|

Od kiedy sięgam pamięcią, zawsze miałam poczucie jakiejś dziwnej
więzi
ze
światem duchowym. Nikt o tym wtedy nie rozmawiał, była tylko zwykła
katechizacja
w szkole, która niekiedy sprowadzała się do wkuwania trudnych i
niezrozumiałych
dogmatów na pamięć. Ten okres wspominam, jako sztywne ramy, w które
wkomponowane
był religijne obrzędy, przeżywane zewnętrznie bez szczególnego
zaangażowania uczestników. Czas płynął, niekiedy natrafiałam na
artykuły o duchowości, to jednak
było wszystko za mało.
Po pewnym czasie natrafiłam na czasopisma ezoteryczne: tygodnik "Gwiazdy mówią", oraz miesięcznik " Wróżka". Ich lektura otworzyła mi
nieco oczy na świat spirytualny, ale jawił mi
jakiś enigmatyczny, jakby nie dla mnie. Zawsze towarzyszyło mi
przeczucie, że tą drogą
mogą podążać wybrani ludzie i po trosze im zazdrościłam.

Czas płynął i jak się potem przekonałam było to z korzyścią dla
mnie. Moja uśpiona
dusza zaczęła się powoli budzić. Ten okres
wspominam bardzo niemile. Targały mną
na przemian
lęki i tęsknota. Nie wiedziałam co się dzieje. Czasami ogarniał mnie
taki paniczny strach, że bałam się wyjść z domu, by wykonywać
codzienne obowiązki.
Leczenie farmakologiczne nie przynosiło
pożądanych efektów, wiec lekarze zalecili
mi ziołowe preparaty
uspokajające.
I wtedy po raz pierwszy sięgnęłam po miesięcznik
"Poradnik
uzdrawiacza". Jakimś dziwnym zbiegiem okoliczności natrafiłam na
niego
kupując codzienną prasę. Przeczytałam go jednym tchem od deski
do deski. To trochę otworzyło mi oczy na procesy zachodzące u
i rozprowadzała fale
gorąca w kierunku tułowia i kończyn dolnych. Fizycznie czułam się
bardzo źle, towarzyszyło mi ogromne wyczerpanie energetyczne. Byłam
tak zmęczona niekiedy, że najchętniej przeleżałabym cały dzień w
łóżku. Ale i tym razem przyszedł mi
z pomocą ten miesięcznik. Otóż
był w nim zawarty ranking najpopularniejszych polskich uzdrowicieli
.Wtedy postanowiłam skorzystać z ich pomocy. Jakaś wyższa siła
prowadziła mnie wtedy, bo zadzwoniłam do bioenergoterapeutki
dyplomowanej Zdzisławy Wawrzyniak (przyjmuje
do dnia dzisiejszego w Lesznie). Uzdrowicielka po zapoznaniu
się najpierw telefonicznie z moimi problemami zaczęła pracę nad moim
biopolem. Najbardziej mi pomogły wizyty u niej, ponieważ zasiliła
mnie energią, dzięki której zaczął się u mnie
proces oczyszczania
psychiki.

Przed moimi oczami zaczęły się przewijać bardzo bolesne wspomnienia,
zranienia.
Wszystko musiałam jeszcze raz przerobić, aby pozbyć się tego na
zawsze. Wtedy naprawdę
od pewnego czasu poczułam się lepiej, zaczęłam odczuwać emocje z
tego przeciwnego bieguna, a wiec radość, zadowolenie. To była jednak
przedwczesna radość. Nie wiedziałam
co mnie czeka, gdy energia przesunie się wyżej, w okolice mojego
zablokowanego serca.
Wtedy dopiero ma miejsce prawdziwe oczyszczanie, takie czyśćcowe.
Miałam wrażenie,
że oczyszczam całą karmę, wszystkie poprzednie wcielenia.

Cały ten proces poprzedzały sny. W jednym z nich ukazał mi się żółty
wąż skierowany
ku górze. Teraz wiem, że była to energia kundalini
wyrażona przy pomocy tego symbolu.

Pełne przebudzenie czakry pierwszej i drugiej przebiegało raczej
spokojnie, bez większych niespodzianek. Więcej kłopotów przysporzyła
mi czakra trzecia, dopiero pełny balans tej czakry (splotu
słonecznego) spowodował u mnie wyciszenie i pozbycie się lęków, a
także sensacji ze strony układu pokarmowego. Ale prawdziwa walka
była dopiero przede mną. Energia spirytualna w moim ciele
przemieściła się w okolice czakry czwartej. Teraz miało nastąpić jej
całkowite oczyszczenie i zbalansowanie. Cały ten proces duchowy
poprzedziło pasmo tragicznych wydarzeń w moim życiu. Teraz z
perspektywy czasu widzę, że było to konieczne, aby ten proces był
kompletny.

