|

Pewnie wielu z was doświadcza różnych rzeczy od strony wewnętrznej i
zewnętrznej. Napiszę tu o tych, których doświadczyłam od początku
tego roku. Skleciłam je z moich wcześniejszych zapisków więc są
chronologicznie ułożone choć może z różnych dziedzin życia.

Dużo się dzieje wokół i w pewnym sensie jest to związane z energią
tyle, że elektryczną. W ciągu miesiąca , tak na przełomie grudnia i
stycznia 7 razy nie było prądu, a to u mnie w mieszkaniu, a to w
całej okolicy. Łącznie z tym, że dzień przed wigilią nie było
światła przez 6 godzin i nawet w Nowy Rok. A ostatnio lawinowo coś
wysiada w moim domu i nie tylko. Zaczęło się od spalonej żarówki ze
świateł w aucie. No, żarówka rzecz normalna. Następne zaczęło
świrować żelazko, samo się wyłączało. Jest półroczne więc nie ze
starości. Potem spaliła się wyłączona pralka. Zamówiliśmy części w
serwisie i żelazko też wylądowało na serwisie.
W czwartek odebraliśmy części do pralki, w piątek żelazko z serwisu.
No to w sobotę spaliła się suszarka w trakcie suszenia włosów. Bez
suszarki ani rusz. Muszę suszyć włosy i psa też. Pojechaliśmy do
sklepu, udało się kupić suszarkę w jakiejś promocji. Wracamy do
domu. Po zaparkowaniu auta okazuje się, że spaliła się żarówka
wewnątrz samochodu, ciemno jak nie powiem, a cały czas działała. Już
się z tego śmieję, ale do śmiechu mi nie jest. Wszystko wysiada.
Dziwna sprawa. Mój syn się śmieje, że lepiej niech już niczego nie
dotykam, ale pralka się spaliła bez mojej obecności. Przypomniało mi
się, że w wigilię okazało się, że nie działa CD (prawie
nieużywane)-chcieliśmy puścić kolędy, a dzisiaj wysiadło pół
elektryki w domu tak, że nie mam światła w kuchni, prądu w
gniazdkach. I tak w połowie mieszkania jest, a w kuchni i łazience
nie. Zwariować można. Nie wiem co o tym wszystkim myśleć??? Jestem
tym trochę załamana. Trzeba rozwalić pół mieszkania, żeby dojść
gdzie spaliły się przewody, albo sama już nie wiem co. Mam dość!

Od paru dni dzieją się ze mną różne rzeczy. Robi mi się słabo,
prawie że mdleję, skręca mi ciało w różnych miejscach, mam problemy
z oddychaniem, na lewej nodze pełno siniaków (pękają naczynia
krwionośne?). Mam wrażenie jakby coś wzięło moje wnętrzności i mocno
skręcało. Głowa mi pęka. Od kręgosłupa na wysokości linii barków
czuję wielkie ciśnienie, które obejmuje też okolice uszu, skroni i
tyłu głowy. Skóra w tym miejscu jest tak wrażliwa, że mam problem z
ubraniem, bo wszystko mnie w tym miejscu drażni. Prze parę dni moje
nogi od kolan w dół były gorące, a stopy mokre jakbym stała w
wodzie. Śpię po 10-11 godzin i jeszcze nie umiem się pozbierać. Do
tego mdli mnie ciągle i jeszcze wiele różnych rzeczy dzieje się.
Chwilami już wątpię.
Nie wiem czy to oczyszczanie czy rozstroił mi się układ hormonalny.
Czuje takie silne wibracje wewnątrz, że wydaje mi się, że się
rozlecę. Straciłam trochę z wagi, mięsnie mi drżą i czuję słabość w
nich taką, że czasem zastanawiam się czy dam radę zrobić choć jeden
krok. To znów bolą mnie oczy, są przekrwione i cała okolica 3-go oka
pulsuje. Przez dwa tygodnie swędziały mnie uszy w środku – uwierzcie
lub nie - do zwariowania. To znów wykręca mi biodra z bólu-zwłaszcza
prawe. Ciśnienie o dziwo jakoś się trzyma w normie choć puls skacze
jak szalony. Swędzi mnie w gardle jakby coś mi tam przeszkadzało.
Cały przegląd dziwactw. Albo na przykład czuję taki ból biegnący
wzdłuż nerwów. Nie wiem czy można się czymś poratować. Piję krople
walerianowe zwłaszcza jak mnie tak "telepie" i przychodzą takie
momenty, że nagle jestem nerwowa choć nie wiem dlaczego.

