|
Wiele razy korciło mnie, by komuś opowiedzieć dokładnie, ze
szczegółami wszystkie
te doświadczenia. Jednak nawet to co ogólnie próbowałam opisać nie
było rozumiane, po
cóż więc - pomyślałam - opisywać im szczegóły? Zresztą jak to innym
powiedzieć, że widzi
się twarze, ich grymasy, słyszy się dźwięki, słowa, głosy? Dla
ludzi, którzy opowiadają takie
rzeczy są specjalne zakłady w których zabija się wewnętrzną wolność.

Szukałam pomocy w kościele, ale ksiądz lekko mówiąc "wypiął się na
mnie". Być może trafiłam na niewłaściwego "szafarza". Bywa, nie
twierdzę, że żaden nie potrafiłby pomóc, jednak z pewnością nie wielu
takich, którzy się odważą. Czytałam w owym czasie o egzorcyzmach,
drukowałam wiele modlitw z Internetu, czytałam je, powtarzałam,
wspierałam się Biblią.
"A propos ataków... z reguły
doświadczałam tego w samotności, nocą jako niby
sny na jawie,
a właściwie sama nie wiem jak to nazwać, ale pewnie wiecie o co
chodzi. Tamtego razu było
inaczej. Katechetka (chodziłam na religię - tak mnie wychowano)
strasznie chciała, żebyśmy
z koleżankami poprowadziły drogę krzyżową... czytało się
wtedy
stacje i odmawiało różaniec
chyba każdy po dziesiątce czy jakoś tak. Miałam
trzecią stację i
trzecią dziesiątkę. W kościele sporo ludzi, bo to duży kościół,
wieczór... klęczałam trochę z boku przed ołtarzem, generalnie
nie wczuwałam się zbytnio w całą
tą modlitwę. Już po pierwszych
słowach zaczęło mi się robić duszno, każde słowo tam wypowiadane
męczyło mnie strasznie, gorąco uderzało do głowy,
a ciało prawie płonęło,
ale to nie było miłe uczucie. Coś było nie
tak. W głowie zaczęłam słyszeć inne dźwięki... szatańskie grymasy...
próbowałam skupić się na modlitwie, nie chciałam wyjść
na wariatkę..., ale było trudno. Ledwo zapanowałam nad swoim głosem
żeby wypowiedzieć normalnie
słowa modlitwy, odczytać treść do
stacji... dziesiątkę różańca mówiłam, ale nie było
mnie tam. Już w tym momencie w myślach z nim walczyłam, czułam jakby
chciał mną zawładnąć. Wokół nic już nie widziałam, zrobiło się
ciemno. Całkowicie zniknął sprzed mych oczu ołtarz
i wszystko wokoło, nie widziałam nawet ludzi. Po zakończeniu
modlitwy szepnęłam tylko koleżance, że muszę wyjść - wszyscy
widzieli ze byłam blada jak trup - wybiegłam z kościoła. Biegnąc
przed siebie do wyjścia widziałam tylko cienką linię idącą od mych
stóp
do drzwi, wokoło było ciemno. Tylko ta linia, jakby promień
światła... Czułam jak mnie osacza, wiedziałam, że zaraz mogę nie
dać rady, że zaraz on może mną zawładnąć, nie chciałam żeby to stało
się w kościele dlatego szybko uciekałam przed dziwnymi spojrzeniami
ludzi. Na dworze, tuż za drzwiami stał posąg jakiegoś świętego już
nie
pamiętam kto to był... powiedziałam tylko "Pomóż". Podeszłam do
ławki, usiadłam, zwymiotowałam kilka razy. Wyszła za mną koleżanka,
pytała czy nie chcę pojechać
do lekarza, jak się czuję...piekło mnie serce i mostek. Chciałam
tylko być sama. Kilka
razy
w tym "śnie na jawie" jego potworny głos dobywał się z moich ust,
miałam konwulsje, wymiotowałam, skręcało mnie, to było przerażające.
Wtedy nazywałam to koszmarami
i myślałam, że mam coś nie tak z głową. Wtedy też pomogłam kilku
osobom wrócić do życia...
Z czasem zrozumiałam, że on próbuje zawładnąć mną, moim ciałem i
duszą.
Byłam zmęczona, wyniszczona, nie spałam prawie wcale".

Było bardzo ciężko, bo wszystko w około zdawało się mroczne, a na
końcu tej ciemności
widniał maleńki otwór, przez, który wpadał wąski promień światła.
Byłam załamana, że
jest niewielka szansa, że takie słabe światło rozświetla mi drogę. Z
drugiej strony lepsze
słabe światło w tunelu niż jego brak.

