|

Aby
opisać moje doświadczenia cofnę się w miarę do początku
odkąd pamiętam. Opiszę je od strony doświadczeń religijnych.
Rodzice choć wierzący, do kościoła nie chodzili. Za to mama
mojego ojca była bardzo wierząca, ale w ten taki cichy
sposób. Uwielbiałam do niej jeździć, bo uczyła mnie
modlitwy, w pokoju miała obraz Matki Boskiej z taką wieczną
lampką co mi dawało poczucie wielkiego bezpieczeństwa.
Chodziłam z nią do kościoła i pamiętam jak wielką radością i
dumą napawało mnie to, że mogłam śpiewać: "Maryjo, Królowo
Polski. Jestem przy Tobie, pamiętam, pamiętam."

Zawsze to śpiewali na
zakończenie mszy. Babcia Marta uczyła mnie tej miłości do
Maryi do Boga, tłumaczyła, że trzeba być dobrym, aby nie
zasmucać Jezusa, a wszystko w taki cudownie dobry, spokojny
sposób.
Mieszkaliśmy z rodzicami w suterenie, razem z bratem mojej
mamy i jego żoną oraz babcią. Rodzice i ja z siostrą w
jednym pokoju, w drugim ciocia z wujkiem, a w kuchni babcia.
Sytuacja często była napięta o co nie trudno w takim natłoku
ludzi, zero intymności, pokoje przechodnie. Starsi wstydzili
się mieszkania w suterynie. Do kościoła nikt nie chodził. Ja
zaczęłam jak poszłam do szkoły. Wtedy jeszcze chodziło się
do salek przy kościele. Kiedy poszłam do pierwszej komunii
dzień był potwornie zimny, wiało, coś tam padało, a ciemna
strona krążyła i drążyła.
Modliłam się o nawrócenie moich rodziców, o zgodę i miłość w
rodzinie. W "nagrodę" nie mogłam dosiedzieć do końca mszy,
bo musiałam do ubikacji i ominęło mnie wręczenie pamiątek z
komunii. Niewiele, ale wtedy dla mnie cała ta uroczystość
miała bardzo wielkie znaczenie więc te parę minut straconych
było dla mnie koszmarem. Po mszy robiliśmy zdjęcia przed
kościołem. Robił nam je znajomy mojej mamy, nie tylko
zresztą nam, ale tylko na naszych zdjęciach otacza nas pełno
szarych palm, większych, mniejszych jakby nas obsiadły
pszczoły. Mama oczywiście powiedziała fotografowi, że chyba
robił te zdjęcia na starym filmie, a on powiedział, że innym
też robił zdjęcia, ale tylko nasze są takie i on nie wie
dlaczego. Po przyjściu do domu ciąg dalszy uroczystości, ale
nie dla mnie. Dostałam gorączki, a moje usta paliły ogniem,
zrobiło mi się pełno bąbli na zewnątrz i wewnątrz ust takich
bolesnych, że nie umiałam się nawet nic napić, a co dopiero
zjeść.
Były słodkości tzn. tort i leguminy (w tamtych czasach to
było naprawdę święto),, ale dopiero jak powiedziałam sobie:
dobrze Panie Jezu, nie potrzebuję nic prócz Ciebie, nie będę
jadła tych słodkości, niech to będzie taki mały dar dla
Ciebie za to, że Ty dałeś mi siebie, wtedy wszystko zniknęło
tak jak się pojawiło: i gorączka i bąble. Później oczywiście
spędzałam czas w kościele, chodziłam na religię, śpiewałam w
chórku, czytałam lekcje i śpiewałam psalmy i tak sobie
wzrastałam.
Z tamtego czasu wieku tak 6-8 lat pamiętam, że miałam dużo
koszmarnych snów, zrywałam się w nocy więc tata zainstalował
w pokoju taką różową lampkę, która paliła się całą noc.
