przydadzą... Wydaje mi się, że sól pomaga...

Dodam jeszcze, że czasami w biały dzień dla większego bezpieczeństwa zakładam na szyję swoje dwa różańce. Mam wtedy taką cichą nadzieję, że uchroni mnie to przed hipnozą. Jak na razie przeprowadziłem za mało "testów" w różańcach (w biały dzień) aby powiedzieć na ile mnie to ochrania, ale na obecną chwilę uważam, że na pewno w jakimś stopniu jestem dodatkowo chroniony.

24/25.11.2010
-> Przed położeniem się spać natarłem się solanką, użyłem kilka razy tingsha, wypaliłem zaległy kawałek tybetańskiego kadzidełka, pokropiłem siebie i łóżko wodą święconą itd... O 1:26 kładę się spać... obłożony obrazkami + trzymając krzyż w ręku itd.. Nie zauważyłem żadnej hipnozy w trakcie zasypiania! To już nie pierwszy raz w tym tygodniu! O 3:25, 5:10 oraz 7:30 (czy o 8:30?) były drobne ataki. Wstałem o 8:36. Niby 3x oberwałem, ale tak lekko. W miarę udana noc!

25/26.11.2010
-> O 23:11 kładę się spać. 3:34, 4:05, 5:34, 5:39 -> były ataki -> o tej 5:39 czułem się taki "zamotany" więc postanowiłem wstać... poużywałem tingsha, zapaliłem świeczkę, posypałem solą 7 czakrę oraz łóżko + na język jej trochę nałożyłem, otworzyłem też okna aby trochę świeżego powietrza dopuścić (zgasiło to dość szybko moją świeczkę, którą zapaliłem w między czasie). O 5:47 ponownie się kładę spać. Oczyściłem jeszcze trochę aurę (mogłem zrobić to trochę dokładniej). Pokropiłem też łóżko i siebie dodatkowo wodą święconą. Obłożyłem się dokładnie obrazkami itd. O 7:25 moja mama spytała się czy może wejść do pokoju i poczułem w tym momencie spory ruch energii na 4 czakrze :( Nie wiem czy straciłem tą energię, ale raczej nie było to nic dobrego. Jak już pisałem najmniejsza taka rzecz może spowodować takie cyrki jeżeli jest się pod "ostrzałem" (pewnego rodzaju stan zamulenia / hipnozy -> podatności na wystraszenie / na otwarcie / na stratę energii). O 7:49 wstałem.

26/27.11.2010
-> O 2:00 kładę się spać... wiadomo... sól, kropienie wodą święconą itd... co do "nacieraniem się święconą solą", to nie robiłem dzisiaj typowej "solanki" (mocno rozpuszczona sól w wodzie mineralnej) tylko postanowiłem zrobić to w taki sposób, aby było widać gródki soli, a na dodatek zamiast używać do tej "czynności" wody mineralnej użyłem dzisiaj wody święconej... Byłem jeden raz zaatakowany, ale nie spisałem o której godzinie (chyba około 5-6?). Nie był to zbyt silny atak. Około 9 wstałem.

27/28.11.2010
-> O 1:00 kładę się spać. Wydaje mi się, że nie było dzisiaj ataków? Nad ranem trochę się przekręciłem na bok i coś mi tam nie pasowało, ale jak się zorientowałem, że nie leżę na brzuchu, to szybko ten błąd naprawiłem. Poleżałem do 8:00 i wstałem, bo jakoś nie czułem się do końca "bezpiecznie" aby spać dalej... ale chcąc nie chcąc bardzo udana noc. PS. skropiłem również wodą święconą kołdrę którą się przykrywam... oraz sól porozsypywałem tu i ówdzie... ogólnie ta metoda z wodą święconą i solą wydaje się bardzo skuteczna.

