NASZE DOŚWIADCZENIA

MOJA UDRĘKA I WĄTPLIWOŚCI
(CZĘŚĆ 2)
LINK! DO CZĘŚCI 1

LINK! DO CZĘŚCI 3

Tu przytoczę moje wspomnienia chyba z 2001 roku z Wielkiego Czwartku. "... Duszo moja udręczona, wytrzymaj, wytrwaj przy Zbawcy swoim, On cię nie zostawi." Ból jest nieznośny, lęk rozdziera serce. O jakże wielkim jestem tchórzem, jaką marnością. A jednak miłość Boga nie ma granic. On sam jest Miłością nieskończoną. Nie sposób opisać słowami co działo się dzisiaj w mojej duszy w czasie Mszy Wieczerzy Pańskiej. Prosiłam Boga mego, by pozwolił mi w miłości swej, zjednoczyć się z Panem Jezusem w czasie Triduum z Jego sercem, w Jego męce, cierpieniu. By pozwolił mi współodczuwać i bym mogła to ofiarować za grzeszników. Pan powiedział mi dzisiaj rano, że tyle dusz idzie na zatracenie. O dusze nieszczęsne, gdybyście wiedziały jak wielkie cierpienie sprawiacie Najmilszemu Panu. Im bliżej Kościoła tym szybciej chciałam tam być czułam, ze On już czeka na mnie. O Ukochany.

Uklękłam, pozdrowiłam Trójcę Przenajświętszą oraz Najświętszy Sakrament. Potem odmówiłam Litanię do Najświętszego Sakramentu. Po litanii Niech będzie pochwalony i uwielbiony w każdym momencie... zaczęło się... Jezu Najmilszy...! Światło i ciemność. Serce wychodzi z piersi, bije jak oszalałe. Jasność jest wokół, wszystko widzę przez światło. Serce szaleje, ręce robią się zimne. Mam ochotę wyjść z kościoła. Chyba umieram. Mój Boże...naprawdę umieram. Boję się. Czuję radość. Podtrzymują mnie na duchu. Chyba zemdleję, proszę o miłosierdzie, wzywam Matkę Najświętszą. Cały czas dusza moja choć cierpi niewymownie wielbi swojego Boga. Tak czuję. Wydaje mi się, ze całe niebo mi wtóruje: Święty, Święty, Święty ..."

Zdarzyło się parę razy, że zanurzona byłam w to wielkie światło, ale nie wiem gdzie wtedy byłam, ciałem w kościele, ale moja dusza gdzieś ulatywała. Po takich przeżyciach ciężko mi było wracać do domu, byłam wyczerpana choć szczęśliwa. Niestety ciągle miałam wątpliwości i ciągłe rozterki. Kiedyś złożyłam Panu Jezusowi siebie na ofiarę jak św. Tereska. Cierpienia mnie nie omijały, najbardziej dotkliwe były te duchowe, kiedy wiedziałam, że cierpię cudze grzechy, nie swoje, To było niewyobrażalne cierpienie, ale Pan Jezus wypalał to we mnie Świętym ogniem Swego Serca. Doszły mi bolące miejsca na dłoniach i stopach jak stygmaty. Na zewnątrz nie było nic widać, ale one były jedną palącą raną choć niewidoczną. Prosiłam wtedy Boga by nie dawał mi stygmatów, a przynajmniej niewidoczne.

W kwietniu 2002 roku moja prawa noga nagle zesztywniała. Kolano napuchło nagle. Byłam w pracy. Choć ze względu na to co się ze mną działo chodzenie do pracy było jeszcze jednym cierpieniem. Pojechałam na pogotowie. Nogę prześwietlili, wsadzili całą do gipsu i stwierdzili, ze skręciłam kolano. Po tygodniu gips mi ściągnęli, a chirurg stwierdził, że trzeba zrobić zabieg, bo pewnie zerwało się, któreś wiązadło. Rzecz jasna zabieg zrobili, nic nie stwierdzili, wszystko wyglądało modelowo, a noga bolała i bolała. W czerwcu wysłali mnie do sanatorium do Iwonicza Zdroju na całe 3 tygodnie. Pojechałam samochodem, po drodze wstąpiłam do Łagiewnik. Na miejscu było fajnie, miałam dwie współlokatorki, sympatyczne kobietki, było nam razem dobrze, a ja cieszyłam się, bo miałam nareszcie czas dla siebie. Spędzałam go (poza rehabilitacją) na modlitwie, szukaniu siebie. Wyciszyłam się. Zrozumiałam, że ten czas podarował mi Bóg, bym odpoczęła i nabrała sił. Byłam w Dukli gdzie żył Św. Jan z Dukli samotnie w puszczy. W Miejscu Piastowym gdzie jest Zgromadzenie Michalitów pw. Św. Michała Archanioła, modliłam się o beatyfikację teraz już błogosławionego Bronisława Markiewicza przy jego grobie. Kiedy wracałam do domu gdzieś pobłądziłam choć jechałam wg mapy. Powiedziałam: Matko Boska gdzie mnie prowadzisz? Dokąd ta droga? No i wyjechałam prosto pod Sanktuarium Matki Boskiej w Tuchowie. Moja Matka i tu chciała żebym pobyła z Nią. Wróciłam do domu i do pracy, choć tam odnalazłam trochę spokoju, tu ten spokój został mi odebrany. Znowu cierpiałam.

