NASZE DOŚWIADCZENIA

MOJE WCZESNE LATA
(CZĘŚĆ 1)
LINK! DO CZĘŚCI 2

Aby opisać moje doświadczenia cofnę się w miarę do początku odkąd pamiętam. Opiszę je od strony doświadczeń religijnych. Rodzice choć wierzący, do kościoła nie chodzili. Za to mama mojego ojca była bardzo wierząca, ale w ten taki cichy sposób. Uwielbiałam do niej jeździć, bo uczyła mnie modlitwy, w pokoju miała obraz Matki Boskiej z taką wieczną lampką co mi dawało poczucie wielkiego bezpieczeństwa. Chodziłam z nią do kościoła i pamiętam jak wielką radością i dumą napawało mnie to, że mogłam śpiewać: "Maryjo, Królowo Polski. Jestem przy Tobie, pamiętam, pamiętam."

Zawsze to śpiewali na zakończenie mszy. Babcia Marta uczyła mnie tej miłości do Maryi do Boga, tłumaczyła, że trzeba być dobrym, aby nie zasmucać Jezusa, a wszystko w taki cudownie dobry, spokojny sposób.

Mieszkaliśmy z rodzicami w suterenie, razem z bratem mojej mamy i jego żoną oraz babcią. Rodzice i ja z siostrą w jednym pokoju, w drugim ciocia z wujkiem, a w kuchni babcia. Sytuacja często była napięta o co nie trudno w takim natłoku ludzi, zero intymności, pokoje przechodnie. Starsi wstydzili się mieszkania w suterynie. Do kościoła nikt nie chodził. Ja zaczęłam jak poszłam do szkoły. Wtedy jeszcze chodziło się do salek przy kościele. Kiedy poszłam do pierwszej komunii dzień był potwornie zimny, wiało, coś tam padało, a ciemna strona krążyła i drążyła.

Modliłam się o nawrócenie moich rodziców, o zgodę i miłość w rodzinie. W "nagrodę" nie mogłam dosiedzieć do końca mszy, bo musiałam do ubikacji i ominęło mnie wręczenie pamiątek z komunii. Niewiele, ale wtedy dla mnie cała ta uroczystość miała bardzo wielkie znaczenie więc te parę minut straconych było dla mnie koszmarem. Po mszy robiliśmy zdjęcia przed kościołem. Robił nam je znajomy mojej mamy, nie tylko zresztą nam, ale tylko na naszych zdjęciach otacza nas pełno szarych palm, większych, mniejszych jakby nas obsiadły pszczoły. Mama oczywiście powiedziała fotografowi, że chyba robił te zdjęcia na starym filmie, a on powiedział, że innym też robił zdjęcia, ale tylko nasze są takie i on nie wie dlaczego. Po przyjściu do domu ciąg dalszy uroczystości, ale nie dla mnie. Dostałam gorączki, a moje usta paliły ogniem, zrobiło mi się pełno bąbli na zewnątrz i wewnątrz ust takich bolesnych, że nie umiałam się nawet nic napić, a co dopiero zjeść.

Były słodkości tzn. tort i leguminy (w tamtych czasach to było naprawdę święto),, ale dopiero jak powiedziałam sobie: dobrze Panie Jezu, nie potrzebuję nic prócz Ciebie, nie będę jadła tych słodkości, niech to będzie taki mały dar dla Ciebie za to, że Ty dałeś mi siebie, wtedy wszystko zniknęło tak jak się pojawiło: i gorączka i bąble. Później oczywiście spędzałam czas w kościele, chodziłam na religię, śpiewałam w chórku, czytałam lekcje i śpiewałam psalmy i tak sobie wzrastałam.

