|

Następny etap na ścieżce duchowego rozwoju poprzedził znowu kolejny
wielki sen.
Było to ponad dwa lata temu. Pewnej nocy przyśniła mi się moja
szyja, przyozdobiona pięknym srebrnym łańcuszkiem. Niby nic
nadzwyczajnego, ale ten łańcuszek nie był delikatny, misterny,
przypominał raczej bransoletkę. W języku podświadomości łańcuszek
symbolizuje nie tyle ozdobę, co ograniczenia i przeszkody. Wtedy
zrozumiałam, że pełne oczyszczenie i zbalansowanie czakramu gardła
też będzie nie lada wyczynem. I zaczęło się. Ciągłe przeziębienia,
tygodniami trwający katar, który swoimi objawami bardziej
przypominał reakcję alergiczną na jakiś alergen, niż stan zapalny na
podłożu bakteryjnym, czy wirusowym. Zapchane zatoki i pulsujący ból
głowy niejednokrotnie stawały się nie do zniesienia. Jakby tego było
mało zaczęło szaleć moje gardło. Zaczęłam odczuwać ogromną blokadę,
która bardzo utrudniała mi mówienie. Nieraz tylko wydawałam dziwny
bełkot. Zaczęłam się też chwilami jąkać. Byłam przerażona, przecież
nigdy nie miałam do tej pory problemów z wysławianiem się.
Zastanawiałam się na tym dziwnym i bardzo niepokojącym zjawiskiem.
Bardzo sztywniał mi wtedy kark i barki, czułam jakby ktoś skrępował
mnie żelaznymi obręczami. Innym razem odczuwałam ogromne pulsowanie
w gardle, któremu na jeden raz towarzyszył słowotok. Był to objaw
braku balansu w tej czakrze.

Od tego czasu minęło ponad dwa lata. Zatoki, które mi tak dokuczały
przez ten
czas odblokowały się jakby ręką odjął. Ale doszły za to inne objawy.
Ogromne swędzenie gardła (
wcześniej swędziało mnie serce), uszu, a teraz oczu. Jest to
tak dokuczliwe,
że czasami mam ochotę drapać się cały czas. To jednak nie koniec
sensacji. Otóż z
chwilą, gdy stabilizowała moja piąta czakra, zaczęłam inaczej
postrzegać rzeczywistość. Rzadziej wybiegałam myślami w przyszłość,
nauczyłam się żyć chwila obecną. Co raz częściej towarzyszyły mi
spontaniczne uczucia, takie jak u dziecka, pod wpływem chwili.
Przestałam się bać przyszłości, odszedł gdzieś lęk, strach o jutro.
Zaczęła się liczyć tylko teraźniejszość. Przestałam się także bać
śmierci. Potrafię o niej rozmawiać jak o naturalnym procesie
wpisanym w życie każdej jednostki. Bardzo polubiłam też milczenie.
Nie wdaję się w żadne bezpodstawne dyskusje. Wypowiadam się w
sprawach ważnych
i decydujących o przyszłości lub powodzeniu jakiegoś przedsięwzięcia
W chwili obecnej odczuwam coraz silniejsze pulsowanie w głowie, a
nawet ucisk w jej części czołowej. Pojawiło się dziwne wibrowanie,
któremu towarzyszy uczucie gorąca. Ostatnimi czasy zauważyłam między
brwiami różową plamkę, która ciemnieje. Zauważam coraz większe
zmiany w wygładzie moich oczu. Niektórzy mi mówią, że mam dwa
zwierciadła, w których można się przejrzeć, bo tak błyszczą. Zmienił
mi się sposób percepcji, czasami zdarza mi się widzieć osoby
trójwymiarowo. Z pewną dozą niepokoju, ale także zaufania
do Stwórcy czekam na dalszy rozwój sytuacji.

Z chwilą mojego wejścia na ścieżkę duchowego rozwoju zaczęłam
ćwiczyć
cnotę cierpliwości. Właśnie z cierpliwością było u mnie najgorzej.
Chciałam
szybciej posuwać się naprzód, denerwowałam się, że moje ciało tak
wolno dostraja
się do nowych warunków. Teraz z perspektywy czasu, gdy patrzę na ten
cały rozwój wypadków, to widzę, że wszystko ma swój czas, również
moje duchowe wzrastanie.
Nie da się go przyśpieszyć, bo ten cały misterny proces zostanie
poważnie zachwiany
i zamiast posuwać się naprzód staniemy w miejscu, lub co gorsza
cofniemy się
do poprzedniego stanu. W tym czasie zaobserwowałam u siebie dziwne
zjawisko.
Im bardziej kierowałam swoją energię do wewnątrz, tym trudniej
koncentrowałam się
na codziennych obowiązkach i zajęciach. Nieraz to aż przymuszałam
się, żeby wykonać różne czynności.
Z biegiem czasu, im bardziej
wzmacniałam ducha, moje ciało robiło
się jakby słabsze. Oprócz bólów w kończynach górnych i dolnych
odczuwałam słabsze napięcie mięśni. Również częściej obserwowałam i
nadal obserwuję u siebie chwilową utratę kontaktu z rzeczywistością.
Szczególnie następuje to wtedy, gdy wczytuję się
w jakąś interesującą mnie książkę lub artykuł. Nie muszę nawet wtedy
medytować,
aby "odpłynąć". Znajduję się wtedy w jakieś pustce, odłączam się od
tej zewnętrznej krzątaniny i przebywam chwilowo w jakimś innym
wymiarze. W tym czasie zauważyłam również, że mój zegar biologiczny
inaczej odmierza czas mojemu ciału.
Mimo upływu
czasu odzyskałam młodzieńczą świeżość i sprężystość. Jednym słowem
odmłodniałam. Niektóre głębsze zmarszczki uległy spłyceniu, a te
które zaczynały się dopiero
pojawiać zniknęły zupełnie. Sylwetka mi się wyprostowała, zmienił
się mój chód.
Stał się lekki jakby wykonywał jakiś taniec, a nie prostą czynność
poruszania się.
Waga ciała unormowała się, nie muszę stosować żadnych diet, bo
organizm
sam wybiera pokarm dla siebie, który mam mu dostarczyć podczas
posiłku.

Również z chwilą mojego spirytualnego wzrastania zauważyłam, że
zmienił mi
się kształt dłoni oraz linie papilarne. Przybyło mi nie tylko sporo
nowych linii, ale
także pojawiły nowe znaki. Co ciekawe linie i znaki pojawiły się
zarówno na prawej
i lewej ręce. Główne linie (Życia,
Głowy i Serca) pogłębiły się i nabrały regularnych
kształtów. Co ciekawe na początku i końcu mojej linii życia pojawił
się piękny ochronny kwadrat. Również zmiany zaszły w liniach
drugorzędnych (Losu, Słońca i
Merkurego).
W tym miejscu, gdzie przypada faktyczny mój wiek, w którym
rozpoczęłam rozwój
duchowy, te linie, pomimo iż są kontynuowane (miałam
ich wcześniej), stanowią jakby odrębny początek, są silniej
zaznaczone oraz co ciekawe nie biegną już pojedynczo,
tylko w sąsiedztwie swoich bliźniaczych linii. I tak np. lina Losu w
momencie, gdy rozpoczęłam życie duchowe, posiada cztery zespolone
kwadraty, które łączą ze sobą
linię wcześniejszą i już trzy linie późniejsze. Każda z tych linii (Losu,
Słońca i Merkurego) jest zakończona kwadratem. Co ciekawe
zjawisko to obserwuję na obydwu rękach.

cdn...
Maria
|