NASZE DOŚWIADCZENIA

BY GODNIE PRZYJĄĆ CIAŁO I KREW
(CZĘŚĆ 1)

Wróciłam z mszy świętej, niedziela palmowa, pamiątka przybycia Jezusa do Jerozolimy, przygotowanie do ostatniego Wielkiego Tygodnia, skusiłam się na tę mszę, bo w naszej katedrze w tym tygodniu przebywa obraz Jezusa Miłosiernego i relikwie Siostry Faustyny, a im przecież tak wiele zawdzięczam. Właściwie nie sposób nie przyznać, że rola Bożego Miłosierdzia, Miłosierdzia Serca Jezusowego i to cudowne światło które mu towarzyszy była chyba najważniejszą w kolejnym etapie mojego życia. Od tego momentu - od chwili, w której Jezus Miłosierny przybył w cudowny sposób do mojego życia, wiele się zmieniło. Każdego dnia uczę się patrzeć na ludzi przez pryzmat miłosierdzia, przez światło miłości. Każdego dnia uczę się jak dawać, ofiarować to miłosierdzie i miłość ludziom, którzy mnie otaczają. Nie zawsze z sukcesem, ale jednak z wytrwałością i siłą, którą Bóg mnie obdarza.

Niechętnie chodzę do Kościoła, z różnych względów, ale chyba dzisiaj naprawdę uświadomiłam sobie, dlaczego tak bardzo nie chcę się tam pojawiać, dlaczego nie ma mnie na mszy co niedzielę. I ... siedząc tak w ławce pomiędzy wiernymi, którzy w większości znudzeni byli mszą i całą ceremonią, rozmyślałam... jakby to było, gdyby ... oni wszyscy też czasami pomyśleli nad tym wszystkim inaczej, więcej, żywiej. Może to tylko moje złudzenie, ale jednak tak to widziałam, duża grupa ludzi powtarzająca na pamięć te same słowa, bezmyślnie, bez żadnego rozważania. Nie było czasu na rozważania. Regułki, modlitwy i słowa wypowiadane były tak szybko, że nikt naprawdę nie mógł mieć czasu by się przez chwilę nad nimi zastanowić, by je poczuć, przeżywać.

Słuchałam słów księdza, poruszająco odczytywanego fragmentu ewangelii św. Łukasza, przy którym dreszcz przeszywał me ciało:

"Gdy przyszli na miejsce, zwane «Czaszką», ukrzyżowali tam Jego i złoczyńców, jednego po prawej, drugiego po lewej Jego stronie. Lecz Jezus mówił: «Ojcze, przebacz im, bo nie wiedzą, co czynią». Potem rozdzielili między siebie Jego szaty, rzucając losy. A lud stał i patrzył. Lecz członkowie Wysokiej Rady drwiąco mówili: «Innych wybawiał, niechże teraz siebie wybawi, jeśli On jest Mesjaszem, Wybrańcem Bożym». Szydzili z Niego i żołnierze; podchodzili do Niego i podawali Mu ocet, mówiąc: «Jeśli Ty jesteś królem żydowskim, wybaw sam siebie». Był także nad Nim napis w języku greckim, łacińskim i hebrajskim: «To jest Król Żydowski». Jeden ze złoczyńców, których [tam] powieszono, urągał Mu: «Czy Ty nie jesteś Mesjaszem? Wybaw więc siebie i nas». Lecz drugi, karcąc go, rzekł: «Ty nawet Boga się nie boisz, chociaż tę samą karę ponosisz? My przecież - sprawiedliwie, odbieramy bowiem słuszną karę za nasze uczynki, ale On nic złego nie uczynił». I dodał: «Jezu, wspomnij na mnie, gdy przyjdziesz do swego królestwa».Jezus mu odpowiedział: «Zaprawdę, powiadam ci: Dziś ze Mną będziesz w raju». Było już około godziny szóstej i mrok ogarnął całą ziemię aż do godziny dziewiątej. Słońce się zaćmiło i zasłona przybytku rozdarła się przez środek. Wtedy Jezus zawołał donośnym głosem: Ojcze, w Twoje ręce powierzam ducha mojego. Po tych słowach wyzionął ducha". (Ew. Łukasza 23: 33-46)

Wszyscy słuchali tego fragmentu ze spokojem, wielu jednak tylko przypominało sobie historię Jezusa. Nie wiem, być może będą rozważać nad tym fragmentem w domach, choć wątpię, bo wielu prosto z kościoła ruszyło na niedzielne zakupy (niedziela handlowa). Mniejsza o większość. Nie mnie oceniać innych. Chciałam natomiast ocenić siebie i odpowiedzieć sobie publicznie i szczerze na pytanie - Dlaczego nie chodzę do Kościoła? Pośród wielu przyczyn mniej i bardziej racjonalnych zawsze znajdowało się coś jeszcze, czego nie mogłam pojąć. Coś co mnie samą jakoś nie tyle zniechęcało - bo wbrew pozorom naprawdę bardzo chciałam pójść do Kościoła, na mszę, wysłuchać jakiegoś dobrze przygotowanego kazania, poczuć się jak we wspólnocie - co powstrzymywało przed przejściem przez próg bazyliki.