Myślę, że prawie każdy z nas jakoś odczuł zbliżające się trzęsienie
ziemi i tsunami w Japonii. Mnie też nie ominęło i podzielę się z
Wami moimi doświadczeniami. Otóż zaczęło się już ok. 7 marca, a
nawet wcześniej. Moja wrażliwość osiągała wielkie rozmiary. Mój
brzuch skręcało ( do tej pory mam tam tsunami) nie wiedziałam tylko
dlaczego, byłam bardzo pobudzona, a jednocześnie niezmiernie
zmęczona. Zwłaszcza po nocy. Otóż miałam bardzo intensywne sny, w
których coś ratowałam, a dokładnie wyspę (wyspy) i ludzi, nie
pamiętam przed czym, ale to nieistotne.
Nawoływałam ludzi, aby pomogli mi w tym ratowaniu. Wysiłek był
ogromny, mimo wielu godzin spędzonych w łóżku, sen był przerywany co
jakiś czas (jakby na złapanie oddechu) po czym wracałam do
ratowania. W tym samym czasie zaczęła mnie nawiedzać kombinacja
liczb 11.03, a to na zegarku, a to jak wyszłam z domu, tak
intensywnie pulsowała i ciągle rzucała mi się w oczy. Jakoś chyba w
Środę Popielcową powiedziałam do syna, że chodzi chyba o to, że 11
marca to będzie dość ważna data. Nie wiedziałam jeszcze dlaczego.
Potem okazało się, że mój chrzestny syn właśnie 11 marca będzie miał
bierzmowanie i zostałam poproszona o zostanie jego świadkiem
bierzmowania. Pomyślałam: aha, to pewnie dlatego.
Ale co dziwne mój niepokój i pobudzenie nie ucichło, ale nasiliło
się i choć byłam spokojna i opanowana to wewnątrz, a głównie w
okolicy splotu słonecznego wibracje nasilały się, także liczba 11.03
ciągle mi towarzyszyła. 10 marca doszło do tego wielkie uczucie
żałowania i wynagradzania Boskiemu Sercu za grzechy moje i ludzi.
Łzy leciały mi bez opamiętania, w różnych chwilach, nie mogłam tego
powstrzymać. 11 marca kiedy wstałam, a raczej wykulałam się z łóżka
zmęczona jak po wielkiej bitwie ( znowu byłam w akcji ratunkowej -
ona tak trwała około 4 dni, każdej nocy), dzień powitałam kolejnymi
wybuchami płaczu, ogromnego żalu i błagania Boga o miłosierdzie.
Kiedy włączyłam komputer wszystko stało się jasne. Trzęsienie Ziemi
w Japonii, tsunami.
Już wiedziałam co to za fale do mnie przychodziły. Patrząc z
perspektywy czasu przed wielkimi katastrofami, wydarzeniami, moje
odczucia i zachowania były identyczne, ale po raz pierwszy każdej
nocy brałam udział w akcji ratunkowej nie tylko wspomnianej wyspy,
ale był tam też ogrom ludzi. Mimo znalezienia wyjaśnienia dla mojego
zachowania wcale mi nie przeszło zmagania były potężne. Całą
ceremonię bierzmowania spędziłam we łzach, których nie mogłam
powstrzymać i na głębokiej modlitwie. Jedynym pocieszeniem (za to
wielkim) była wyczuwalna obecność aniołów (było ich mnóstwo w
kościele) wielka ilość złotego światła, a także obecność Maryi.

