|
Po poprzednim artykule zapytacie:
Dlaczego dobre?
Skoro w tym na razie ani nic dobrego, a i złego nie wiele. Dobre, bo
takimi się wydawały wówczas te zdarzenia. Kiedy pogłębiający się
skrajny pesymizm i ogólne zniechęcenie powoli zaczyna władać myślami
człowieka wszystko to co go otacza nabiera znaczenia. Byłam nikim,
tak to odczuwałam, a w tej mojej bezwartościowości wewnętrznej
potrzebowałam poczuć siebie, zrozumieć czy jestem nikim
rzeczywiście, czy też może nie wiem kim jestem. A ponieważ nigdy nie
wierzyłam w przypadki, spotkani na mojej drodze ludzie mocno
zaangażowani w tzw. "magię" pokazywali mi różne sposoby
"polepszenia" sobie życia. Udało się pomóc kilku osobom dzięki
przeprowadzonym rytuałom. Co z tego, skoro w tej obrzydliwej zabawie...
...I TO ZAPAMIĘTAJCIE WSZYSCY:
ZŁO W TEJ ZABAWIE NIE ZNIKA,
ALE ZAWSZE PRZECHODZI NA NASTĘPNĄ OSOBĘ
W DODATKU NABIERAJĄC WIĘCEJ SIŁ.

Niestety za późno się o tym dowiedzieliśmy. Nie rozumiałam wtedy do
końca tego co się działo, chciałam przecież żeby było dobrze, ale
nie miałam przewodnika. Zmierzaliśmy więc w kierunku przeciwnym do
tego, który zapisało nam przeznaczenie. Słono za to zapłaciłam.
W ciągu dnia zaczęłam słyszeć przerażające dźwięki i widzieć obrazy
niczym z piekła rodem. Widziałam wijące się dusze, węże, brud,
cienie, chaos, wszelkie potworności. Słyszałam jęki, kwilenia,
drapanie, sapanie. Czułam na swoim karku obrzydliwy oddech wielkiej
bestii, która rozwijała się w ukryciu ogarniając mnie lękiem i
strachem. Czasami miałam wrażenie, że próbuje we mnie wejść. Nie raz
czułam jak próbowali to robić: Zawładnąć moim ciałem i duszą. Za
dnia uciekałam przed tymi hałasami i obrazami, ale nocą czy
wieczorami nie było to możliwe. Wiłam się w łóżku, przewracałam,
łapały mnie ciągłe skurcze. W nocy nie spałam, ale uciekałam...
ciągle miesiącami uciekałam przed straszliwą marą, która ze mnie się
naigrywała. Słyszałam niemalże każdej nocy, każdego wieczoru jak
mówiła "Zniszczę Cię, wrócę po Ciebie, oddasz mi to co moje, nie
uciekniesz, nigdy nie uciekniecie!" i śmiała się przy tym potwornym,
skrzypiącym, charczącym śmiechem.
Przyszedł czas całkowitego zwątpienia we własne siły. Przerażało
mnie to co działo się
we mnie i w okół. Każda noc wykańczała mnie a wszyscy dziwili się,
co ja taka nie wyspana. Ja zaś walczyłam - sama ze sobą. Demonów
było więcej niż się spodziewałam, widziałam je wszędzie, czułam ich
obecność. Którejś nocy poczułam, że coś na mnie leży i przygniata
mnie do łóżka. Nie potrafię tego opisać, wiem o tym tylko ja, to
było obrzydliwe. Po tym chciałam się zabić. Nawet zdało się
"dojrzałam" do tej decyzji. Chciałam się zabić, bo nie chciałam Bogu
robić przykrości. Jemu przecież będąc jeszcze dzieckiem obiecałam
oddać swoją duszę i znosić wszelkie cierpienia, jakie na mnie ześle.
Jemu obiecałam trwać z siłą w wierze i w modlitwie. Zawaliłam
sprawę. Poczułam się za to odpowiedzialna, chciałam uciec. Czułam
sie przecież nikim, najlepszą więc formą rekompensaty za to wszystko
wydała mi się ŚMIERĆ. Brzmi strasznie może, ale tak myślałam.

03/04.08
Że też jeszcze tutaj jestem? A gdzie indziej miałbym być? W bezmiarze, na bezkresach
wszechświata, w miejscu, gdzie rzekomo rzeczy niematerialne potrafią
funkcjonować mimo wygaśnięcia energii. Wszystko nie ma granic,
nieograniczoność, bezkres, wszystko jest wszech... jak Wszechobecny i
Wszechświat. Jest coś w powietrzu, co woła, krzyczy, chodź ze mną
Nie zniosę tego chyba...brak ratunku! Niby nic takiego, ale w tych
momentach łatwiej, a może "łatwiej" byłoby być samemu. Bez ciężaru (chyba
na psychice, sama nie wiem). Niestety, a może na szczęście,
ale ktoś jest i musi się człowiek kurczowo trzymać ziemi po której
stąpa.
Słyszę coś... "You are not alone" śpiewa Michael Jackson. Hmm... Nie
każmy sobie
czuć rzeczy nieprzyjemnych po raz kolejny. Odrzućmy to gdzieś w
stary, zakurzony kufer
z rzeczami do spalenia. Tylko faktycznie należałoby to spalić, a nie
za kilka czy kilkanaście lat otworzyć wieczko i powrócić do stanu,
który na pewno nie wiele wie o przyjemności.

