NASZE DOŚWIADCZENIA

DALSZA MOJA DROGA...
(CZĘŚĆ 3)
LINK! DO CZĘŚCI 2

LINK! DO CZĘŚCI 4

Następny etap na ścieżce duchowego rozwoju poprzedził znowu kolejny wielki sen. Było to ponad dwa lata temu. Pewnej nocy przyśniła mi się moja szyja, przyozdobiona pięknym srebrnym łańcuszkiem. Niby nic nadzwyczajnego, ale ten łańcuszek nie był delikatny, misterny, przypominał raczej bransoletkę. W języku podświadomości łańcuszek symbolizuje nie tyle ozdobę, co ograniczenia i przeszkody. Wtedy zrozumiałam, że pełne oczyszczenie i zbalansowanie czakramu gardła też będzie nie lada wyczynem. I zaczęło się. Ciągłe przeziębienia, tygodniami trwający katar, który swoimi objawami bardziej przypominał reakcję alergiczną na jakiś alergen, niż stan zapalny na podłożu bakteryjnym, czy wirusowym. Zapchane zatoki i pulsujący ból głowy niejednokrotnie stawały się nie do zniesienia. Jakby tego było mało zaczęło szaleć moje gardło. Zaczęłam odczuwać ogromną blokadę, która bardzo utrudniała mi mówienie. Nieraz tylko wydawałam dziwny bełkot. Zaczęłam się też chwilami jąkać. Byłam przerażona, przecież nigdy nie miałam do tej pory problemów z wysławianiem się. Zastanawiałam się na tym dziwnym i bardzo niepokojącym zjawiskiem. Bardzo sztywniał mi wtedy kark i barki, czułam jakby ktoś skrępował mnie żelaznymi obręczami. Innym razem odczuwałam ogromne pulsowanie w gardle, któremu na jeden raz towarzyszył słowotok. Był to objaw braku balansu w tej czakrze.

Od tego czasu minęło ponad dwa lata. Zatoki, które mi tak dokuczały przez ten czas odblokowały się jakby ręką odjął. Ale doszły za to inne objawy. Ogromne swędzenie gardła ( wcześniej swędziało mnie serce), uszu, a teraz oczu. Jest to tak dokuczliwe, że czasami mam ochotę drapać się cały czas. To jednak nie koniec sensacji. Otóż z chwilą, gdy stabilizowała moja piąta czakra, zaczęłam inaczej postrzegać rzeczywistość. Rzadziej wybiegałam myślami w przyszłość, nauczyłam się żyć chwila obecną. Co raz częściej towarzyszyły mi spontaniczne uczucia, takie jak u dziecka, pod wpływem chwili. Przestałam się bać przyszłości, odszedł gdzieś lęk, strach o jutro. Zaczęła się liczyć tylko teraźniejszość. Przestałam się także bać śmierci. Potrafię o niej rozmawiać jak o naturalnym procesie wpisanym w życie każdej jednostki. Bardzo polubiłam też milczenie. Nie wdaję się w żadne bezpodstawne dyskusje. Wypowiadam się w sprawach ważnych i decydujących o przyszłości lub powodzeniu jakiegoś przedsięwzięcia W chwili obecnej odczuwam coraz silniejsze pulsowanie w głowie, a nawet ucisk w jej części czołowej. Pojawiło się dziwne wibrowanie, któremu towarzyszy uczucie gorąca. Ostatnimi czasy zauważyłam między brwiami różową plamkę, która ciemnieje. Zauważam coraz większe zmiany w wygładzie moich oczu. Niektórzy mi mówią, że mam dwa zwierciadła, w których można się przejrzeć, bo tak błyszczą. Zmienił mi się sposób percepcji, czasami zdarza mi się widzieć osoby trójwymiarowo. Z pewną dozą niepokoju, ale także zaufania do Stwórcy czekam na dalszy rozwój sytuacji.

Z chwilą mojego wejścia na ścieżkę duchowego rozwoju zaczęłam ćwiczyć cnotę cierpliwości. Właśnie z cierpliwością było u mnie najgorzej. Chciałam szybciej posuwać się naprzód, denerwowałam się, że moje ciało tak wolno dostraja się do nowych warunków. Teraz z perspektywy czasu, gdy patrzę na ten cały rozwój wypadków, to widzę, że wszystko ma swój czas, również moje duchowe wzrastanie. Nie da się go przyśpieszyć, bo ten cały misterny proces zostanie poważnie zachwiany i zamiast posuwać się naprzód staniemy w miejscu, lub co gorsza cofniemy się do poprzedniego stanu. W tym czasie zaobserwowałam u siebie dziwne zjawisko. Im bardziej kierowałam swoją energię do wewnątrz, tym trudniej koncentrowałam się na codziennych obowiązkach i zajęciach. Nieraz to aż przymuszałam się, żeby wykonać różne czynności.

Z biegiem czasu, im bardziej wzmacniałam ducha, moje ciało robiło się jakby słabsze. Oprócz bólów w kończynach górnych i dolnych odczuwałam słabsze napięcie mięśni. Również częściej obserwowałam i nadal obserwuję u siebie chwilową utratę kontaktu z rzeczywistością. Szczególnie następuje to wtedy, gdy wczytuję się w jakąś interesującą mnie książkę lub artykuł. Nie muszę nawet wtedy medytować, aby "odpłynąć". Znajduję się wtedy w jakieś pustce, odłączam się od tej zewnętrznej krzątaniny i przebywam chwilowo w jakimś innym wymiarze. W tym czasie zauważyłam również, że mój zegar biologiczny inaczej odmierza czas mojemu ciału.

Mimo upływu czasu odzyskałam młodzieńczą świeżość i sprężystość. Jednym słowem odmłodniałam. Niektóre głębsze zmarszczki uległy spłyceniu, a te które zaczynały się dopiero pojawiać zniknęły zupełnie. Sylwetka mi się wyprostowała, zmienił się mój chód.
Stał się lekki jakby wykonywał jakiś taniec, a nie prostą czynność poruszania się. Waga ciała unormowała się, nie muszę stosować żadnych diet, bo organizm sam wybiera pokarm dla siebie, który mam mu dostarczyć podczas posiłku.

Również z chwilą mojego spirytualnego wzrastania zauważyłam, że zmienił mi się kształt dłoni oraz linie papilarne. Przybyło mi nie tylko sporo nowych linii, ale także pojawiły nowe znaki. Co ciekawe linie i znaki pojawiły się zarówno na prawej i lewej ręce. Główne linie (Życia, Głowy i Serca) pogłębiły się i nabrały regularnych kształtów. Co ciekawe na początku i końcu mojej linii życia pojawił się piękny ochronny kwadrat. Również zmiany zaszły w liniach drugorzędnych (Losu, Słońca i Merkurego). W tym miejscu, gdzie przypada faktyczny mój wiek, w którym rozpoczęłam rozwój duchowy, te linie, pomimo iż są kontynuowane (miałam ich wcześniej), stanowią jakby odrębny początek, są silniej zaznaczone oraz co ciekawe nie biegną już pojedynczo, tylko w sąsiedztwie swoich bliźniaczych linii. I tak np. lina Losu w momencie, gdy rozpoczęłam życie duchowe, posiada cztery zespolone kwadraty, które łączą ze sobą linię wcześniejszą i już trzy linie późniejsze. Każda z tych linii (Losu, Słońca i Merkurego) jest zakończona kwadratem. Co ciekawe zjawisko to obserwuję na obydwu rękach.

cdn...

Maria