W czasie śpiewu: Święty, Święty, Święty Pan, Bóg Zastępów, zostałam
uniesiona poza rzeczywistość kościoła i widziałam wielki blask,
rzesze aniołów śpiewających Bogu i ja wraz z nimi. Chciałoby się
wyrwać z tego ciała i już tam pozostać na tym wiecznym uwielbieniu,
łzy popłynęły mi z oczu w tym wielkim wzruszeniu, uwielbieniu,
bardzo ciężko było wracać z powrotem, ale wiem, że mam tu jeszcze
coś do zrobienia. Trzeba uczyć ludzi miłości, do Boga, do siebie
nawzajem, współczucia i poszanowania dla ludzkiego życia i dla
naszej Matki Ziemi.
Wszystko przyspieszyło, dzień choć trwa tyle godzin wydaje się być
krótszy. Czuję też w moim ciele wiele różnych rzeczy, prąd płynący
od stóp w górę, zwłaszcza kiedy się położę, gardło wydaje się być
podrażnione, pojawiają się czerwone plamy na mym ciele, które
dodatkowo jeszcze swędzi, boli, szczypie. Głowa jest obolała i czuję
takie napływy energii zwłaszcza z lewej strony (od czubka z lewej
strony, rozlewa się na tył i lewą połowę głowy).
Wczoraj znowu czułam zwiększone wibracje w moim brzuchu i zbierało
mi się na płacz. To nie taki histeryczny płacz, trudno to określić,
łzy same napływają, czuje się wielkie wzruszenie, chęć ukochania
tego Bożego Serca, wielką troskę o ludzi i Ziemię i współczucie dla
tych, którzy cierpią, którzy zginęli. Wiem, że Pan Bóg oczekuje i
przyjmuje nasze modlitwy za naszych braci, za Matkę Ziemię, że tylko
czeka na te nasze akty miłości i zawierzenia. Wiem też, że Matka
Boska jest na każde nasze wezwanie, bardzo nam pomaga, wstawia się
za nami i wiem też jak trudne są teraz chwile i że jeszcze nie są
najgorsze z możliwych. Miłosierdzie Boga jednak da się ubłagać.

Wystarczy wzbudzić akt miłości i uwielbienia dla naszego Stwórcy,
kochanego Ojca, żałować swoich błędów i próbować naprawić co się da
w swoim życiu. Miłość Boga ciągle mnie zdumiewa i kocham Go bardzo,
choć chciałabym więcej. Nie da się jednak swą ludzką miłością objąć
Boga, ale można zostać objętym Jego miłością i całkowicie być w Nim
zanurzonym. Boża Miłość napływa do nas wciąż i wciąż. Widzę energie
miłości, które są wysyłane do nas. Nie bójmy się wyciągnąć po nie
ręce, otworzyć nasze serca na jej przyjęcie i prosić o nią dla
innych i dla naszej Matki Ziemi. Miłość zwycięży wszystko. OMNIA
VINCIT AMOR.
Od paru dni czuję "wielkie ciśnienie", bóle brzucha to jedno, jakieś
trzęsawki (nerwowe albo coś?), to bola mnie zęby, a właściwie
szczęki i zęby, głowa jest tak obolała, ze nawet włosy mnie bolą i
mycie głowy jest bolesne. Proszę o oczyszczenie moich ciał i wydaje
mi się, ze uwalnia się wiele starych emocji, sytuacji. Mam bardzo
intensywne sny, które traktują o czyszczeniu, niestety jak tylko
wracam świadomością "do ciała" nic nie pamiętam, a we śnie wiem
wszystko i nawet myślę, żeby to czy owo zapamiętać. Ale to nie jest
aż tak męczące. Mój stan rozbicia wewnętrznego jakby nerwy puściły
jest nie do wytrzymania. Wszystko we mnie gra, trzęsie mnie w środku
i na zewnątrz. Piję ziółka, zdrowo się odżywiam, modlę się, biorę
coś ziołowego na uspokojenie-wszystko na nic. Tajfun się przewala
raz po raz. Zasypiam koło 2-3-4 w nocy albo wcale ...
Wczoraj było tak aż do 15-16 w dzień, że już myślałam, że nie
wytrzymam. Potem poszliśmy z synem do parku. On siadł na ławeczce, a
ja rozebrałam sandały, weszłam na trawnik i położyłam się na ziemi.
Jak cudownie pachniało, przez drzewa świeciło słońce i tak leżałam,
odmawiałam różaniec, rozmawiałam z Matką Ziemią i zaczęły pojawiać
się barwy: najpierw żółta, później przechodząca w pomarańcz, żółta,
złota. Kiedy poprosiłam Ziemię o przyjęcie tych moich negatywnych
nagromadzonych emocji itd. i poprosiłam Boga o błogosławieństwo dla
Matki Ziemi zalało mnie zielone, potem zielono- szmaragdowe światło,
później wszystko zmieniło się w piękną biel. Sesja
skończona-dostałam sygnał by wstać więc wstałam. Wstałam odnowiona,
przepełniał mnie spokój, zrobiłam się senna i wróciliśmy do domu.
Wieczorem jeszcze spacer z psem. Byłam naprawdę w podniosłym
nastroju.

