NASZE DOŚWIADCZENIA

MOJE WEJŚCIE NA ŚCIEŻKĘ
DUCHOWEGO ROZWOJU

(CZĘŚĆ 1)
LINK! DO CZĘŚCI 2

 

Od kiedy sięgam pamięcią, zawsze miałam poczucie jakiejś dziwnej więzi ze światem duchowym. Nikt o tym wtedy nie rozmawiał, była tylko zwykła katechizacja w szkole, która niekiedy sprowadzała się do wkuwania trudnych i niezrozumiałych dogmatów na pamięć. Ten okres wspominam, jako sztywne ramy, w które wkomponowane był religijne obrzędy, przeżywane zewnętrznie bez szczególnego zaangażowania uczestników. Czas płynął, niekiedy natrafiałam na artykuły o duchowości, to jednak było wszystko za mało. Po pewnym czasie natrafiłam na czasopisma ezoteryczne: tygodnik "Gwiazdy mówią", oraz miesięcznik " Wróżka". Ich lektura otworzyła mi nieco oczy na świat spirytualny, ale jawił mi jakiś enigmatyczny, jakby nie dla mnie. Zawsze towarzyszyło mi przeczucie, że tą drogą mogą podążać wybrani ludzie i po trosze im zazdrościłam.

Czas płynął i jak się potem przekonałam było to z korzyścią dla mnie. Moja uśpiona dusza zaczęła się powoli budzić. Ten okres wspominam bardzo niemile. Targały mną na przemian lęki i tęsknota. Nie wiedziałam co się dzieje. Czasami ogarniał mnie taki paniczny strach, że bałam się wyjść z domu, by wykonywać codzienne obowiązki. Leczenie farmakologiczne nie przynosiło pożądanych efektów, wiec lekarze zalecili mi ziołowe preparaty uspokajające. I wtedy po raz pierwszy sięgnęłam po miesięcznik "Poradnik uzdrawiacza". Jakimś dziwnym zbiegiem okoliczności natrafiłam na niego kupując codzienną prasę. Przeczytałam go jednym tchem od deski do deski. To trochę otworzyło mi oczy na procesy zachodzące u i rozprowadzała fale gorąca w kierunku tułowia i kończyn dolnych. Fizycznie czułam się bardzo źle, towarzyszyło mi ogromne wyczerpanie energetyczne. Byłam tak zmęczona niekiedy, że najchętniej przeleżałabym cały dzień w łóżku. Ale i tym razem przyszedł mi z pomocą ten miesięcznik. Otóż był w nim zawarty ranking najpopularniejszych polskich uzdrowicieli .Wtedy postanowiłam skorzystać z ich pomocy. Jakaś wyższa siła prowadziła mnie wtedy, bo zadzwoniłam do bioenergoterapeutki dyplomowanej Zdzisławy Wawrzyniak (przyjmuje do dnia dzisiejszego w Lesznie). Uzdrowicielka po zapoznaniu się najpierw telefonicznie z moimi problemami zaczęła pracę nad moim biopolem. Najbardziej mi pomogły wizyty u niej, ponieważ zasiliła mnie energią, dzięki której zaczął się u mnie proces oczyszczania psychiki.

Przed moimi oczami zaczęły się przewijać bardzo bolesne wspomnienia, zranienia. Wszystko musiałam jeszcze raz przerobić, aby pozbyć się tego na zawsze. Wtedy naprawdę od pewnego czasu poczułam się lepiej, zaczęłam odczuwać emocje z tego przeciwnego bieguna, a wiec radość, zadowolenie. To była jednak przedwczesna radość. Nie wiedziałam co mnie czeka, gdy energia przesunie się wyżej, w okolice mojego zablokowanego serca. Wtedy dopiero ma miejsce prawdziwe oczyszczanie, takie czyśćcowe. Miałam wrażenie, że oczyszczam całą karmę, wszystkie poprzednie wcielenia.

Cały ten proces poprzedzały sny. W jednym z nich ukazał mi się żółty wąż skierowany ku górze. Teraz wiem, że była to energia kundalini wyrażona przy pomocy tego symbolu.

Pełne przebudzenie czakry pierwszej i drugiej przebiegało raczej spokojnie, bez większych niespodzianek. Więcej kłopotów przysporzyła mi czakra trzecia, dopiero pełny balans tej czakry (splotu słonecznego) spowodował u mnie wyciszenie i pozbycie się lęków, a także sensacji ze strony układu pokarmowego. Ale prawdziwa walka była dopiero przede mną. Energia spirytualna w moim ciele przemieściła się w okolice czakry czwartej. Teraz miało nastąpić jej całkowite oczyszczenie i zbalansowanie. Cały ten proces duchowy poprzedziło pasmo tragicznych wydarzeń w moim życiu. Teraz z perspektywy czasu widzę, że było to konieczne, aby ten proces był kompletny.