Jeden sen szczególnie często wracał i był koszmarny; śniło
mi się takie czerwone światło, pulsujące, które było coraz
bliżej i bliżej, coraz większe i większe, a w końcu coś na
mnie spadało, jakby wielkie poduszki, jedna na drugą spadały
mi na twarz i się dusiłam. Budziłam się z krzykiem i cała
zlana potem. Potem kładłam się modliłam do anioła stróża do
Matki Boskiej i pomału zasypiałam. Dopiero niedawno przyszła
mi taka myśl, że ściągałam na siebie tą agresję rodziców i
wujostwa (stąd ten czerwony kolor) i to mnie dusiło.

Kiedy do naszego kościoła miał
przybyć Jasnogórski obraz (nie pamiętam, który to był rok,
ale miałam chyba 9 lat), wieczorem ok. godziny 21.30
przyszła do nas katechetka (do nas, do domu!!! - nikt do nas
nie przychodził, to była suteryna, poziom 0) i powiedziała,
że zostałam wybrana do tego, by ten cudowny obraz powitać w
naszym kościele, przyniosła mi tekst powitania, żebym się go
nauczyła na jutro. Nauczyłam się, a jakże. Całą noc byłam
podekscytowana. Ja, witać Matkę Boską, cudowny obraz! To
było dla mnie wielkie przeżycie. Poczułam się wyróżniona
przez Maryję.
Kiedy opowiedziałam o tym babci Marcie ona powiedziała, że
Maryja kocha swoje dzieci i czuwa nad nimi. Następne
wyróżnienie ze strony Maryi spotkało mnie w 1982 roku, kiedy
to do naszego kościoła przybyła kopia figury Matki Boskiej
Fatimskiej, poświęconej przez naszego papieża Jana Pawła II
w Fatimie. I przybywała do nas, by zostać na zawsze. Do
dzisiaj jest w tym kościele. Znowu zostałam wybrana do
powitania tej figury w naszym kościele. Przeżywałam to
bardzo. Nie myślcie, ze to było nic takiego. Ludzie tacy jak
my, rodzice nie chodzący do kościoła, raczej biedni ludzie
to się nie liczyło. Ale Matka o mnie pamiętała. Ja o niej
też. Codziennie biegłam do Kościoła do tej cudownej figury i
modliłam się w różnych intencjach, a ona uśmiechała się do
mnie i patrzyła z czułością. Czasem jej tłumaczyłam, że
wstyd mi, że tak ciągle do niej przychodzę i o coś proszę,
ale wiedziałam, że ona mnie wysłucha.
Przemawiała do mnie, słyszałam wyraźnie jak mówiła, że
zawsze mogę do Niej ze wszystkim przyjść, ale wydawało mi
się to tak nieprawdopodobne, a ja sama taka niegodna, że
nikomu o tym nawet nie wspomniałam. Ale zawsze byłam bardzo
szczęśliwa kiedy się to zdarzało i czułam wielki spokój. W
ogóle tendencja w nauczaniu kościoła była taka, żeby ludzi
wystraszyć i ja byłam taka wystraszona tym ogniem
piekielnym, tym, że jesteśmy tak nieczyści i niegodni.
Kochałam bardzo Boga, ale się go bałam. Choć w moim sercu
czułam, że to nie tak, miałam takie przebłyski światła, że
to nie może być prawda, że Bóg jest tak dobry i czuły. No
jednak ciemni nie spali i wykorzystywali mój lęk.
Zastraszali mnie jak mogli. W domu było piekło. Ojciec pił,
awanturował się. Nikt się nie przejmował mną i moimi
przeżyciami więc chowałam je głęboko w sercu. W końcu wujek
z ciocią się wyprowadzili, mama z tatą "dojrzeli" do rozwodu
i też się wyprowadzili. Zostałam tylko ja i babcia.
Zostały mi ostatnie dwa lata podstawówki więc nie chciałam
się wyprowadzać. Z babcią było mi dobrze. Jeszcze wtedy
pracowała, więc często byłam sama w domu, bo pracowała do
późna. Któregoś dnia było ok. godz. 18 siedziałam w pokoju,
babcia w pracy, patrzę, a tu jakaś ciemna postać przebiega
przez pokój. W pierwszej chwili pomyślałam, że to kot
wskoczył przez okno, ale rozejrzałam się, a ta postać, a
może i dwie krążyły wokół mnie. Włosy mi stanęły dęba.