Czułam się wyśmienicie, nic mnie nie bolało, szłam z uniesionymi
rękami i mówiłam : kocham Cię Boże. Bo tak czuję to całą sobą,
(dobrze, że to wieczorem i ludzie nie chodzą hi, hi.... ). W dodatku
niebo miało tak piękny kolor- już dawno takie nie było od
jaśniejszych kolorów do granatowego, ale czysty, niczym nie zasnuty
kolor. Położyłam się ok. 2 - o godz.3 nie wiem czy w międzyczasie
zasnęłam czy nie-chyba nie, bo wcale mi się nie chciało spać
spojrzałam na zegar była 3.06 i zaczęła się jazda. Najpierw stanęło
mi serce raz, potem drugi, poczułam ogarniające mnie zimno i
drętwienie, nakryłam się grubym kocem (na kołdrę), zwinęłam w kłębek
i leżałam myśląc sobie, że umieram. To niestety nieprzyjemne
wspomnienie, ale jakoś nie panikowałam i czułam wielkiego strachu.
Powtarzałam: Bądź wola Twoja Panie, cokolwiek chcesz). Wtedy zaczęły
napływać fale strachu-nie wiem czy to mój czy co, bo w sobie jakoś
nie czułam strachu, ale odczuwałam strach napływający na mnie-we
mnie. Nie wiem jak to wytłumaczyć.

