NASZE DOŚWIADCZENIA

MOJE PRZEŻYCIA Z KUNDALINI
(CZĘŚĆ 1)
LINK! DO CZĘŚCI 2

 

KWIECIEŃ - PAŹDZIERNIK 1998

Początkowo to co zaistniało nie było dla mnie zrozumiałe, w sumie w ciągu kilku dni moje samopoczucie dość mocno się pogorszyło. Najbardziej doskwierał szum w uszach-tak nieznośny, że co wieczór trafiałam na Izbę szpitalną, gdzie rzesza lekarzy mnie konsultowała i niczego nie znajdowała. Zawroty głowy bywały tak mocne, że idąc ulicą zataczałam się jak pijana. W końcu szum w uszach został przeze mnie zaakceptowany a i zawroty głowy stały się codziennością. Najgorsze było przede mną do tego wszystkiego doszły "dziwne" lęki. Nie mogłam sama wyjść na ulice tłum ludzi mnie doprowadzał do takich zawrotów głowy, że byłam bliska "szału" Ze wszystkim tym zwyczajnie nauczyłam się żyć . Aż do Lipca 2005.


LIPIEC - GRUDZIEŃ 2005
("WYKRĘCANIE")

To co mnie spotkało w lipcu, odcisnęło się we mnie dość mocno i choć minęło od tego dnia od lipca 2005 roku sporo czasu oswojenie nie nadeszło. Właściwie nigdy nie uskarżałam się na zdrowie, nic mnie nie bolało nic nie doskwierało do lipca 2005r. Od kilku dni czułam się słabo ,szybko się męczyłam, popadałam w apatie na zmianę z euforią . Byłam w pracy i choć było upalnie nie przeszkadzało mi to, że nie było czym oddychać. Początkowo poczułam zawroty głowy, ale i one minęły szybko. Następna fala która do mnie nadchodziła nie minęła już tak szybko. Zdążyłam tylko koleżankom powiedzieć, że słabo i mi i nagle poczułam że nie mogę wypowiedzieć słowa. Zdawało mi się, że mówię a nie wychodził ze mnie dźwięk - dziwne wiem, ale tak było. Potem nagle poczułam silny prąd przechodzący przez moje ciało. Od stóp a właściwie palców u nóg unosiła się do góry fala paraliżującego mnie "prądu". Moje palce u nóg i rak wygięły się dziwnie powodując ból. Usta wykrzywiło mi na boki i ogromne kołatanie serca rozpierało mi klatkę piersiową. Nie mogłam już wypowiedzieć żadnego słowa. Ręce i nogi miałam jak ze stali ciężkie i dziwnie wykrzywione. Strach jaki mi wtedy towarzyszył był ogromny właściwie myślałam, że umieram. Pogotowie które wezwały koleżanki nawet szybko się pojawiło, lekarz stwierdził, że to moja fanaberia i złożył to na kark przemęczenia i stresu. 

Po powrocie do domu czułam się okropnie co prawda wykręcanie ciała ustąpiło, byłam bez siły. Nie miałam siły chodzić serce cały czas łomotało jakby miało wyskoczyć. Zalewały mnie poty, najgorsze były noce nie mogłam spać, przez jakiś tydz budziłam się co noc o jednej porze (była to pamiętam zawsze godzina 4) . Zmienne nastroje, fala euforii przepleciona płaczem i beznadzieją. Okropnie wspominam ten okres. Trwał on dość długo od lipca 2004 do marca 2005. Po owym wykręcaniu jakiś tydz byłam na zwolnieniu. Robiłam badania lekarskie które prócz wysokiego ciś nic nie wykrywały. Po około 2 tyg powróciłam do pracy lecz nadal czułam się fatalnie ,totalny brak siły, szybkie męczenie się. Lekarz nie widział potrzeby przedłużania zwolnienia. Po 2-3 dniach w pracy poczułam się bardzo źle-znowu wykręcanie troszkę mniejsze jak za pierwszym razem, ale dołączyło się uczucie duszności. Nie mogłam nabrać powietrza, zatykało mnie na wysokości tchawicy. Zawroty w głowie były tak silne, że nie mogłam ustać na nogach  sama. Zabrano mnie do szpitala. Badanie EKG nic nie wykryło, kolejny raz lekarz mnie olał, stwierdzając nerwice i przepracowanie a ja "umierałam". Dopiero kiedy lekarz zobaczył jak mnie wykręca zlecił szybko badania które wykazały totalny brak potasu i magnezu w org. Reasumując- towarzyszyło mi uczucie "duszenia" stwierdzono migotanie przedsionków, wykręcania ciała do dnia dzisiejszego lekarz nie potrafi niczym wytłumaczyć. Przez cały okres jesienno -zimowy dopadała mnie depresja, uczucie beznadziei, ciągły płacz bez powodu, smutek, przeplatane z radością i euforia. Trafiłam do psychiatry, który zalecił kilka leków, po przeczytaniu ulotki leków i  skutków ubocznych wywaliłam je zwyczajnie do wc.  

W dalszym ciągu każdego dnia z jakimś z objawów się zmagałam nie rozumiejąc co się ze mną dzieje.



Ammy