Siedząc tak pomiędzy wiernymi i słuchając słów odczytywanych przez księży, jak i przyszłych księży, wychowanków miejscowego seminarium, zastanawiałam się co jest ze mną nie tak. Dlaczego nie ma mnie tutaj, w miejscu gdzie jest Bóg - ten którego przecież kocham najbardziej. To zupełnie nie logiczne. Wiele razy słyszałam zarzuty, że skoro nie chodzę do Kościoła, to nie jestem wierzącą, to nie jestem chrześcijanką, a co najmniej poganką, jak nie ateistką lub kimś tam jeszcze innym. Tłumaczenie się przed bliskimi, ale też przed obcymi mi osobami nie znajdowało dla mnie sensu, za każdym razem gdy próbowałam coś powiedzieć okazywało się to mało istotne. Wręcz nie ważne zupełnie w świetle wiary i obowiązków prawdziwego chrześcijanina. Poddawałam się.

Dziś w Kościele uświadomiłam sobie w pełni, że nie chodzę na msze święte, bo jest mi strasznie przykro, bo odczuwam wewnętrzny ból, cierpienie, smutek i rozgoryczenie, bo moje serce każdorazowo na mszy rozrywa się na kawałki. Dlaczego? Smutek i ból spowodowany jest niemożnością przyjęcia Ciała i Krwi Chrystusa, tak jak czynią to inni wierni. Siedzę w ławce i mam świadomość, że nie jestem godna przyjęcia Komunii Św. Ktoś by powiedział na to - wystarczy spowiedź. Ale ja wiem, że ona nie wystarczy, jest tylko zaspokojeniem i chwilowym ukojeniem dla ludzkiego sumienia. Ukojeniem czasowym, by dać nam prawo do przyjęcia Chrystusa. Niestety jednak za każdym razem nadal po spowiedzi powtarzamy te same błędy, grzechy, przewinienia. Nadal używamy słów wulgarnych, nadal obmawiamy ludzi, nadal co najmniej jeden z siedmiu grzechów głównych jest naszym własnym - pycha, chciwość, nieczystość, zazdrość, nieumiarkowanie w jedzeniu i piciu, gniew, lenistwo.

Nie chcę takiej spowiedzi. Nie chcę przebaczenia na chwilę, by w niedzielę móc przyjąć Komunię. Nie chcę tego, bo za kilka dni - znam siebie - popełnię błąd, grzech, w mój nie oczyszczony jeszcze do końca umysł wkradnie się grzeszna, krzywdząca myśl i wtedy nie będę mogła być szczęśliwą. Nie będę potrafiła radować się z obecności Chrystusa w moim sercu. Już kiedyś próbowałam. Przez jakiś czas postępować wedle nakazów Kościoła i wiary w której mnie wychowano. Za każdym razem gdy przyjmowałam Komunię czułam się źle. Miałam wyrzuty sumienia. I nie dlatego, że komuś wyrządziłam świadomie krzywdę, że kogoś okłamałam itp. - to było mi dalekie. Dlatego natomiast, że po zjedzeniu zbyt dużej porcji obiadu i obfitego deseru miałam poczucie winy -, że to już jest obżarstwo, a tylu ludzi cierpi głód. Dlatego, że po doznaniu Boskiej obecności kiedyś czułam się wyróżniona (tak bywało na początku, nim nauczyłam się to poskramiać), chciałam doświadczyć jej więcej pragnęłam jej, tak samo mocno, jak zwykły człowiek pragnie innych dóbr. I choć wiedziałam, że to nie właściwe podejście, nie potrafiłam tego zmienić.

