|

Wróciłam z mszy świętej, niedziela palmowa, pamiątka przybycia
Jezusa do Jerozolimy, przygotowanie do ostatniego Wielkiego
Tygodnia, skusiłam się na tę mszę, bo w naszej katedrze w tym
tygodniu przebywa obraz Jezusa Miłosiernego i relikwie Siostry
Faustyny, a im przecież tak wiele zawdzięczam. Właściwie nie sposób
nie przyznać, że rola Bożego Miłosierdzia, Miłosierdzia Serca
Jezusowego i to cudowne światło które mu towarzyszy była chyba
najważniejszą w kolejnym etapie mojego życia. Od tego momentu - od
chwili, w której Jezus Miłosierny przybył w cudowny sposób do mojego
życia, wiele się zmieniło. Każdego dnia uczę się patrzeć na ludzi
przez pryzmat miłosierdzia, przez światło miłości. Każdego dnia uczę
się jak dawać, ofiarować to miłosierdzie i miłość ludziom, którzy
mnie otaczają. Nie zawsze z sukcesem, ale jednak z wytrwałością i
siłą, którą Bóg mnie obdarza.

Niechętnie chodzę do Kościoła, z różnych względów, ale chyba dzisiaj
naprawdę uświadomiłam sobie, dlaczego tak bardzo nie chcę się tam
pojawiać, dlaczego nie ma mnie na mszy co niedzielę. I ... siedząc tak
w ławce pomiędzy wiernymi, którzy w większości znudzeni byli mszą i
całą ceremonią, rozmyślałam... jakby to było, gdyby ... oni wszyscy też
czasami pomyśleli nad tym wszystkim inaczej, więcej, żywiej. Może to
tylko moje złudzenie, ale jednak tak to widziałam, duża grupa ludzi
powtarzająca na pamięć te same słowa, bezmyślnie, bez żadnego
rozważania. Nie było czasu na rozważania. Regułki, modlitwy i słowa
wypowiadane były tak szybko, że nikt naprawdę nie mógł mieć czasu by
się przez chwilę nad nimi zastanowić, by je poczuć, przeżywać.

Słuchałam słów księdza, poruszająco odczytywanego fragmentu
ewangelii św. Łukasza, przy którym dreszcz przeszywał me ciało:
"Gdy przyszli na miejsce, zwane «Czaszką», ukrzyżowali tam Jego i
złoczyńców, jednego po prawej, drugiego po lewej Jego stronie. Lecz
Jezus mówił: «Ojcze, przebacz im, bo nie wiedzą, co czynią». Potem
rozdzielili między siebie Jego szaty, rzucając losy. A lud stał i
patrzył. Lecz członkowie Wysokiej Rady drwiąco mówili: «Innych
wybawiał, niechże teraz siebie wybawi, jeśli On jest Mesjaszem,
Wybrańcem Bożym». Szydzili z Niego i żołnierze; podchodzili do Niego
i podawali Mu ocet, mówiąc: «Jeśli Ty jesteś królem żydowskim, wybaw
sam siebie». Był także nad Nim napis w języku greckim, łacińskim i
hebrajskim: «To jest Król Żydowski». Jeden ze złoczyńców, których
[tam] powieszono, urągał Mu: «Czy Ty nie jesteś Mesjaszem? Wybaw
więc siebie i nas». Lecz drugi, karcąc go, rzekł: «Ty nawet Boga się
nie boisz, chociaż tę samą karę ponosisz? My przecież -
sprawiedliwie, odbieramy bowiem słuszną karę za nasze uczynki, ale
On nic złego nie uczynił». I dodał: «Jezu, wspomnij na mnie, gdy
przyjdziesz do swego królestwa».Jezus mu odpowiedział: «Zaprawdę,
powiadam ci: Dziś ze Mną będziesz w raju». Było już około godziny
szóstej i mrok ogarnął całą ziemię aż do godziny dziewiątej. Słońce
się zaćmiło i zasłona przybytku rozdarła się przez środek. Wtedy
Jezus zawołał donośnym głosem: Ojcze, w Twoje ręce powierzam ducha
mojego. Po tych słowach wyzionął ducha". (Ew. Łukasza 23: 33-46)
Wszyscy słuchali tego fragmentu ze spokojem, wielu jednak tylko
przypominało sobie historię Jezusa. Nie wiem, być może będą rozważać
nad tym fragmentem w domach, choć wątpię, bo wielu prosto z kościoła
ruszyło na niedzielne zakupy (niedziela handlowa). Mniejsza o
większość. Nie mnie oceniać innych. Chciałam natomiast ocenić siebie
i odpowiedzieć sobie publicznie i szczerze na pytanie - Dlaczego nie
chodzę do Kościoła? Pośród wielu przyczyn mniej i bardziej
racjonalnych zawsze znajdowało się coś jeszcze, czego nie mogłam
pojąć. Coś co mnie samą jakoś nie tyle zniechęcało - bo wbrew
pozorom naprawdę bardzo chciałam pójść do Kościoła, na mszę,
wysłuchać jakiegoś dobrze przygotowanego kazania, poczuć się jak we
wspólnocie - co powstrzymywało przed przejściem przez próg bazyliki.
Siedząc tak pomiędzy wiernymi i słuchając słów odczytywanych przez
księży, jak i przyszłych księży, wychowanków miejscowego seminarium,
zastanawiałam się co jest ze mną nie tak. Dlaczego nie ma mnie
tutaj, w miejscu gdzie jest Bóg - ten którego przecież kocham
najbardziej. To zupełnie nie logiczne. Wiele razy słyszałam zarzuty,
że skoro nie chodzę do Kościoła, to nie jestem wierzącą, to nie
jestem chrześcijanką, a co najmniej poganką, jak nie ateistką lub
kimś tam jeszcze innym. Tłumaczenie się przed bliskimi, ale też
przed obcymi mi osobami nie znajdowało dla mnie sensu, za każdym
razem gdy próbowałam coś powiedzieć okazywało się to mało istotne.
Wręcz nie ważne zupełnie w świetle wiary i obowiązków prawdziwego
chrześcijanina. Poddawałam się.

