NASZE DOŚWIADCZENIA

DOBRE ZŁEGO POCZĄTKI...
(CZĘŚĆ 3)
LINK! DO CZĘŚCI 2

LINK! DO CZĘŚCI 4

Wiele razy korciło mnie, by komuś opowiedzieć dokładnie, ze szczegółami wszystkie te doświadczenia. Jednak nawet to co ogólnie próbowałam opisać nie było rozumiane, po cóż więc - pomyślałam - opisywać im szczegóły? Zresztą jak to innym powiedzieć, że widzi się twarze, ich grymasy, słyszy się dźwięki, słowa, głosy? Dla ludzi, którzy opowiadają takie rzeczy są specjalne zakłady w których zabija się wewnętrzną wolność.

 

Szukałam pomocy w kościele, ale ksiądz lekko mówiąc "wypiął się na mnie". Być może trafiłam na niewłaściwego "szafarza". Bywa, nie twierdzę, że żaden nie potrafiłby pomóc, jednak z pewnością nie wielu takich, którzy się odważą. Czytałam w owym czasie o egzorcyzmach, drukowałam wiele modlitw z Internetu, czytałam je, powtarzałam, wspierałam się Biblią.

"A propos ataków... z reguły doświadczałam tego w samotności, nocą jako niby sny na jawie, a właściwie sama nie wiem jak to nazwać, ale pewnie wiecie o co chodzi. Tamtego razu było inaczej. Katechetka (chodziłam na religię - tak mnie wychowano) strasznie chciała, żebyśmy z koleżankami poprowadziły drogę krzyżową... czytało się wtedy stacje i odmawiało różaniec chyba każdy po dziesiątce czy jakoś tak. Miałam trzecią stację i trzecią dziesiątkę. W kościele sporo ludzi, bo to duży kościół, wieczór... klęczałam trochę z boku przed ołtarzem, generalnie nie wczuwałam się zbytnio w całą tą modlitwę. Już po pierwszych słowach zaczęło mi się robić duszno, każde słowo tam wypowiadane męczyło mnie strasznie, gorąco uderzało do głowy, a ciało prawie płonęło, ale to nie było miłe uczucie. Coś było nie tak. W głowie zaczęłam słyszeć inne dźwięki... szatańskie grymasy... próbowałam skupić się na modlitwie, nie chciałam wyjść na wariatkę..., ale było trudno. Ledwo zapanowałam nad swoim głosem żeby wypowiedzieć normalnie słowa modlitwy, odczytać treść do stacji... dziesiątkę różańca mówiłam, ale nie było mnie tam. Już w tym momencie w myślach z nim walczyłam, czułam jakby chciał mną zawładnąć. Wokół nic już nie widziałam, zrobiło się ciemno. Całkowicie zniknął sprzed mych oczu ołtarz i wszystko wokoło, nie widziałam nawet ludzi. Po zakończeniu modlitwy szepnęłam tylko koleżance, że muszę wyjść - wszyscy widzieli ze byłam blada jak trup - wybiegłam z kościoła. Biegnąc przed siebie do wyjścia widziałam tylko cienką linię idącą od mych stóp do drzwi, wokoło było ciemno. Tylko ta linia, jakby promień światła... Czułam jak mnie osacza, wiedziałam, że zaraz mogę nie dać rady, że zaraz on może mną zawładnąć, nie chciałam żeby to stało się w kościele dlatego szybko uciekałam przed dziwnymi spojrzeniami ludzi. Na dworze, tuż za drzwiami stał posąg jakiegoś świętego już nie pamiętam kto to był... powiedziałam tylko "Pomóż". Podeszłam do ławki, usiadłam, zwymiotowałam kilka razy. Wyszła za mną koleżanka, pytała czy nie chcę pojechać do lekarza, jak się czuję...piekło mnie serce i mostek. Chciałam tylko być sama. Kilka razy w tym "śnie na jawie" jego potworny głos dobywał się z moich ust, miałam konwulsje, wymiotowałam, skręcało mnie, to było przerażające. Wtedy nazywałam to koszmarami i myślałam, że mam coś nie tak z głową. Wtedy też pomogłam kilku osobom wrócić do życia... Z czasem zrozumiałam, że on próbuje zawładnąć mną, moim ciałem i duszą. Byłam zmęczona, wyniszczona, nie spałam prawie wcale".

Było bardzo ciężko, bo wszystko w około zdawało się mroczne, a na końcu tej ciemności widniał maleńki otwór, przez, który wpadał wąski promień światła. Byłam załamana, że jest niewielka szansa, że takie słabe światło rozświetla mi drogę. Z drugiej strony lepsze słabe światło w tunelu niż jego brak.

