Prosić o jej objawienie jest o wiele łatwiej, niż ja przyjąć. Jak
sobie przypomnę
ten czas, w którym świat wydawał mi się tak okropny, że nic już
gorszego nie można
było o nim powiedzieć myślę, czy byłam gotowa? A może właściwie w
tym ziemskim materializmie nigdy nie jesteśmy gotowi. Byłam wtedy
chodzącym współczuciem.
Miałam wyrzuty sumienia jak zdeptałam niechcący ślimaka. Moje serce
zawsze pękało,
gdy obserwowałam cierpienie ludzi dorosłych, dzieci, zwierząt, gdy
patrzyłam na niesprawiedliwość, głód, śmierć, wojny. Takie uczucie
może i jest zrozumiałe,
może i wszyscy tak mają, że zamykają się w swoich czterech ścianach
i wyrzucają
Bogu, jak może na to pozwalać. Ja tak wtedy robiłam, zasypywałam go
milionem pytań.
Ciągle do niego gadałam, przez to też pewnie nie było chwili ciszy w
której On mógłby udzielić mi odpowiedzi. Pewnie dobrze wiedział, że
muszę najpierw wyrzucić to z siebie, dopiero z pustką wewnętrzną
jesteśmy w stanie podjąć się tego słuchania. Może zdarzają się
przypadki kiedy szczęśliwy i zaabsorbowany swoim życiem człowiek
dostanie od Niego jakiś strzał informacji. Zwykle jednak nie jest o
to łatwo.
Po wyrzutach kierowanych w Jego stronę, które trwały kilka lat,
poczułam się pusta
jakby ktoś wyrwał ze mnie wszystko co było w środku. Mogłam mieć z
13 lat kiedy
moje stanowisko zaczęło się zmieniać, 14 lat kiedy zainteresowałam
się Bogiem samym
w sobie i zaczęłam się zastanawiać kim lub czym jest. Wtedy ilość
wyrzutów zmniejszyła się, za to pojawiło się jedno właściwie pytanie
"Kim lub czym jesteś? Wybacz jeśli tym pytaniem Cię uraziłam, ale
nie mogę tak dalej. Pragnę poznać Prawdę. Pokaż mi Prawdę". Tak tymi słowami modliłam się każdego dnia po kilka razy dziennie.
Oczekiwałam od
Niego Prawdy w całości, nie w strzępkach które przewalały się na
zajęciach z religii.
Prosiłam o nią około 2 lata, a właściwie żądałam jej. Kilka lat temu
zaczęłam to
wszystko opisywać by dać odzwierciedlenie tych przemian w moim
życiu.
"Zrozumiałam, że jest wokół mnie jeszcze coś, ale o istnieniu tego
do tej pory nie zdawałam sobie sprawy. Coś, co kiedyś budziło mnie
każdej prawie nocy, by zwrócić na siebie uwagę, coś ponad
zmysłowego, tajemniczego, ale i jak najbardziej realnego. Zaczęłam
się trochę więcej interesować istotą życia, religią i tym wszystkim
co na co dzień do tej pory było czymś oczywistym. Teraz miało się
wiele zmienić. Nic nie było już takie oczywiste jak kiedyś. Zaczęłam
poznawać różnych ludzi, czytać różne książki - również naukowe.
Podstawy
mojej wiary legły w gruzach. Dlaczego? Pojawiło się tak wiele faktów
sprzecznych z tym czego nauczono mnie w domu, że zasiało to we mnie
ogromne
ziarno zwątpienia. Nie w samego Boga, ale w Jego wykreowany
przez lata obraz.
Zaczęłam analizować pewne zdarzenia i sytuacje pod
innym kontem, z innego
punktu widzenia. Stałam się bardzo
dociekliwa. Mój cel został ściśle określony -
żądałam prawdy. Nawet
nie to, że chciałam ją poznać. Bardziej trafne byłoby
stwierdzenie,
że stało się to dla mnie sprawą życia i śmierci. Nie znałam jeszcze
wówczas realnych skutków tego poznania. Wydawało mi się, że każda
forma, sposób poznania czegoś, kogoś, jest dobra. Dlatego też nie
wpadło mi do głowy, że może być inaczej. A jednak słuszne jest
stwierdzenie, iż nasze życie nie jest usłane różami."
Tak bardzo zajęta byłam tym poszukiwaniem Prawdy, że zapomniałam
zupełnie
o tym co we mnie, o duszy, tchnieniu Boga. Oddałam się poszukiwaniom
stricte
naukowym, wiedza miała być jedynym źródłem poznania. Dziś wiem, że
nie był
to dobry wybór. Wiedza to jedno, mądrość jednak niezbędną jest by
wiedzę móc
ocenić należycie. Ja tej mądrości nie miałam, nawet dziś ona jeszcze
się we mnie
kształtuje. Wtedy jednak byłam przekonana, że wiedza, nauka to
wszystko. Niestety
bez mądrości wiedza okazała się być tylko
"zerwanym jabłkiem" tym samym, które
zerwała Ewa. Tak więc jabłko -
tutaj wiedza, okazało się tylko owocem wielkiego
Drzewa Mądrości.
Owoce te jednak tylko w połączeniu z Drzewem Mądrości były
tym czym
być miały, trzymane w moich rękach, jak jabłko w dłoniach Ewy stały
się
źródłem poznania dobra i zła. Dobry Boże, nigdy bym wcześniej
nie pomyślała,
że zachowam się jak Ewa. A jednak, dałam się skusić...