Z tamtego czasu wieku tak 6-8 lat pamiętam, że miałam dużo koszmarnych snów, zrywałam się w nocy więc tata zainstalował w pokoju taką różową lampkę, która paliła się całą noc. Jeden sen szczególnie często wracał i był koszmarny; śniło mi się takie czerwone światło, pulsujące, które było coraz bliżej i bliżej, coraz większe i większe, a w końcu coś na mnie spadało, jakby wielkie poduszki, jedna na drugą spadały mi na twarz i się dusiłam. Budziłam się z krzykiem i cała zlana potem. Potem kładłam się modliłam do anioła stróża do Matki Boskiej i pomału zasypiałam. Dopiero niedawno przyszła mi taka myśl, że ściągałam na siebie tą agresję rodziców i wujostwa (stąd ten czerwony kolor) i to mnie dusiło.

 

Kiedy do naszego kościoła miał przybyć Jasnogórski obraz (nie pamiętam, który to był rok, ale miałam chyba 9 lat), wieczorem ok. godziny 21.30 przyszła do nas katechetka (do nas, do domu!!! - nikt do nas nie przychodził, to była suteryna, poziom 0) i powiedziała, że zostałam wybrana do tego, by ten cudowny obraz powitać w naszym kościele, przyniosła mi tekst powitania, żebym się go nauczyła na jutro. Nauczyłam się, a jakże. Całą noc byłam podekscytowana. Ja, witać Matkę Boską, cudowny obraz! To było dla mnie wielkie przeżycie. Poczułam się wyróżniona przez Maryję.

Kiedy opowiedziałam o tym babci Marcie ona powiedziała, że Maryja kocha swoje dzieci i czuwa nad nimi. Następne wyróżnienie ze strony Maryi spotkało mnie w 1982 roku, kiedy to do naszego kościoła przybyła kopia figury Matki Boskiej Fatimskiej, poświęconej przez naszego papieża Jana Pawła II w Fatimie. I przybywała do nas, by zostać na zawsze. Do dzisiaj jest w tym kościele. Znowu zostałam wybrana do powitania tej figury w naszym kościele. Przeżywałam to bardzo. Nie myślcie, ze to było nic takiego. Ludzie tacy jak my, rodzice nie chodzący do kościoła, raczej biedni ludzie to się nie liczyło. Ale Matka o mnie pamiętała. Ja o niej też. Codziennie biegłam do Kościoła do tej cudownej figury i modliłam się w różnych intencjach, a ona uśmiechała się do mnie i patrzyła z czułością. Czasem jej tłumaczyłam, że wstyd mi, że tak ciągle do niej przychodzę i o coś proszę, ale wiedziałam, że ona mnie wysłucha.

Przemawiała do mnie, słyszałam wyraźnie jak mówiła, że zawsze mogę do Niej ze wszystkim przyjść, ale wydawało mi się to tak nieprawdopodobne, a ja sama taka niegodna, że nikomu o tym nawet nie wspomniałam. Ale zawsze byłam bardzo szczęśliwa kiedy się to zdarzało i czułam wielki spokój. W ogóle tendencja w nauczaniu kościoła była taka, żeby ludzi wystraszyć i ja byłam taka wystraszona tym ogniem piekielnym, tym, że jesteśmy tak nieczyści i niegodni. Kochałam bardzo Boga, ale się go bałam. Choć w moim sercu czułam, że to nie tak, miałam takie przebłyski światła, że to nie może być prawda, że Bóg jest tak dobry i czuły. No jednak ciemni nie spali i wykorzystywali mój lęk. Zastraszali mnie jak mogli. W domu było piekło. Ojciec pił, awanturował się. Nikt się nie przejmował mną i moimi przeżyciami więc chowałam je głęboko w sercu. W końcu wujek z ciocią się wyprowadzili, mama z tatą "dojrzeli" do rozwodu i też się wyprowadzili. Zostałam tylko ja i babcia.

Zostały mi ostatnie dwa lata podstawówki więc nie chciałam się wyprowadzać. Z babcią było mi dobrze. Jeszcze wtedy pracowała, więc często byłam sama w domu, bo pracowała do późna. Któregoś dnia było ok. godz. 18 siedziałam w pokoju, babcia w pracy, patrzę, a tu jakaś ciemna postać przebiega przez pokój. W pierwszej chwili pomyślałam, że to kot wskoczył przez okno, ale rozejrzałam się, a ta postać, a może i dwie krążyły wokół mnie. Włosy mi stanęły dęba. Wystraszyłam się tak, że nie umiałam się ruszyć. Chyba zwariowałam; takie były moje pierwsze myśli, ale te postaci krążyły po pokoju, coraz bardziej zmniejszając swą odległość ode mnie. Wstałam, ubrałam się i pędem wybiegłam z domu. Pobiegłam do babci pracy, ale po drodze się modliłam. Na szczęście mogłam trochę posiedzieć u babci na zapleczu (to była restauracja), niestety babcia miała pracować do rana, bo akurat było wesele.