Serce stawało zupełnie-była cisza, po czym zaczynało walić bum, bum,
by za chwilę odezwać się w głowie, w uchu. Leżałam na lewym boku i
czułam prąd płynący po całej prawie stronie-zwłaszcza po plecach,
ale zimny no może chłodny. W ogóle było mi zimno, stopy miałam
ciepłe, trzęsłam się jak galaretka z zimna, ale ciało miałam ciepłe,
ręce bez czucia. Nie wiem ile przeleżałam, w końcu wszystko się
przyciszyło-modliłam się za tych, którzy w tej chwili byli w
wielkiej potrzebie. W końcu odwróciłam się na brzuch i wtedy jakby w
moją lewą łopatkę ktoś wbił coś, taki ból się rozlał, macałam
receptory: z trzustki, jelita, ale to było jakby w środku łopatki.
Trzymało mnie tak dobrą chwilę, aż rozlało się i zniknęło po to,
żeby przebić mi prawą stopę tak gdzieś na wysokości stawu drugiego
od małego palca (na podeszwie jest tam ta wielka poduszka stopy).
Myślałam, że naprawdę się kończę....
Zastanawiałam się jak po takim wielkim wyciszeniu i w sumie radości,
które trwały dopóki się nie położyłam mogło wydarzyć się tak wiele
na raz. Ze stopy ból przeniósł się w lewą stronę karku, a właściwie
w okolice dolnej lewej części czaszki i tak nie wiem jak oddałam się
w opiekę Jezusowi i Maryi i wszystkich bliskich i ludzi w ogóle i
nie wiem kiedy zasnęłam. Wstałam po 8, bo dobijali mi się do drzwi z
administracji - ktoś z sąsiadów zauważył, że zachowują się jak
gestapo - nie dość, że dzwonili dzwonkiem to jeszcze walili pięścią
w drzwi. Co za ludzie. Można się domyślić jak się czułam, po może 3
godzinach snu jeszcze z takimi "jazdami w nocy".
Zmierzyłam ciśnienie, bo czułam się fatalnie: 116/64 puls 65,
położyłam się, ale nie mogłam zasnąć, po paru minutach znów ta
administracja (już przysnęłam) i znowu walenie pięścią w drzwi. Ja
nie wiem czy ci ludzie są niecywilizowani czy co. Znowu łomot serca,
bo ile można. Położyłam się z powrotem i wstałam o 12.30. Z bolącymi
łydkami, obrzmiałymi dziwnie dłońmi i co tam kto chce.
Poza tym krzyż mi chce rozerwać, bolą jajniki, pęcherz, a może to po
prostu jelita się tak rozpychają, czuję nerki, nadnercza, ból lub
może bardziej taką ciężkość na mostku, dochodząca do gardła. Swędzi
mnie w uszach w środku tak głęboko. Można by tak wyliczać i
wyliczać. Mam nadzieję, że to czyszczenie - tajfun z tsunami i
trzęsieniem ziemi. Makrokosmos w mikrokosmosie.

Reasumując napływ doznań jest tak ogromny, że ja nawet nie spisuję
tego codziennie, bo powtarza się to raz po raz. Na mojej głowie
pojawiają się bolesne punkty, najpierw myślałam, że to krosty albo
coś? Ale to pojawia się, znika i za chwilę jest w innym miejscu.
Poziom mojej wrażliwości wynosi w tej chwili chyba 1000% na 100%
możliwych. Hałas potrafi mnie tak poruszyć, że kiedy ostatnio ruszał
chłopak na motorze, a ja stałam w pobliżu, to od ryku tego motoru
rozbolały mnie całe szczęki z zębami i trzymało mnie chyba z
godzinę. Wtedy nawet oddech boli w ustach.
Najbardziej odczuwam
napływ negatywnych wibracji lub wielkich emocji. To nawet nie tak
jakby ktoś uderzył cię w brzuch, ale zaczyna się od małych wibracji
wewnątrz, by natężenie rosło tak, że wibracje przenoszą się na całe
ciało. Zauważyłam, że dzieje się tak przed burzą. Przed ostatnią
burzą tak mną miotało, że kiedy byłam w łazience, to aż podcięło mi
nogi i gdybym nie złapała framugi drzwi i nie osunęła się po niej to
pewnie wyrżnęłabym zdrowo głową w ścianę albo w podłogę. Z chwilą
pierwszego grzmotu lub pierwszych kropli deszczu powoli się to
wycisza, co prawda nie zupełnie, ale jest lżej.

Jest czas wielkiego czyszczenia, oczyszczania, ale w tym samym
czasie wypływa na wierzch wiele skumulowanych emocji, energii, zła.
Ja mam to „szczęście”, że dotyka mnie to bardzo głęboko. W sobotę 16
lipca była uroczystość Matki Boskiej z Góry Karmel czyli tzw. Matki
Boskiej Szkaplerznej. Jako, że duchowość Karmelu jest mi bardzo
bliska chciałam wziąć udział w nowennie przed tą uroczystością.
Niestety fizycznie nie byłam w stanie temu podołać więc odprawiałam
tę nowennę w domu. Koniec końców w uroczystość już się
zmobilizowałam i pojechałam do Karmelu w naszym mieście na
uroczystość.
Odloty miałam takie, że mówiłam: Matko jak Ty mnie nie
podtrzymasz to się „wyłożę”. Jak tylko weszłam do kaplicy
przyklasztornej poczułam się jak w domu, Była tam Ona, nasza kochana
Matka i święci Karmelu. Było pięknie. Bardzo żarliwie się modliłam
za świat i troszkę „płakałam” naszej Matce w rękaw co się ze mną
dzieje i że nie bardzo już wiem co z tym wszystkim robić. Napada na
mnie taka nawałnica jakiś złości, gniewu, żalów i innych, o których
nie wiem co myśleć, bo wiem, że nie płyną ze mnie i chcący ogarnąć
to rozumem nie da się, bo przychodzą takie rzeczy, których ja nie
znam, nie doświadczyłam.