Wieje chłodem, na niebie migają jasne punkciki, odbijające światło
większych gwiazd. Kto tam jest?! Kto i czego chce?! Kim jesteś?! Mów
ludzkim językiem, bo Cię nie rozumiem! Proszę. Ja?! Do czegóż Ci Ja
potrzebnym jestem?! Ja, bezużyteczny?! BÓL. Za co? ! Nie wytrzymuję
tego bólu wewnątrz, rozdziera, niszczy, krwawię! Znikam. To
najlepsze w tej chwili (ono tak
mówi). Ono znów mówi coś. Boże, przecież nikogo tu nie ma.
Okno otwarte dość szeroko. Gaszę światło. Siedzę przy nim.
Przepraszam Was! Teraz walczę! Jak nigdy do tej pory! To trudne, to
mnie przerasta! Nie wiem co się dzieje. Pomóżcie! - i nikt nie
słyszy. Nie mogę! To mnie rozdziera na pół! Nie chciałam! Dacie
sobie radę! Będę nad Wami czuwać. Nie dam skrzywdzić. Zimno mi w
stopy. Mocno wieje. Wybaczcie! Kochajcie! Nie znajcie nienawiści!
Trzymajcie się! Kocham Was! Przepraszam! Nie wiem co to, ale ciągle
woła, tam w dali za oknem - słyszę ten głos! Boję się odłożyć pióro,
bo wtedy ono każe mi to zrobić...
"kap, kap, kap,... nie pytaj co to"
Spójrzcie czasem w niebo. Pomacham nie raz. Uśmiechnę się. Będę... ze
słońcem za pan brat. Świat to urojenie, ja tylko chcę je przerwać!
Już mnie nie ma! PRZEPRASZAM
"If I could turn back time"
PRZEPRASZAM! PRZEPRASZAM! PRZEPRASZAM!"
I czego według Was należałoby się teraz spodziewać? Powyższe to
doskonale toksyczna awaria mózgu, która w wielu przypadkach prowadzi
do posunięć nieodwracalnych i ewidentnie przygnębiających. Przykre,
a jednak zupełnie prawdziwe. Choć lepiej byłoby żeby takie sytuacje
były jedynie wymysłem człowieka i czystą hipotezą na zasadzie, co by
było, gdyby.

05.08 - O matko! Nie chcę już pić drogiego wina, bo ono zmieszane jest z
potem męczenników. Nie chcę stąpać po puszystych dywanach, bo stopy
moje chodziłyby po charczących piersiach suchotników. Nie chcę nosić
pięknego odzienia, bo ono paliłoby mię jak tunika zaprawiona krwią
ze śmiertelnej rany centaura Nessosa - "Przedwiośnie, S. Żeromski"
Jestem kimś
innym. Żyję.

To był przełom z pewnością w moim poczuciu własnej tożsamości.
Uderzył niczym
"grom z jasnego nieba" (nawet tak to wyglądało widziałam to) i
wskazał, że droga
cierpienia dopiero się zaczyna. A ja tak bardzo pragnęłam jej końca.
Jednak zrozumiałam tyle, że to nie ja decyduję na tym etapie o swoim
życiu, że ktoś inny ma wobec mnie jakiś plan. Nie mogłam w to
uwierzyć po długim czasie wewnętrznej odrazy do samej siebie.
To co spłynęło na mnie tej nocy nazwałam NOWYM ŻYCIEM. Tym, o które
się modliłam
w ukryciu dużo wcześniej i tym o które wzywałam w ostatnich dniach.

Nie myślcie sobie, że w ten sposób nagle skończyły się moje problemy
z dziwnymi głosami, widziadłami itp. O nie nie, powiedziałabym
raczej, że się nasiliły, a walka z nimi stała się moją obsesją.
Obiecałam Bogu, że "zniszczę szatana na wieki". Kiedy zaś spotykałam
służące mu dusze piekielne i im podkreślałam, że go zniszczę i
zabiję i nigdy go już nie będzie.
Zmieniło się wówczas tylko moje nastawienie. Nagle jakby mnie
olśniło z góry, że to wszystko to próba sił, że muszę trwać w
modlitwie, że świat od tego zależy ilu z nas podejmie się tej
"walki". Zrozumiałam też, że nie jestem i przez cały ten czas nie
byłam sama. Bóg czuwał, czuwał Anioł Stróż, Opiekunowie i inni
musiałam upaść, by móc powstać.

Amen
cdn...
26. Sep. 2008
GODAN
|