Więc wróciłam do domu, modląc się cały czas. W domu już nie było nikogo. Odetchnęłam. Niedługo potem zdarzyło się, że napaliłam w piecach (mieliśmy piece) i położyłam się na drzemkę. Babcia "wpadła" z pracy na chwilę jak mówiła i zupełnie nie wiedziała dlaczego. Kiedy przyszła do domu już wiedziała. Mieszkanie było kompletnie zaczadzone tzn. pokój w którym spałam (przy dobrej pogodzie, w piecach normalnie się paliło) no a ja śpiąca w tym czadzie prawie bym zasnęła na wieki. Oczywiście byłam struta jak nie wiem co.

 

Byłam zawsze bardzo samotna choć serdeczna dla ludzi. Pomagałam każdemu jak umiałam i w czym tylko umiałam. Za to tylko spotykały mnie kopniaki. Nieraz płakałam i jeśli pamiętacie taką bajkę Pszczółka Maja to jest tam taki obrazek jak Maja płynie na liściu, z oka spływa jej łza i jest taka samotna. Wtedy też tak się czułam. Miałam silne poczucie sprawiedliwości i umiałam mówić prawdę. Ale jakoś tak było, że widziałam sprawę z każdej strony i często "pokazywałam" ludziom to czego nie widzieli. Byłam lubiana, ale chłopaka nie miałam.

Jeden powiedział mi, że jestem za dobra i szkoda mnie na kogoś takiego jak on. Drugi też mi to powiedział, że jestem o wiele bardziej u góry. Nie rozumiałam ich. Chciałam mieć przyjaciela, chłopaka, nie byłam ani zarozumiała, ani wyniosła, a oni mi mówią, że jestem za dobra? Później to częściowo zrozumiałam, stawiałam wysoko poprzeczkę jeśli chodzi o prawdę, sprawiedliwość, dobroć, wyrozumiałość, pomoc. A oni chcieli żyć bez stresu, bawić się. Ja też się bawiłam, lubiłam tańczyć, śpiewać, spędzaliśmy mnóstwo czasu ze znajomymi rozmawiając, śmiejąc się, ale moje morale były wysoko pociągnięte. Szanowali mnie za to jaka jestem, ale sami nie chcieli się zmieniać.

Zmieniłam szkołę, pomału przeprowadzałam się do mamy, ale ona już poukładała sobie świat i nie za bardzo było w nim miejsce dla mnie. Bolesne i trudne miałam dzieciństwo. W większości przepełnione cierpieniem. Wtedy modlitwa była moją odskocznią, ucieczką. Ale byłam samotna, widziałam, że inni żyją inaczej, brakowało mi wsparcia. Tak właściwie nikogo nie obchodziłam. Było mi bardzo ciężko. Zawsze zdana na siebie. To ja jeszcze starałam się pomóc tam gdzie widziałam, że potrzeba pomocy. W szkole średniej poznałam mojego męża, zapragnęłam dziecka, ale tak, że sama nie raz zastanawiałam się skąd takie pragnienie. A to mój syn chyba już tak mocno się wybierał, że to nie do opisania.