Takich przykładów jest znacznie więcej. Nie umiem jak na razie poczuć się na tyle czystą, by będąc świadomą treści Pisma Świętego, treści nauk Jezusa Chrystusa i Jego przykładu, przyjąć Jego Ciało i Krew bez wyrzutów sumienia. Czułabym się tak, jakbym zaprosiła Pana do brudnego, zakurzonego pokoju. A On nie jest tego godzien. Kiedyś obiecałam sobie, że przystąpię do Komunii, gdy poczuję, że zrobiłam już tak wiele dla Jezusa, że więcej nie mogłam zrobić, gdy poczuję, że moje serce jest wystarczająco czyste, by przyjąć Go do siebie i ugościć godnie i w miłości. To moja miłość do Niego i szacunek jakim Go darzę nie pozwalają mi zmuszać Go do obcowania w nieczystym środowisku. On jest przecież nieskazitelnie czysty. A ja?

Patrzyłam na ludzi, którzy przystępowali do Komunii, wielu z nich nie miało na twarzy żadnego wyrazu, zupełnie jakby myśleli o tym, co będzie na obiad, czy ogłoszenia duszpasterskie nie potrwają za długo, a może dlaczego ktoś nie uciszy tego płaczącego dziecka, przecież zakłóca ciszę w Kościele (ciszę, którą i tak mało kto wykorzystuje do kontemplacji i adoracji Chrystusa w sercu). Przepraszam, nie w tym celu to piszę by kogoś urazić. Nie mam w zasadzie żadnego celu w pisaniu tych słów, poza własną indywidualną potrzebą podzielenia się z Wami tym co dziś przeszło przez moją głowę.

Sakrament spowiedzi świętej, sakrament pokuty jest wprawdzie sakramentem pojednania nas z Bogiem i to Bóg wówczas udziela nam rozgrzeszenia. Ale co zrobić, gdy człowiek żyjąc życiem w tym świecie, po tygodniu pracy i obcowania z ludźmi czuje, że zgrzeszył? Myślą, mową, uczynkiem czy zaniedbaniem? Co jeśli człowiek nie potrafi zignorować swoich maleńkich grzeszków, błędów, przewinień, jeśli mimo świadomości wielkości Bożego Miłosierdzia, nie potrafi przekonać siebie, tak jak czyni to większość, że jest godzien przyjęcia Ciała Chrystusa?

Właśnie tak jeszcze a propos godności. Przed przyjęciem Komunii wszyscy wypowiadają takie słowa: "Panie nie jestem godzien, abyś przyszedł do mnie, ale powiedz tylko słowo, a będzie uzdrowiona dusza moja".

Przyznają wszyscy, że nie są godni przyjąć Komunię, a mimo to przyjmują ją. Chyba jeszcze za mało rozumiem. Czy w tej sytuacji... analizując dogłębnie miejsce i rolę tego fragmentu w mszy św., mogłabym przystąpić do Komunii bez poprzedzania jej spowiedzią? Jaki to miało by sens? Tak wiem, oczywiście, że nie mogłabym. TO było jednak pytanie retoryczne, uzasadnione w mojej ocenie, w perspektywie wyjaśnień jakie można znaleźć odnośnie tego cytatu w Internecie.

Odnośnie prawa do przyjęcia Komunii Św. znalazłam kilka wskazówek, jedna mówi, że każdy, kto jest ochrzczony i nie na grzechu ciężkiego może i powinien, być dopuszczony do komunii. Swoją drogą dalej wskazówka mówi, że komunię świętą może przyjmować ten, kto jest w stanie łaski. Jeżeli ma świadomość, że popełnił grzech, powinien najpierw otrzymać rozgrzeszenie w sakramencie pokuty, czyli spowiedzi. Co jest zatem gorsze? Przyjąć komunię mimo świadomości popełnienia grzechu? Czy też nie przyjąć jej właśnie z tego powodu? Czy lepiej jest przystąpić do spowiedzi i potem udawać, że nic się nie stało, kiedy po raz setny popełniamy ten sam grzech, czy może nie przystępować do niej dopóty, dopóki nie nauczymy się naprawdę naprawiać swoich błędów?

Nadal nie znam odpowiedzi na moje wątpliwości i pytania. Pomodliłam się jednak przed obrazem Jezusa Miłosiernego i podziękowałam Jemu i Siostrze Faustynie, za ich pomoc w mojej pracy nad samą sobą. Także mimo wszystko, cieszę się, że poszłam na tę mszę... daje mi ona motywację by jeszcze bardziej przeżywać, adorować i kochać Boga w mojej małej, prywatnej Świątyni. Poza tym poświęciłam swój obrazek Jezusa Miłosiernego, który trzymam pod poduszką. A teraz - zjem obiad... A Wam życzę więcej czasu na kontemplację w tym Wielkim Tygodniu. Obyśmy wszyscy przygotowali się na godne spotkanie z Jezusem Zmartwychwstałym.

cdn...

28 March 2010

GODAN