Pomrukiwania nocnych mar odganiałam zupełnie świadomie modląc się
przez sen.
Zawsze zaczynałam słowami
"Ojcze Nasz,
któryś jest w niebie..." moje serce bolało okropnie, a dusza rozrywała się na miliony drobnych kawałków. Straszne
jest uczucie,
kiedy widzisz swoje błędy, kiedy wiesz, że Bóg je również widzi i
kiedy musisz przyznać,
że jednak nie miałeś racji. Trudniejsze to zdecydowanie niż
przyznanie się przed rodzicami
do "głupich błędów". Targało mną wiele różnych emocji. Wbrew
wszelkim lawirowaniem
myśli moje wnętrze samo krzyczało i wołało o pomoc. Pierwsze
modlitwy wymawiane we
śnie brzmiały jak to mawiają "jak psu z gardła wyrwane". Słyszałam
potworny głos i bałam
się, że wydobywa się on z moich ust. Zło było we mnie. Uświadomiłam
sobie, że zabrnęłam
dalej niż sobie to wyobrażałam, że wcale nie trudno zaprosić do
swego wnętrza to co Bogu nie miłe. Mówiąc we śnie słowa modlitwy
dławiłam się, słyszałam ten okropny głos, który walczył ze mną, by
nie wypowiedzieć tych słów. Najtrudniej było wypowiedzieć
"Zdrowaś Maryjo,
łaskiś pełna...", miałam wtedy wrażenie duszenia się, zupełnie
jakby nie chciało mi to przejść przez gardło. Byłam tym przerażona,
ale nic prócz modlitwy nie mogłam zrobić.

Dopadał mnie wtedy we śnie tzw. paraliż. Całkowita niemoc, brak
możliwości poruszenia jakąkolwiek częścią mego ciała. Nagłe
wyskakiwanie duszy z ciała. Stawanie oko w oko, twarzą w twarz z
demonami i "złymi mocami". Budziłam się wycieńczona, zmęczona
zupełnie tak jakby wszystko to działo się naprawdę. Bywało wiele
razy tak, że budziłam się
z siniakami, których pochodzenie było mi nie znane. Ciekawe, że
nabawiałam się ich w bardzo dziwnych miejscach, przy śnie zupełnie
nieruchomym - paraliż chociażby. Skorupa pękała, nadszedł czas.
Wtedy nasiliły się moje sny. Sny inne niż dotychczasowe koszmary.
Choć nadal i te powracały dość często, chcąc mnie
odstraszyć, odciągnąć, zabrać.
Z nikąd jakby spotykały mnie "przypadki" jeden za drugim.
Nocą we
śnie Bóg zaczął przemawiać do mnie.
***
grom, płomień, znak
we śnie zwykłeś przemawiać
do mnie
nadal nie wiem
skąd czerpać sił tyle
myślę
już nie martw się o mnie
chyba sam się zraniłem
gniew mój
znalazł mnie tutaj
nie mogłem już zamknąć bramy
rażony mocą pioruna
ukryłem się w dali
jednak znów odnalazłeś
swój księżycowy kamień
umysł ten nocą
nie może zasnąć
darzony obrazami
wiem, że te senne wizje
to dowód jest od Ciebie
objawiasz mi się nocą
za dnia
jesteś u siebie
Wstydziłam się, że gotowa byłam poświęcić to co On dał mi dla
własnego dobra,
jak wtedy sądziłam. Nie dość, że owo "dobro" okazało
się najgorszą z postaci zła, do
tego wstyd i wyrzuty sumienia nie
dawały żyć. On jednak przy modlitwie każdej dawał
znać, że
przebacza. Wiele czasu minęło nim mu uwierzyłam. Piszę to wszystko
byście zrozumieli, że nawet jeśli wydaje Wam się, że nie ma już
żadnej szansy, ona jest i Bóg zawsze Wam ją daje. Cokolwiek byście
nie uczynili, jakkolwiek byście nie zgrzeszyli, On czeka na Was.
Kiedy czujecie, że pęka Wam serce:
DAJCIE MU PĘKNĄĆ!

Kiedy pęka skorupa, która przez całe życie otaczała i obrastała
wokół prawdziwego serca, która kryła świat przed duszą ból jest
niemal nie do wytrzymania. Jednak pamiętajcie:
Bóg nigdy nie
ześle na Was więcej cierpień niż jesteście w stanie przetrwać!
Moment w którym wszystko zdaje się nie mieć już sensu, żadnego
znaczenia. Kiedy człowiek nie czuje już niczego prócz bólu -
POTWORNEGO BÓLU
- jest momentem,
w którym zaczyna powoli żyć.
Wielu ludzi z którymi rozmawiam uważa za absurd teorię, że nie ma
drogi do Boga bez cierpienia. Jednak nie ma. Nie tutaj gdzie
jesteśmy i nie teraz, nie tak daleko jak pozwoliliśmy sobie zabrnąć.
Możesz żyć, oszukując siebie, że wszystko jest w porządku i udając,
że nic Cię nie boli, że tak jest Ci dobrze. Możesz jednak przestać
udawać, możesz przyznać się przed sobą samym i przed Bogiem, że
słyszysz wyraźnie Jego głos i Jego wołanie. Możesz - bo Bóg dał Ci
wolną wolę, nie pozwalaj więc innym by Ci ją odbierali. Przestań
zagłuszać fałszywą myślą krzyk Twego Spętanego Serca. Kiedy Serce
krzyczy nagle pojawiają się w oczach łzy. Kiedy Serce krzyczy, nagle
mówisz dziwne słowa, pęka Ci głowa od hałasu, krzyk rozdziera Ciebie
całego. Słuchaj krzyku swego Serca. Tak też krzyczy Serce Boga.

Amen
cdn...
29. Sep. 2008
GODAN
|