Kochałam go od początku. Mówiłam do niego, śpiewałam piosenki zanim się urodził. Byliśmy tak zżyci, że chyba nawet nie bardzo chciał się urodzić. Ochrzciłam go i oddałam Matce Bożej. Kiedy był już troszkę większy i więcej rozumiał mówiłam mu, żeby pamiętał, że oprócz mnie ma Matkę Boską. Nadal bardzo Ją kochałam i powierzałam swoje troski, ale stopniowo coraz rzadziej chodziłam do kościoła, aż przestałam. Nikt nie chodził, nikt się nie modlił. Zostałam sama. Modliłam się zawsze, ale do kościoła przestałam chodzić. Pan Bóg na szczęście mnie nie zostawił. Kiedy Damian miał iść do komunii wróciłam i odkrywałam Boga na nowo. Wciągnęłam się do grupy czytających, Damian został ministrantem. W kościele byłam szczęśliwa, w życiu nie. Nie chodzi o kościół jako taki, ale mogłam tam być w ciszy z Bogiem.

Z czasem wiele rzeczy się przekierunkowało, przewartościowało. Oczywiście w moim mniemaniu byłam wielkim grzesznikiem, nie umiałam na siebie patrzeć inaczej. Bardzo cierpiałam. Zaczęły się dziać we mnie i wokół mnie dziwne rzeczy. Potrafiłam odbierać czy ktoś o mnie myśli, co ode mnie chce, jeszcze zanim do mnie zadzwonił czy napisał. Pomału odsunęłam się od życia towarzyskiego. Zanurzyłam się w modlitwie. Potrafiłam się modlić wiele godzin nie wiedząc o tym. Czas nie istniał. Kończyłam modlitwy o 2 w nocy, kładłam się spać i za parę minut byłam budzona: "Dziecko, potrzeba mi Twej modlitwy." Matka Boska często prosiła mnie w nocy o modlitwę za kogoś. Nigdy Jej nie ujrzałam, ale słyszałam Jej głos.

Potem wstawałam o 6 rano i znów się modliłam. Często w czasie wieczornej modlitwy wokół unosił się zapach kwiatów, najczęściej róż albo widziałam całe naręcza kwiatów. Raz jakieś fioletowe dzwonki, innym razem róże, innym razem lilie. Przychodziła do mnie Mała Tereska. Raz ukazał mi się Pan Jezus, tylko głowa w brocząca krwią spod korony cierniowej i powiedział do mnie trzy razy: "za mało pokuty, za mało pokuty, za mało pokuty." Modliłam się jeszcze więcej. Za grzeszników, za nieprzyjaciół. Pościłam często. Modliłam się wszędzie, nawet w pracy kiedy miałam wolną chwilę szłam w ustronne miejsce i się modliłam. W czasie modlitwy widziałam też światła: białe, biało złote i najczęściej zielone i fioletowe.

Postanowiłam pojechać do Krakowa do Łagiewnik. Nie pamiętam już niektórych dat, ale zaczęło się to tak w 1998 roku. Pojechałam do tych Łagiewnik do Jezusa Miłosiernego. Zupełnie nie wiedziałam gdzie i jak jechać. Kiedy wyjechałam przy lotnisku w Balicach wezwałam Maryję: Matko jadę do twego Syna, nie wiem gdzie jechać, poprowadź mnie. I zajechałam bez problemu pod sam klasztor. Wtedy jeszcze nie było sanktuarium, tylko ten mały kościółek przy klasztorze. Klęczałam przed wejściem do niego i odmawialiśmy koronkę do Miłosierdzia Bożego. Błagałam Jezusa o wybaczenie moich grzechów. Wtedy usłyszałam jak do mnie mówi: "Ja już Ci wybaczyłem."

Byłam szczęśliwa, ale żeby nie było zbyt prosto diabeł wpędzał mnie w skrupuły, ciągle czułam się winna i niegodna. Niemniej jednak wróciłam stamtąd bardzo szczęśliwa, powtarzając sobie ciągle usłyszane słowa. Chciałam porozmawiać o moich doznaniach z księdzem. Próbowałam z kilkoma rozmawiać, ale mi powiedzieli, że mam uważać, bo to diabeł mnie zwodzi, że Bóg tak nie mówi do byle kogo, że trzeba być świętym, a i to trzeba uważać na diabelskie pokusy, żeby nie popaść w pychę. Jaką pychę? Byłam zdruzgotana. Spotęgowali jeszcze mój strach przed ciemnymi. Poszłam kiedyś do kościoła. Tam jest taka mała kapliczka przed wejściem do konfesjonału z Jezusem Miłosiernym. Klęknęłam i zaczęłam się modlić, odmawiałam koronkę do Miłosierdzia Bożego.