Zapiski z 30.08.2002r: "...W końcu kimże ja jestem, by myśleć o sobie w ten sposób, że Pan mnie wybrał. Jak mogłabym równać się do tych, którzy żyjąc w odosobnieniu całkowicie oddali się Panu. Co jednakże mam myśleć o sobie. Dusza wyrywa się do Pana. Kocham mego Boga i ogrania mnie lęk przed szatanem, boje się siebie, że mogę Panu uchybić w czymkolwiek. Czuję wielką słodycz w sercu. Jak choćby wczoraj na mszy. Przed mszą była adoracja. Pan Jezus wystawiony w swym Majestacie. Wszystko wokół jaśnieje. Mrugam oczami, zamykam je, by zmienić pole widzenia (już niedowierzam sobie, obawiam się, że mam omamy) ale nie mogę. Wzrok mam utkwiony w Najświętszy Sakrament i wszystko widzę w wielkiej jasności.

Dalej czuję jakby dusza gdzieś uleciała, gdzieś na wyższy poziom, a po Komunii Św. Czuje się upojona. Msza się skończyła, a ja czuję się przepraszam jak pijak, jak w stanie nieważkości. Ten stan jest tak błogi i daje taki pokój, że myślę, że tylko obcowanie z moim Ukochanym może dać tyle szczęścia. Umysł wylatuje na wyżyny. Mówią do mnie, ale ciężko "wrócić" na ziemię. Chciałoby się tak trwać i trwać. Więc co to jest ja pytam. Jeśli Pan daje mi taką łaskę to chwała Najwyższemu. Dzisiaj jest piątek. Dzień męki i śmierci mojego Pana Jezusa. Kocham Go tak bardzo. Chciałabym razem z Nim cierpieć, zanurzyć się w tym cierpieniu. Bo jaka jest radość największa w Miłości? Kiedy Miłość zanurzy się w Miłości i stają się jedną Miłością. To jest upragnienie. Razem połączone, nierozłączne, współodczuwające. Dziś piątek, a ja czuję radość? Trudno to nazwać. Niespokojna jestem. Nie umiem dobrać odpowiednich słów, by opisać ten stan. Znów czuję ten ogień w sercu, jakby pociecha na wątpliwości, ale Panie mój! Czy ja kocham Cię naprawdę? Dziwne jest to zjawisko, gdy wczoraj i przedwczoraj ledwo łzy mogłam powstrzymać, a nawet nie udawało mi się to, a teraz tak chyba jest w każdy piątek. Cisza - koniec - ból.

Mam uczucie jakbym była najgorszym zdrajcą! A przecież pragnę Cię bardzo mój Jezu. Chciałabym Cię pocieszyć, Oblicze Twe najświętsze uradować. Być z Tobą, w Tobie. Skąd więc to odrzucenie, oschłość wielka i samotność. To chyba może być tylko Twoja samotność Ogrójca. Chce mi się krzyczeć głośno, by wszyscy wiedzieli, ze Cię kocham. Jezu Ty wiesz jak bardzo Cię kocham, Ty wszystko wiesz. Co mam zrobić dla Ciebie mój Ukochany. Wszystko jest cierpieniem. Kiedy dusza zanurzyłaby się w Tobie, a tu dzwoni telefon. Kogo może obchodzić telefon? Jakże niemiłym jest mi ten świat. Nigdy nie ma dość czasu, by się modlić. Robimy całe mnóstwo rzeczy, a chciałoby się nie odstępować Pana. Nie jeść, nie spać, nie rozmawiać z nikim po próżnicy. Ale wiem, ze przychodzisz i jesteś Panie także w drugim człowieku.

Lecz Panie ulituj się, bom grzeszny jest człowiek. Może Ty Panie nie możesz patrzeć na tak nędzną duszę, która ciągle jest niedoskonała mimo całego mnóstwa Twych łask. Lepiej byłoby mi umrzeć niż obrazić Ciebie. Jezu na sercu Swym połóż mnie. Tam jest moje wszystko. W sercu Twoim. Jezu, ufam Tobie. Jak powiedzieć te rzeczy niewypowiedziane. Kocham Cię mój Jezu, mój obolały Królu. Nielitościwie obity, we krwi i łzach skąpany. Miłości moja.. chcę upodobnić się do Ciebie, chcę być taka jak Ty. Przemień mnie w siebie. Pozwól zjednoczyć się z Tobą. Miłości moja, moje upragnienie, moja tęsknoto!!!."

3.
Miłość prawdziwa
kroplami krwi się odmierza.
Kapią cichutko krople krwi
Mieszają się ze łzami.
Zawarły przymierze.
Splotły się w tańcu miłosnym
I tańczyć tak będą do duszy agonii.
Moje łzy i krople krwi.
A kiedy wypełnią po brzegi
Kielich serca mojego.
Wtedy powiem : Wykonało się
I oddam życie dla Niego.

cdn...

Mała Gosia