Dziś w Kościele uświadomiłam sobie w pełni, że nie chodzę na msze
święte, bo jest mi strasznie przykro, bo odczuwam wewnętrzny ból,
cierpienie, smutek i rozgoryczenie, bo moje serce każdorazowo na
mszy rozrywa się na kawałki. Dlaczego? Smutek i ból spowodowany jest
niemożnością przyjęcia Ciała i Krwi Chrystusa, tak jak czynią to
inni wierni. Siedzę w ławce i mam świadomość, że nie jestem godna
przyjęcia Komunii Św. Ktoś by powiedział na to - wystarczy spowiedź.
Ale ja wiem, że ona nie wystarczy, jest tylko zaspokojeniem i
chwilowym ukojeniem dla ludzkiego sumienia. Ukojeniem czasowym, by
dać nam prawo do przyjęcia Chrystusa. Niestety jednak za każdym
razem nadal po spowiedzi powtarzamy te same błędy, grzechy,
przewinienia. Nadal używamy słów wulgarnych, nadal obmawiamy ludzi,
nadal co najmniej jeden z siedmiu grzechów głównych jest naszym
własnym - pycha, chciwość, nieczystość, zazdrość, nieumiarkowanie w
jedzeniu i piciu, gniew, lenistwo.

Nie chcę takiej spowiedzi. Nie chcę przebaczenia na chwilę, by w
niedzielę móc przyjąć Komunię. Nie chcę tego, bo za kilka dni - znam
siebie - popełnię błąd, grzech, w mój nie oczyszczony jeszcze do
końca umysł wkradnie się grzeszna, krzywdząca myśl i wtedy nie będę
mogła być szczęśliwą. Nie będę potrafiła radować się z obecności
Chrystusa w moim sercu. Już kiedyś próbowałam. Przez jakiś czas
postępować wedle nakazów Kościoła i wiary w której mnie wychowano.
Za każdym razem gdy przyjmowałam Komunię czułam się źle. Miałam
wyrzuty sumienia. I nie dlatego, że komuś wyrządziłam świadomie
krzywdę, że kogoś okłamałam itp. - to było mi dalekie. Dlatego
natomiast, że po zjedzeniu zbyt dużej porcji obiadu i obfitego
deseru miałam poczucie winy -, że to już jest obżarstwo, a tylu ludzi
cierpi głód. Dlatego, że po doznaniu Boskiej obecności kiedyś czułam
się wyróżniona (tak bywało na początku, nim nauczyłam się to
poskramiać), chciałam doświadczyć jej więcej pragnęłam jej, tak samo
mocno, jak zwykły człowiek pragnie innych dóbr. I choć wiedziałam,
że to nie właściwe podejście, nie potrafiłam tego zmienić.
Takich
przykładów jest znacznie więcej. Nie umiem jak na razie poczuć się
na tyle czystą, by będąc świadomą treści Pisma Świętego, treści nauk
Jezusa Chrystusa i Jego przykładu, przyjąć Jego Ciało i Krew bez
wyrzutów sumienia. Czułabym się tak, jakbym zaprosiła Pana do
brudnego, zakurzonego pokoju. A On nie jest tego godzien. Kiedyś
obiecałam sobie, że przystąpię do Komunii, gdy poczuję, że zrobiłam
już tak wiele dla Jezusa, że więcej nie mogłam zrobić, gdy poczuję,
że moje serce jest wystarczająco czyste, by przyjąć Go do siebie i
ugościć godnie i w miłości. To moja miłość do Niego i szacunek jakim
Go darzę nie pozwalają mi zmuszać Go do obcowania w nieczystym
środowisku. On jest przecież nieskazitelnie czysty. A ja?