"Wtedy wąż rzekł do niewiasty:
Z całą pewnością nie umrzecie. Gdyż Bóg wie, że w tym samym dniu, w
którym z niego zjecie, wasze oczy na pewno się otworzą i na pewno
staniecie się podobni do Boga, będziecie znali dobro i zło"
Gdybym w tamtym czasie prócz suchej wiedzy starała się słuchać tego
co Bóg
próbuje mi przekazać w ciszy pewnie inaczej by się to wszystko
rozegrało. Teraz
jednak już po czasie. Tak więc zdobyłam jakąś tam wiedzę, która
stała się źródłem
mojego cierpienia. Dopiero teraz poznałam czym jest wielowymiarowe
cierpienie. Współczucie, które mnie wcześniej ogarniało było niczym,
przy strachu i lęku o życie
moje i nie tylko moje. Pewna, że to co znalazłam jest tym właściwym
w pełni oddałam
się temu. Nie poprzestałam jednak rozmawiania z Bogiem i wiem teraz,
że tylko dzięki
temu jestem tu gdzie jestem na Drodze Przeznaczenia. O moich
doświadczeniach
z "wiedzą" jako zakazanym owocem na pewnym etapie rozwoju ludzkiej
jednostki
będę musiała napisać z osobna, jest tego bowiem zbyt wiele by pisać
o tym w tym
temacie. Bez wątpienia jednak artykuł ten jest wstępem do mojej
przestrogi dla Was
przed stawianiem żądań, gdy dusza nie gotowa. Jak więc wspomniałam
tylko dzięki rozmowom z Bogiem jakoś z tego wyszłam, a było to
potwornie trudne. W końcu się uciszyłam. Zostawiłam wszystko, byłam
już tak sfatygowana wewnętrznie, że to co
było we mnie było tylko niewielkimi strzępkami ludzkiej istoty,
trzymającymi się siebie
na niepewnych niteczkach. Wydawało się, że gorzej być nie może, że
delikatny podmuch wiatru może zniszczyć wszystko. Wtedy w tej ciszy,
w tym nie poszukiwaniu On
postanowił pokazać mi Prawdę. I wcale nie
było to dla mnie spełnienie marzeń. Po jej poznaniu żałowałam,
szczerze żałowałam, że w ogóle o nią prosiłam. Nie byłam na nią
gotowa
(tak mi się wydawało), nie w tym stanie - rozerwanej duszy. Dziś
wiem, że On najlepiej potrafi ocenić, kiedy kto z nas jest na co
gotów, tylko On może to stwierdzić.
"Czasami w naszym życiu dzieje się coś, czego w najgorszych
koszmarach nie doświadczyliśmy. Budzimy się nagle i stajemy w
obliczu prawdy. Nagle ni stąd ni zowąd wszystko wygląda zupełnie
inaczej, świat odwraca się "do góry nogami". Boimy się na to
spojrzeć. Walczymy ze sobą , nie chcemy i nie wierzymy, że to w
ogóle może być Prawda. Pragniemy raz jeszcze się obudzić, ale już
nie ma z czego. Z życia? To niemożliwe.
W jednej chwili tracimy coś,
czego wartości do tej pory nie potrafiliśmy docenić ani zauważyć.
Łzy... nienawiść... żal... smutek... ból..., nic nie da się zrobić".
Tak więc jaka była moja reakcja na Prawdę, której tak oczekiwałam?
Bałam się jej, zupełnie nieświadoma (nie miałam wtedy pojęcia o
poziomach świadomości) zaczęłam od niej uciekać. Jednak, kiedy
poznasz Prawdę nie sposób od niej uciec!
"Ludzie od teraz patrzą na nas inaczej. Nie traktują nas poważnie,
bo wydaje im się,
że do nich nie pasujemy. Mało brakuje, a by nas zniszczyli - taka
jakaś niszczycielska
natura człowieka - a przecież nie stanowimy dla nich żadnego
zagrożenia. Coś wtedy zaczyna się dziać. Czujemy się gorsi, nie
chcemy by na nas patrzono, unikamy spojrzeń, uwag, pytań. Dopiero z
czasem jesteśmy w stanie częściowo do tego przywyknąć. Jednak
to dla nas tak trudne i bolesne, że w międzyczasie potrafimy zgubić
samych siebie i staramy się wówczas stworzyć jakiś nowy "image". Ma
to być ktoś, komu rzekomo nowe życie nie przeszkadza. I choć dobrze
wiemy, że tak nie jest i chcielibyśmy cofnąć czas, by znów
móc poczuć się tym zwykłym, nie wtajemniczonym sobą, to gramy i
uparcie staramy się wszystkim w otoczeniu wmówić, że właśnie to
życie jest dla nas jak marzenie. To wyobrażenie jednak tworzymy
wbrew sobie, przerażeni obrazem Prawdy, ukrywamy
się w zakamarkach zmyślonej, wyimaginowanej tożsamości. Dziwne to,
wiem. Najpierw pragniemy Prawdy, potem odwracamy się od niej
plecami, udając, że jej nie rozpoznajemy. Nim zacznie nas fascynować
przeraża nas i wzbudza wewnętrzny przestrach.
A najstraszniejsze w tym momencie jest to, że dobrze wiemy i
czujemy, że
tylko Drogą Prawdy możemy kroczyć, ale strach budzi w nas to co
stanie
się
w naszym otoczeniu gdy na tę drogę wstąpimy. Widziałam jak
wszyscy odwracali się ode mnie. I tak też się stało. SAMA."
Poznanie Prawdy ma swoje określone skutki, dziś wiem, że jest
Wielkim Darem
Bożej Łaski. Mogę też jednak powiedzieć, że poszukiwanie jej na
siłę, kiedy nie jest się
na to gotowym może zapędzić nas w pewne tarapaty, o których pozwolę
sobie napisać innym razem. Życzę Wam wszystkim poznania Prawdy w
stanie gotowości duszy
i sił tyle by od niej nie uciekać, a przyjąć ją godnie i z należną
wdzięcznością.