Wtedy usłyszałam: "Twoje serce jest dla mnie pięknym cyborium." Rozejrzałam się, nikogo ze mną nie było. Znowu ten sam głos: "twoje serce jest dla mnie pięknym cyborium." Pomyślałam, kto do mnie mówi i co to jest cyborium? Nie znam tego słowa. Zauważyłam, że było mi tak jakoś błogo i w kapliczce zrobiło się bardzo jasno. Dopiero po jakimś czasie udało mi się znaleźć to słowo: cyborium - z łac. ciborium - czara, kielich, w chrześcijaństwie - puszka, naczynie do przechowywania hostii oraz komunikantów. To Jezus do mnie przemówił.

Był rok 1999 kiedy tak bardzo zanurzyłam się w modlitwę, ale też bardzo cierpiałam duchowo i fizycznie. Nie wiedziałam co się ze mną dzieje. W czasie modlitwy zalewała mnie fala ognia i trawiła moje serce, czasem całe ciało.

Pamiętam jak tak płonęłam to wychodziłam na dwór, tam 15 stopni mrozu, a ja wychodziłam w samej bluzeczce, że by się ochłodzić. Mimo tego gorąca moja temperatura zwykle wynosiła 36-36,5. Czasem zdarzyło się więcej tzn. 37,4 tyle było najwięcej, a w moim ciele szalał ogień. Kiedy modliłam się za nawrócenie grzeszników i przepraszałam za moje winy wtedy właśnie trawił mnie ogień i bardzo cierpiałam wewnętrznie, duchowo, ale wiedziałam, że jest to ogień oczyszczenia i cieszyłam się, że Bóg mnie wysłuchuje. Oczywiście ciągle przeżywałam wielkie rozterki, że jestem nikim, że niby dlaczego ja? Ludzie wokół patrzyli na mnie dziwnie, ale ja nie mogłam się od tego uwolnić. Nie raz płakałam i wołałam: Boże, dlaczego, dlaczego tyle cierpienia? Siedziałam w wannie, myjąc to obolałe ciało, a On mówił: Wytrzymaj drogie dziecko, wytrzymaj. Cierpienie szlifuje serce jak diament. Do wielkich rzeczy Cię przeznaczyłem. " Mało jadłam, spałam na podłodze, bo nie umiałam leżeć na łóżku. Moi bliscy patrzyli na mnie z przerażeniem, ze zdziwieniem?

 

Mąż mówił, że jestem stuknięta, że co ja sobie wyobrażam, że świata nie zbawię. Nie pomagały moje tłumaczenia, prośby, nie robiłam nikomu nic złego, przestały mnie tylko pociągać imprezy, alkohol, fałsz, obgadywanie. Chciałam prawdy i światła i było mi to dane choć bardzo cierpiałam.

W tym cierpieniu napisałam parę wierszy:



1.
Nadzieja jest zawiedziona
I wiara zdaje się nie wierzyć
Bo im zabrakło Miłości,
Promyczka światła, który by rozgrzał
To serce ciepła pragnące.
Noc zawładnęła duszą
I dręczy bez końca, bez końca...
Ach życie, jakąś jest udręką
Świecie - zasłaniasz blask słońca.
Wiaro ma nie upadaj,
Wzbudzam w sobie nadzieję,
Bym Miłość mogła wykochać
Do granic serca mojego.
Miłości Ty mnie obejmij
I ze swą największą czułością
Racz mnie dalej cierpieniem
A potem otulaj wszechmocą

2.
Serce moje nie pęknij.
Wiem, drżysz cierpieniem ubiczowane
Obojętnością wychłostane
Wysmagane obłudą
I jeszcze cierń fałszu i lekceważenia
Rozdziera świeżą ranę.
Grawerujesz mi swoje imię
O jakie tajemnicze i niepojęte.
Już prawie je znam
Brzmi: Miłość.


cdn...

Mała Gosia