Patrzyłam na ludzi, którzy przystępowali do Komunii, wielu z nich
nie miało na twarzy żadnego wyrazu, zupełnie jakby myśleli o tym, co
będzie na obiad, czy ogłoszenia duszpasterskie nie potrwają za
długo, a może dlaczego ktoś nie uciszy tego płaczącego dziecka,
przecież zakłóca ciszę w Kościele (ciszę, którą i tak mało kto
wykorzystuje do kontemplacji i adoracji Chrystusa w sercu).
Przepraszam, nie w tym celu to piszę by kogoś urazić. Nie mam w
zasadzie żadnego celu w pisaniu tych słów, poza własną indywidualną
potrzebą podzielenia się z Wami tym co dziś przeszło przez moją
głowę.

Sakrament spowiedzi świętej, sakrament pokuty jest wprawdzie
sakramentem pojednania nas z Bogiem i to Bóg wówczas udziela nam
rozgrzeszenia. Ale co zrobić, gdy człowiek żyjąc życiem w tym
świecie, po tygodniu pracy i obcowania z ludźmi czuje, że zgrzeszył?
Myślą, mową, uczynkiem czy zaniedbaniem? Co jeśli człowiek nie
potrafi zignorować swoich maleńkich grzeszków, błędów, przewinień,
jeśli mimo świadomości wielkości Bożego Miłosierdzia, nie potrafi
przekonać siebie, tak jak czyni to większość, że jest godzien
przyjęcia Ciała Chrystusa?
Właśnie tak jeszcze a propos godności. Przed przyjęciem Komunii
wszyscy wypowiadają takie słowa:
"Panie nie jestem godzien, abyś przyszedł do mnie, ale powiedz tylko
słowo, a będzie uzdrowiona dusza moja".
Przyznają wszyscy, że nie są godni przyjąć Komunię, a mimo to
przyjmują ją. Chyba jeszcze za mało rozumiem. Czy w tej sytuacji...
analizując dogłębnie miejsce i rolę tego fragmentu w mszy św.,
mogłabym przystąpić do Komunii bez poprzedzania jej spowiedzią? Jaki
to miało by sens? Tak wiem, oczywiście, że nie mogłabym. TO było
jednak pytanie retoryczne, uzasadnione w mojej ocenie, w
perspektywie wyjaśnień jakie można znaleźć odnośnie tego cytatu w
Internecie.

Odnośnie prawa do przyjęcia Komunii Św. znalazłam kilka wskazówek,
jedna mówi, że każdy, kto jest ochrzczony i nie na grzechu ciężkiego
może i powinien, być dopuszczony do komunii. Swoją drogą dalej
wskazówka mówi, że komunię świętą może przyjmować ten, kto jest w
stanie łaski. Jeżeli ma świadomość, że popełnił grzech, powinien
najpierw otrzymać rozgrzeszenie w sakramencie pokuty, czyli
spowiedzi. Co jest zatem gorsze? Przyjąć komunię mimo świadomości
popełnienia grzechu? Czy też nie przyjąć jej właśnie z tego powodu?
Czy lepiej jest przystąpić do spowiedzi i potem udawać, że nic się
nie stało, kiedy po raz setny popełniamy ten sam grzech, czy może
nie przystępować do niej dopóty, dopóki nie nauczymy się naprawdę
naprawiać swoich błędów?

Nadal nie znam odpowiedzi na moje wątpliwości i pytania. Pomodliłam
się jednak przed obrazem Jezusa Miłosiernego i podziękowałam Jemu i
Siostrze Faustynie, za ich pomoc w mojej pracy nad samą sobą. Także
mimo wszystko, cieszę się, że poszłam na tę mszę... daje mi ona
motywację by jeszcze bardziej przeżywać, adorować i kochać Boga w
mojej małej, prywatnej Świątyni. Poza tym poświęciłam swój obrazek
Jezusa Miłosiernego, który trzymam pod poduszką. A teraz - zjem
obiad... A Wam życzę więcej czasu na kontemplację w tym Wielkim
Tygodniu. Obyśmy wszyscy przygotowali się na godne spotkanie z
Jezusem Zmartwychwstałym.
cdn...
28 March 2010
GODAN
|