Wystraszyłam się tak, że nie umiałam się ruszyć. Chyba
zwariowałam; takie były moje pierwsze myśli, ale te postaci
krążyły po pokoju, coraz bardziej zmniejszając swą odległość
ode mnie. Wstałam, ubrałam się i pędem wybiegłam z domu.
Pobiegłam do babci pracy, ale po drodze się modliłam. Na
szczęście mogłam trochę posiedzieć u babci na zapleczu (to
była restauracja), niestety babcia miała pracować do rana,
bo akurat było wesele.
Więc wróciłam do domu, modląc się cały czas. W domu już nie
było nikogo. Odetchnęłam. Niedługo potem zdarzyło się, że
napaliłam w piecach (mieliśmy piece) i położyłam się na
drzemkę. Babcia "wpadła" z pracy na chwilę jak mówiła i
zupełnie nie wiedziała dlaczego. Kiedy przyszła do domu już
wiedziała. Mieszkanie było kompletnie zaczadzone tzn. pokój
w którym spałam (przy dobrej pogodzie, w piecach normalnie
się paliło) no a ja śpiąca w tym czadzie prawie bym zasnęła
na wieki. Oczywiście byłam struta jak nie wiem co.

Byłam zawsze bardzo samotna
choć serdeczna dla ludzi. Pomagałam każdemu jak umiałam i w
czym tylko umiałam. Za to tylko spotykały mnie kopniaki.
Nieraz płakałam i jeśli pamiętacie taką bajkę Pszczółka Maja
to jest tam taki obrazek jak Maja płynie na liściu, z oka
spływa jej łza i jest taka samotna. Wtedy też tak się
czułam. Miałam silne poczucie sprawiedliwości i umiałam
mówić prawdę. Ale jakoś tak było, że widziałam sprawę z
każdej strony i często "pokazywałam" ludziom to czego nie
widzieli. Byłam lubiana, ale chłopaka nie miałam.
Jeden powiedział mi, że jestem za dobra i szkoda mnie na
kogoś takiego jak on. Drugi też mi to powiedział, że jestem
o wiele bardziej u góry. Nie rozumiałam ich. Chciałam mieć
przyjaciela, chłopaka, nie byłam ani zarozumiała, ani
wyniosła, a oni mi mówią, że jestem za dobra? Później to
częściowo zrozumiałam, stawiałam wysoko poprzeczkę jeśli
chodzi o prawdę, sprawiedliwość, dobroć, wyrozumiałość,
pomoc. A oni chcieli żyć bez stresu, bawić się. Ja też się
bawiłam, lubiłam tańczyć, śpiewać, spędzaliśmy mnóstwo czasu
ze znajomymi rozmawiając, śmiejąc się, ale moje morale były
wysoko pociągnięte. Szanowali mnie za to jaka jestem, ale
sami nie chcieli się zmieniać.

Zmieniłam szkołę, pomału
przeprowadzałam się do mamy, ale ona już poukładała sobie
świat i nie za bardzo było w nim miejsce dla mnie. Bolesne i
trudne miałam dzieciństwo. W większości przepełnione
cierpieniem. Wtedy modlitwa była moją odskocznią, ucieczką.
Ale byłam samotna, widziałam, że inni żyją inaczej,
brakowało mi wsparcia. Tak właściwie nikogo nie obchodziłam.
Było mi bardzo ciężko. Zawsze zdana na siebie. To ja jeszcze
starałam się pomóc tam gdzie widziałam, że potrzeba pomocy.
W szkole średniej poznałam mojego męża, zapragnęłam dziecka,
ale tak, że sama nie raz zastanawiałam się skąd takie
pragnienie. A to mój syn chyba już tak mocno się wybierał,
że to nie do opisania.
Kochałam go od początku. Mówiłam do niego, śpiewałam
piosenki zanim się urodził. Byliśmy tak zżyci, że chyba
nawet nie bardzo chciał się urodzić. Ochrzciłam go i oddałam
Matce Bożej. Kiedy był już troszkę większy i więcej rozumiał
mówiłam mu, żeby pamiętał, że oprócz mnie ma Matkę Boską.