28/29.11.2010
-> Około 3:45 kładę się spać. O 5:55 w babci w pokoju spadły jakieś "kwiatki?" i powstał przy tym duży huk i mnie to zdarzenie rozkodowało (otworzyło), co spowodowało u mnie stratę energii. Teraz wielu ludzi może pomyśleć, że to jakaś paranoja co ja piszę... coś spadło, wystraszyłem się i co ma to wspólnego z atakiem? a no ma i to dużo... gdy ten byt przebywa "nad tobą" lub "koło ciebie" to jego celem jest "otworzenie cię" bo musi jakoś ukraść energię. Takie zdarzenie jest dla niego "zbawienne", bo bardzo ułatwia mu to zadanie. W mig wykorzystuje sytuację i obraca ją na swoją korzyść. Trzeba trochę podoświadczać ataków aby to zrozumieć. Ja ich doświadczam już długo i mam trochę doświadczenia w tym temacie, więc wiem co mówię, ale dla "laika", który nigdy nie doświadczał takich rzeczy może być to kompletnie "niezrozumiałe", co doskonale rozumiem. Muszę podkreślić jedną ważną rzecz, że te "ciemne moce" są bardzo, ale to bardzo inteligentne o czym ludzie zapominają i obstawiają, że są mądrzejsi niż ta siła. Sam z tą siłą się mierzę więc czasami widzę prawdziwy geniusz w przeprowadzonym ataku. Jest to takie wyrafinowane i bezczelne, że czasem nie do uwierzenia. Jego największym sukcesem jest to gdy zaatakuje cię, ukradnie ci energię, a ty nie będziesz wiedzieć, że w ogóle coś się stało. Nawet nie połączysz tego z atakiem. Jak miałem ataki, gdzie widziałem latające ciemne energie czy "zjawy"? z rozdziawionymi "ryjami" próbujące mnie wystraszyć, to łatwo było stwierdzić, że jest to atak, ale już gdy wygląda to tak, że nikogo nie widzisz, jest jakiś sen lub malutkie zdarzenie i nagle tracisz energię to możesz nie połączyć tego z atakami i w przyszłości nie będziesz przed takim czymś się bronić. Ciemnej sile właśnie o to chodzi! Abyś się nie bronił! Abyś nie był świadomy co się dzieje! Abyś nie mógł uwierzyć w to, co się dzieje! Abyś nawet nie był w stanie się domyśleć co się dzieje! Abyś zaprzeczał temu co widzisz, czujesz itd. Abyś traktował to jako koszmar czy po prostu zły sen. Aby twój umysł wymyślił sobie jakiekolwiek wytłumaczenie, tylko abyś tego nie wiązał z atakiem! Trzeba przyznać, że geniusz "ciemnych mocy" jest ogromny i ja to potwierdzam... to wyrafinowanie... ta przebiegłość... ta bezduszność... po prostu godna podziwu, gdy patrzeć oczami kogoś skrajnie złego. Kolejny atak był o 7:36 gdzie topiłem się we śnie (brakowało mi powietrza i nie zdążałem wypłynąć na powierzchnię) i wtedy pojawiają się dokładnie te uczucia które mnie "otwierają" i po chwili jest po ptokach! Przecież to istny geniusz! Mało kto zorientowałby się, że to atak! Może z 0,01% ludzi pomyślałaby, że coś jest nie tak! Większość nie zwróciłaby nawet na to uwagi! Powiedziałaby, że miała jakiś głupi sen i poszłaby spać dalej! Tylko nie wiem czy "zwykli" ludzie doświadczyliby tego typu ataku. Moim zdaniem jest to trochę wyżej zawieszona poprzeczka. Łatwiej jest stwierdzić, że jest to atak, gdy widzimy tego który nas atakuje, ale właśnie o to chodzi abyś nie wiedział, że to jest atak! Abyś w ogóle nie wiedział co się dzieje! Największym sukcesem "czarnego" jest gdy w niego nie wierzysz!!! Koniec kropka!!! A ludzie zbyt często zapominają o jego przeogromnej inteligencji!!! To wszystko nie jest takie łatwe, jak może się wydawać. Sam fakt pisania o tym i ujawniania czegoś, co ludzie odbierają jako choroba psychiczna itd. nie jest dla mnie łatwe, ale niemniej jednak jest mi dane tego doświadczać i czuję na sobie moralny obowiązek ujawnienia tego jak to wygląda. Pamiętam jak był kiedyś odcinek w "Rozmowach w toku" o takich przypadkach ludzi, którzy byli atakowani przez "ciemne moce". Oczywiście psycholog nie uznawał, że to może dziać się naprawdę tym samym robiąc krzywdę zaproszonym ludziom, którzy nie umieli sobie poradzić z tą niecną siłą. Jeden gość doświadczał ataków zjawy przez 17 lat!!! i też miał atakowaną 4 czakrę!!! Na pewno nie jestem jedyny, który tego doświadcza... ja po prostu chyba jako jedyny tak dokładnie to spisuję! Właśnie po to, aby był solidniejszy dowód na "nocne ataki"! Jakbym spisał to kilka razy, to mało kto by się nad tym zastanowił... ale jak spisuje się to już ponad rok i to dzień w dzień, to już coś musi w tym być... a jakie wnioski kto wyciągnie, to już jego sprawa. O 7:36 była jeszcze mała próba ataku, a o 7:40 się ewakuowałem. Czuję się w miarę wyspany (4 godziny snu) ale też trochę obity chodź można powiedzieć, że były tylko 2,5 ataku na moją czakrę... ale w tym dwa silne i jeden bardzo słaby. Jeszcze tylko dopiszę, że aby pojąć moje obecne ataki jest mocno wymagane czytanie moich doświadczeń od samego początku, bo czytanie np. od tego miejsca może być dla kogoś zupełnie niezrozumiałe. To jak zacząć czytać książkę od połowy i nie rozumieć czemu się w niej akcja tak toczy i niby z czego to wynika? Jakby się czytało książkę od początku, to na pewno akcja tam rozgrywająca się miałaby sens :) PS. wypaliłem tej nocy ostatnie moje "mini" tybetańskie kadzidełko.

29/30.11.2010
-> Kładę się o 00:35... wstaję o 9:35... coś tam oberwałem... na dodatek kręgosłup mnie znowu boli od leżenia tyle godzin w jednej pozycji... choć zdarzało mi się mimowolnie przekręcać na bok, co nie zawsze kończy się dla mnie dobrze... tak czy siak kolejna noc "zaliczona"... jedną mniej ;)

cdn...

Dobry Samarytanin