Pomrukiwania nocnych mar odganiałam zupełnie świadomie modląc się przez sen. Zawsze zaczynałam słowami "Ojcze Nasz, któryś jest w niebie..." moje serce bolało okropnie, a dusza rozrywała się na miliony drobnych kawałków. Straszne jest uczucie, kiedy widzisz swoje błędy, kiedy wiesz, że Bóg je również widzi i kiedy musisz przyznać,
że jednak nie miałeś racji. Trudniejsze to zdecydowanie niż przyznanie się przed rodzicami do "głupich błędów". Targało mną wiele różnych emocji. Wbrew wszelkim lawirowaniem myśli moje wnętrze samo krzyczało i wołało o pomoc. Pierwsze modlitwy wymawiane we śnie brzmiały jak to mawiają "jak psu z gardła wyrwane". Słyszałam potworny głos i bałam się, że wydobywa się on z moich ust. Zło było we mnie. Uświadomiłam sobie, że zabrnęłam dalej niż sobie to wyobrażałam, że wcale nie trudno zaprosić do swego wnętrza to co Bogu nie miłe. Mówiąc we śnie słowa modlitwy dławiłam się, słyszałam ten okropny głos, który walczył ze mną, by nie wypowiedzieć tych słów. Najtrudniej było wypowiedzieć "Zdrowaś Maryjo, łaskiś pełna...", miałam wtedy wrażenie duszenia się, zupełnie jakby nie chciało mi to przejść przez gardło. Byłam tym przerażona, ale nic prócz modlitwy nie mogłam zrobić.

Dopadał mnie wtedy we śnie tzw. paraliż. Całkowita niemoc, brak możliwości poruszenia jakąkolwiek częścią mego ciała. Nagłe wyskakiwanie duszy z ciała. Stawanie oko w oko, twarzą w twarz z demonami i "złymi mocami". Budziłam się wycieńczona, zmęczona zupełnie tak jakby wszystko to działo się naprawdę. Bywało wiele razy tak, że budziłam się z siniakami, których pochodzenie było mi nie znane. Ciekawe, że nabawiałam się ich w bardzo dziwnych miejscach, przy śnie zupełnie nieruchomym - paraliż chociażby. Skorupa pękała, nadszedł czas. Wtedy nasiliły się moje sny. Sny inne niż dotychczasowe koszmary. Choć nadal i te powracały dość często, chcąc mnie odstraszyć, odciągnąć, zabrać.

Z nikąd jakby spotykały mnie "przypadki" jeden za drugim.
Nocą we śnie Bóg zaczął przemawiać do mnie.

***

grom, płomień, znak
we śnie zwykłeś przemawiać
do mnie
nadal nie wiem
skąd czerpać sił tyle
myślę
już nie martw się o mnie
chyba sam się zraniłem
gniew mój
znalazł mnie tutaj
nie mogłem już zamknąć bramy
rażony mocą pioruna
ukryłem się w dali
jednak znów odnalazłeś
swój księżycowy kamień
umysł ten nocą
nie może zasnąć
darzony obrazami
wiem, że te senne wizje
to dowód jest od Ciebie
objawiasz mi się nocą
za dnia
jesteś u siebie

Wstydziłam się, że gotowa byłam poświęcić to co On dał mi dla własnego dobra, jak wtedy sądziłam. Nie dość, że owo "dobro" okazało się najgorszą z postaci zła, do tego wstyd i wyrzuty sumienia nie dawały żyć. On jednak przy modlitwie każdej dawał znać, że przebacza. Wiele czasu minęło nim mu uwierzyłam. Piszę to wszystko byście zrozumieli, że nawet jeśli wydaje Wam się, że nie ma już żadnej szansy, ona jest i Bóg zawsze Wam ją daje. Cokolwiek byście nie uczynili, jakkolwiek byście nie zgrzeszyli, On czeka na Was. Kiedy czujecie, że pęka Wam serce: DAJCIE MU PĘKNĄĆ!

Kiedy pęka skorupa, która przez całe życie otaczała i obrastała wokół prawdziwego serca, która kryła świat przed duszą ból jest niemal nie do wytrzymania. Jednak pamiętajcie: Bóg nigdy nie ześle na Was więcej cierpień niż jesteście w stanie przetrwać!

Moment w którym wszystko zdaje się nie mieć już sensu, żadnego znaczenia. Kiedy człowiek nie czuje już niczego prócz bólu - POTWORNEGO BÓLU - jest momentem,
w którym zaczyna powoli żyć.

Wielu ludzi z którymi rozmawiam uważa za absurd teorię, że nie ma drogi do Boga bez cierpienia. Jednak nie ma. Nie tutaj gdzie jesteśmy i nie teraz, nie tak daleko jak pozwoliliśmy sobie zabrnąć. Możesz żyć, oszukując siebie, że wszystko jest w porządku i udając, że nic Cię nie boli, że tak jest Ci dobrze. Możesz jednak przestać udawać, możesz przyznać się przed sobą samym i przed Bogiem, że słyszysz wyraźnie Jego głos i Jego wołanie. Możesz - bo Bóg dał Ci wolną wolę, nie pozwalaj więc innym by Ci ją odbierali. Przestań zagłuszać fałszywą myślą krzyk Twego Spętanego Serca. Kiedy Serce krzyczy nagle pojawiają się w oczach łzy. Kiedy Serce krzyczy, nagle mówisz dziwne słowa, pęka Ci głowa od hałasu, krzyk rozdziera Ciebie całego. Słuchaj krzyku swego Serca. Tak też krzyczy Serce Boga.

Amen

cdn...

29. Sep. 2008

GODAN