Nadal bardzo Ją kochałam i powierzałam swoje troski, ale
stopniowo coraz rzadziej chodziłam do kościoła, aż
przestałam. Nikt nie chodził, nikt się nie modlił. Zostałam
sama. Modliłam się zawsze, ale do kościoła przestałam
chodzić. Pan Bóg na szczęście mnie nie zostawił. Kiedy
Damian miał iść do komunii wróciłam i odkrywałam Boga na
nowo. Wciągnęłam się do grupy czytających, Damian został
ministrantem. W kościele byłam szczęśliwa, w życiu nie. Nie
chodzi o kościół jako taki, ale mogłam tam być w ciszy z
Bogiem.
Z czasem wiele rzeczy się przekierunkowało,
przewartościowało. Oczywiście w moim mniemaniu byłam wielkim
grzesznikiem, nie umiałam na siebie patrzeć inaczej. Bardzo
cierpiałam. Zaczęły się dziać we mnie i wokół mnie dziwne
rzeczy. Potrafiłam odbierać czy ktoś o mnie myśli, co ode
mnie chce, jeszcze zanim do mnie zadzwonił czy napisał.
Pomału odsunęłam się od życia towarzyskiego. Zanurzyłam się
w modlitwie. Potrafiłam się modlić wiele godzin nie wiedząc
o tym. Czas nie istniał. Kończyłam modlitwy o 2 w nocy,
kładłam się spać i za parę minut byłam budzona: "Dziecko,
potrzeba mi Twej modlitwy." Matka Boska często prosiła mnie
w nocy o modlitwę za kogoś. Nigdy Jej nie ujrzałam, ale
słyszałam Jej głos.
Potem wstawałam o 6 rano i znów się modliłam. Często w
czasie wieczornej modlitwy wokół unosił się zapach kwiatów,
najczęściej róż albo widziałam całe naręcza kwiatów. Raz
jakieś fioletowe dzwonki, innym razem róże, innym razem
lilie. Przychodziła do mnie Mała Tereska. Raz ukazał mi się
Pan Jezus, tylko głowa w brocząca krwią spod korony
cierniowej i powiedział do mnie trzy razy: "za mało pokuty,
za mało pokuty, za mało pokuty." Modliłam się jeszcze
więcej. Za grzeszników, za nieprzyjaciół. Pościłam często.
Modliłam się wszędzie, nawet w pracy kiedy miałam wolną
chwilę szłam w ustronne miejsce i się modliłam. W czasie
modlitwy widziałam też światła: białe, biało złote i
najczęściej zielone i fioletowe.

Postanowiłam pojechać do
Krakowa do Łagiewnik. Nie pamiętam już niektórych dat, ale
zaczęło się to tak w 1998 roku. Pojechałam do tych Łagiewnik
do Jezusa Miłosiernego. Zupełnie nie wiedziałam gdzie i jak
jechać. Kiedy wyjechałam przy lotnisku w Balicach wezwałam
Maryję: Matko jadę do twego Syna, nie wiem gdzie jechać,
poprowadź mnie. I zajechałam bez problemu pod sam klasztor.
Wtedy jeszcze nie było sanktuarium, tylko ten mały kościółek
przy klasztorze. Klęczałam przed wejściem do niego i
odmawialiśmy koronkę do Miłosierdzia Bożego. Błagałam Jezusa
o wybaczenie moich grzechów. Wtedy usłyszałam jak do mnie
mówi: "Ja już Ci wybaczyłem."
Byłam szczęśliwa, ale żeby nie było zbyt prosto diabeł
wpędzał mnie w skrupuły, ciągle czułam się winna i niegodna.
Niemniej jednak wróciłam stamtąd bardzo szczęśliwa,
powtarzając sobie ciągle usłyszane słowa. Chciałam
porozmawiać o moich doznaniach z księdzem. Próbowałam z
kilkoma rozmawiać, ale mi powiedzieli, że mam uważać, bo to
diabeł mnie zwodzi, że Bóg tak nie mówi do byle kogo, że
trzeba być świętym, a i to trzeba uważać na diabelskie
pokusy, żeby nie popaść w pychę. Jaką pychę? Byłam
zdruzgotana. Spotęgowali jeszcze mój strach przed ciemnymi.