Blisko siedem lat temu w kwietniu zmarł tragicznie mój brat, cztery miesiące po jego śmierci moja mama miała wypadek, w wyniku którego poważnie został uszkodzony kręgosłup. Diagnoza lekarska brzmiała jak wyrok: tetraparesis czyli porażenie czterokończynowe. W najlepszym wypadku miał być wózek inwalidzki, w najgorszym obłożne leżenie i w perspektywie pół roku życia. Jak by tego było mało, człowiek, który zapewniał mnie o wielkim uczuciu i deklarował pomoc w każdej sytuacji postanowił wycofać się ze składanych obietnic. Stwierdził, że to będzie mu przeszkadzało robić karierę zawodową. I tak zostałam sama, przyjaciele zaczęli się wycofywać, jakoś nigdy nie mieli czasu. Rodzina jak rodzina coś tam pomogła, zastanawiając się przy tym za co spotkała nas taka kara Boska. Wtedy całkowicie rozpadł się mój dom. Bezradność ojca tylko przytłaczała, wszystko spoczęło na moich barkach. Rzeczywiście nieraz towarzyszyła mi podczas tych trudnych dni myśl, że Bóg mnie opuścił. Całe dnie płakałam, nie panowałam w ogóle nad tym. Łzy same płynęły mi z oczu. Znalazłam się na samym dnie rozpaczy.

Musiałam zrezygnować ze swoich marzeń, porzucić myśl o pięknej przyszłości w innym miejscu zamieszkania. Była to potężna lekcja pokory wobec ludzi i wobec Stwórcy. Wtedy uświadomiłam sobie jakim marnym i nikłym prochem jestem. Myślałam, że Bóg zupełnie o mnie zapomniał. Myliłam się jednak. Operacja mamy zakończyła się sukcesem , potem długie lata rehabilitacji przyniosły pożądany efekt. Wreszcie stanęła o własnych siłach. Opieka nad nią w tej ciężkiej chorobie wyzwoliła u mnie głębsze pokłady miłości i współczucia. Również moje wizyty w szpitalu uświadomiły mi jak wielką wartość ma wsparcie i słowa otuchy pod adresem wszystkich pacjentów. I tak powoli czakra serca zaczęła się u mnie otwierać. Ale ile musiałam się nacierpieć, żeby ją zbalansować to tylko sam Bóg wie. Gdy w mojej rodzinie zaczęła się z powrotem odradzać stabilizacja, ja zaczęłam bardzo podupadać na zdrowiu.

Zaczęły się ogromne kłopoty z układem krążenia. Moje serce po prostu szalało. Wydawało mi się, że pewnego dnia wyskoczy mi z piersi. Do tego dochodziły ogromne skoki ciśnienia. Raz miałam ok. 200/100, by za jakiś czas zmniejszyć się do 100/60. Również jakimś uderzeniu. Ręce mi siniały. Obwódki na paznokciach miałam granatowe. Innym razem palce stawały się kredowo - białe jakby opalizujące. Tak było naprzemiennie. Usta miałam zsiniałe. Wszyscy myśleli, że mam poważną chorobę serca i nawet lekarze mnie leczyli lekami nasercowymi, które nic nie pomagały. Po ich zażyciu groziła mi bradykardia. Lewa ręka mi drętwiała. W głowie ogromny ucisk i straszny szum. Z trudnością utrzymywałam równowagę. Nieraz mnie tak zachwiało, jak bym była pod wpływem środków odurzających. Miałam wrażenie, że to nie jest moje ciało.

Najwięcej sensacji miałam zawsze w kościele. Byłam cała mokra od potu, myślałam, że się stopię. Nogi miałam jak z gliny. Nieraz ich nie czułam, szłam jak na szczudłach. Zdarzały mi się zamroczenia. Innym razem było mi tak potwornie zimno, że trzęsłam się cała przy wysokiej temperaturze w pomieszczeniu. I co ciekawe nikt mi tego nie był w stanie wytłumaczyć. Lekarze twierdzili, że to nerwy po moich przeżyciach tak się rozchwiały. Miałam wykonane kompleksowe badania, które nic nie wykazały. Zaczęto mnie (dzięki Bogu, że nie czymś innym) ziołami leczyć na nerwy. To trochę przynosiło ulgę. Nie mniej sensacji dostarczało mi samo serce. Nie dość, że waliło jak oszalałe, to dochodziły potężne kłucia i taki uścisk, że nieraz nie mogłam złapać tchu. Bolała mnie cała lewa strona tułowia. Ale te doświadczenia były tylko przedsionkiem czyśćca (tak nazywam całkowicie przebudzenie czakry serca). Dopiero duchowe oczyszczanie tego organu jest straszliwym bólem, przy którym ból fizyczny jest tylko małą kropelką goryczy. Bo ból duchowy to ból duszy, a to jest straszne cierpienie.

cdn...

3 list. 2008

Maria