Blisko siedem lat temu w kwietniu zmarł tragicznie mój brat, cztery
miesiące po
jego
śmierci moja mama miała wypadek, w wyniku którego poważnie został
uszkodzony kręgosłup. Diagnoza lekarska brzmiała jak wyrok: tetraparesis czyli
porażenie czterokończynowe.
W najlepszym wypadku miał być wózek inwalidzki,
w najgorszym obłożne
leżenie i w perspektywie pół roku życia. Jak by tego było mało,
człowiek, który zapewniał mnie o wielkim uczuciu i deklarował pomoc
w każdej sytuacji postanowił wycofać się ze składanych obietnic.
Stwierdził, że to będzie mu przeszkadzało robić karierę zawodową. I
tak zostałam sama, przyjaciele zaczęli się wycofywać, jakoś
nigdy
nie mieli czasu. Rodzina jak rodzina coś tam pomogła, zastanawiając
się przy tym
za co spotkała nas taka kara Boska. Wtedy całkowicie
rozpadł się mój dom. Bezradność ojca tylko przytłaczała, wszystko
spoczęło na moich barkach. Rzeczywiście nieraz towarzyszyła mi
podczas tych trudnych dni myśl, że Bóg mnie opuścił. Całe dnie
płakałam, nie panowałam w ogóle nad tym. Łzy same płynęły mi z oczu.
Znalazłam
się na samym dnie rozpaczy.

Musiałam zrezygnować ze swoich marzeń, porzucić myśl o pięknej
przyszłości
w innym miejscu zamieszkania. Była to potężna lekcja
pokory wobec ludzi i wobec
Stwórcy. Wtedy uświadomiłam sobie jakim
marnym i nikłym prochem jestem. Myślałam,
że Bóg zupełnie o mnie
zapomniał. Myliłam się jednak. Operacja mamy zakończyła
się sukcesem
, potem długie lata rehabilitacji przyniosły pożądany efekt.
Wreszcie stanęła
o własnych siłach. Opieka nad nią w tej ciężkiej
chorobie wyzwoliła u mnie głębsze pokłady miłości i współczucia.
Również moje wizyty w szpitalu uświadomiły mi jak wielką wartość ma
wsparcie i słowa otuchy pod adresem wszystkich pacjentów. I tak
powoli czakra serca zaczęła się u mnie otwierać. Ale ile musiałam
się nacierpieć, żeby ją zbalansować to tylko sam Bóg wie. Gdy w
mojej rodzinie zaczęła
się z powrotem odradzać stabilizacja, ja zaczęłam bardzo podupadać
na zdrowiu.

Zaczęły się ogromne kłopoty z układem krążenia. Moje serce po prostu
szalało.
Wydawało mi się, że pewnego dnia wyskoczy mi z piersi. Do tego
dochodziły ogromne
skoki ciśnienia. Raz miałam ok. 200/100, by za jakiś czas zmniejszyć
się do 100/60. Również
jakimś uderzeniu. Ręce mi siniały. Obwódki na paznokciach miałam
granatowe. Innym razem palce stawały się kredowo - białe jakby
opalizujące. Tak było naprzemiennie. Usta miałam zsiniałe. Wszyscy
myśleli, że mam poważną chorobę serca i nawet lekarze mnie leczyli
lekami nasercowymi, które nic nie pomagały. Po ich zażyciu groziła
mi bradykardia. Lewa ręka
mi drętwiała. W głowie ogromny ucisk i
straszny szum. Z trudnością utrzymywałam równowagę. Nieraz mnie tak
zachwiało,
jak bym była pod wpływem środków
odurzających. Miałam wrażenie, że
to nie jest moje ciało.

Najwięcej sensacji miałam zawsze w kościele. Byłam cała mokra od
potu, myślałam,
że się stopię. Nogi miałam jak z gliny. Nieraz ich nie czułam, szłam
jak na szczudłach. Zdarzały mi się zamroczenia. Innym razem było mi
tak potwornie zimno, że trzęsłam
się cała przy wysokiej temperaturze w pomieszczeniu. I co ciekawe
nikt mi tego nie
był w stanie wytłumaczyć. Lekarze twierdzili, że to nerwy po moich
przeżyciach tak się rozchwiały. Miałam wykonane kompleksowe badania,
które nic nie wykazały. Zaczęto
mnie (dzięki Bogu, że nie czymś
innym) ziołami leczyć na nerwy. To trochę przynosiło
ulgę. Nie mniej sensacji dostarczało mi samo serce. Nie dość, że
waliło jak oszalałe,
to dochodziły potężne kłucia i taki uścisk, że nieraz nie mogłam
złapać tchu. Bolała
mnie cała lewa strona tułowia. Ale te doświadczenia były tylko
przedsionkiem czyśćca
(tak nazywam całkowicie
przebudzenie czakry serca). Dopiero duchowe oczyszczanie
tego organu jest straszliwym bólem, przy którym ból fizyczny jest
tylko małą kropelką goryczy. Bo ból duchowy to ból duszy, a to jest
straszne cierpienie.

cdn...
3 list. 2008
Maria
|