Poszłam kiedyś do kościoła. Tam jest taka mała kapliczka
przed wejściem do konfesjonału z Jezusem Miłosiernym.
Klęknęłam i zaczęłam się modlić, odmawiałam koronkę do
Miłosierdzia Bożego.
Wtedy usłyszałam: "Twoje serce jest dla mnie pięknym
cyborium." Rozejrzałam się, nikogo ze mną nie było. Znowu
ten sam głos: "twoje serce jest dla mnie pięknym cyborium."
Pomyślałam, kto do mnie mówi i co to jest cyborium? Nie znam
tego słowa. Zauważyłam, że było mi tak jakoś błogo i w
kapliczce zrobiło się bardzo jasno. Dopiero po jakimś czasie
udało mi się znaleźć to słowo: cyborium - z łac. ciborium -
czara, kielich, w chrześcijaństwie - puszka, naczynie do
przechowywania hostii oraz komunikantów. To Jezus do mnie
przemówił.
Był rok 1999 kiedy tak bardzo
zanurzyłam się w modlitwę, ale też bardzo cierpiałam duchowo
i fizycznie. Nie wiedziałam co się ze mną dzieje. W czasie
modlitwy zalewała mnie fala ognia i trawiła moje serce,
czasem całe ciało.
Pamiętam jak tak płonęłam to wychodziłam na dwór, tam 15
stopni mrozu, a ja wychodziłam w samej bluzeczce, że by się
ochłodzić. Mimo tego gorąca moja temperatura zwykle wynosiła
36-36,5. Czasem zdarzyło się więcej tzn. 37,4 tyle było
najwięcej, a w moim ciele szalał ogień. Kiedy modliłam się
za nawrócenie grzeszników i przepraszałam za moje winy wtedy
właśnie trawił mnie ogień i bardzo cierpiałam wewnętrznie,
duchowo, ale wiedziałam, że jest to ogień oczyszczenia i
cieszyłam się, że Bóg mnie wysłuchuje. Oczywiście ciągle
przeżywałam wielkie rozterki, że jestem nikim, że niby
dlaczego ja? Ludzie wokół patrzyli na mnie dziwnie, ale ja
nie mogłam się od tego uwolnić. Nie raz płakałam i wołałam:
Boże, dlaczego, dlaczego tyle cierpienia? Siedziałam w
wannie, myjąc to obolałe ciało, a On mówił: Wytrzymaj drogie
dziecko, wytrzymaj. Cierpienie szlifuje serce jak diament.
Do wielkich rzeczy Cię przeznaczyłem. " Mało jadłam, spałam
na podłodze, bo nie umiałam leżeć na łóżku. Moi bliscy
patrzyli na mnie z przerażeniem, ze zdziwieniem?

Mąż
mówił, że jestem stuknięta, że co ja sobie wyobrażam, że
świata nie zbawię. Nie pomagały moje tłumaczenia, prośby,
nie robiłam nikomu nic złego, przestały mnie tylko pociągać
imprezy, alkohol, fałsz, obgadywanie. Chciałam prawdy i
światła i było mi to dane choć bardzo cierpiałam.
W tym cierpieniu napisałam parę wierszy:

1.
Nadzieja jest zawiedziona
I wiara zdaje się nie wierzyć
Bo im zabrakło Miłości,
Promyczka światła, który by rozgrzał
To serce ciepła pragnące.
Noc zawładnęła duszą
I dręczy bez końca, bez końca...
Ach życie, jakąś jest udręką
Świecie - zasłaniasz blask słońca.
Wiaro ma nie upadaj,
Wzbudzam w sobie nadzieję,
Bym Miłość mogła wykochać
Do granic serca mojego.
Miłości Ty mnie obejmij
I ze swą największą czułością
Racz mnie dalej cierpieniem
A potem otulaj wszechmocą
2.
Serce moje nie pęknij.
Wiem, drżysz cierpieniem ubiczowane
Obojętnością wychłostane
Wysmagane obłudą
I jeszcze cierń fałszu i lekceważenia
Rozdziera świeżą ranę.
Grawerujesz mi swoje imię
O jakie tajemnicze i niepojęte.
Już prawie je znam
Brzmi: Miłość.
cdn...
Mała Gosia
|