W czasie komunii, dostałam odpowiedź, miałam taką ekstatyczną
modlitwę, w czasie której usłyszałam, że te nawałnice muszę
przetrwać, bo to dla dobra innych, ale nie macie pojęcia jak trudno
jest przemienić tak potężną energię negatywu, tego człowiek nie jest
w stanie dokonać. Tylko Bóg może to zrobić, ale potrzebuje swoich
narzędzi. Dobrze, bądź wola Twoja Panie, tylko w konsekwencji leci
we mnie taki syf, że nawet nie pytajcie, czuję wszystko,
uzależnienia, hazard, alkoholizm, aborcje i inne, których nie ma
potrzeby wymieniać. Orężem jest modlitwa, bronią nas święci i
aniołowie, to jest ogromna walka. Najgorszą rzeczą w tym jest to, że
sprzysiężone siły nie dają tak łatwo za wygraną, okupuje się to
wielkim cierpieniem czy to duchowym, czy fizycznym.
Wyobraźcie sobie jaki to ból kiedy chcesz się pomodlić i słów
sklecić nie możesz w jedno całe zdanie, w głowie pustka i tylko
dudni ci w głowie ten żabi rechot (bez urazy do żab ), że się
poddasz, że nie warto, że nie wytrzymasz, odpuść to sobie … itd.,
itp. Fakt, to jest ponad ludzkie siły, gdyby nie pomoc z GÓRY to nie
wiem, kto by to wytrzymał, ja czasem wymiękam. A tu jeszcze trzeba
wzbudzić w sobie miłość i wnieść w te wszystkie sytuacje światło i
wybaczenie. Dlatego też proszę każdego z was, zastanówcie się czasem
kiedy myślicie lub jeszcze gorzej, mówicie o kimś źle. Nie
posyłajcie takich wiązek, bo to straszne.
Trzeba uczyć się wybaczać i kochać mimo wszystko, pogłębiać swą
wiedzę i prosić o zrozumienie. Całe niebo walczy o każdą duszę, o
każdego człowieka, ale to w nas musi się zrodzić ten akt woli, by
oddać się Miłości. Bez względu na to ile grzechów popełniłeś, jeśli
masz wolę by to zmienić, wybaczyć, kochać, niebo pochyli się ku
Tobie. I nie zostawiajmy wszystkiego na ostatnią chwilę, każdy żyje
wystarczająco długo, by chcieć i móc zmienić coś w swoim życiu. Jak
ciężko jest odchodzić ludziom, którzy nie pojednali się z Bogiem,
bliźnim i ze sobą. Taki człowiek odchodzi w strasznych męczarniach,
jego dusza cierpi.

Czasem wystarczy jedno słowo: przepraszam, że Cię skrzywdziłem; i
nawet jeśli nie masz odwagi lub możliwości powiedzieć tego komuś w
twarz, to uczyń to za pomocą swojego i tej osoby anioła stróża.
Poślij przebaczenie i wybacz sobie. Proś o łaskę przebaczenia od
tych, których ty skrzywdziłeś. Módlcie się jedni za drugich, za
siebie, za Matkę Ziemię. Pan Bóg nam pomoże, jesteśmy Jego
ukochanymi dziećmi. Nie rańmy więc Boskiego Serca. Czyńmy wszystko,
by ujrzeć uśmiech radości na Boskim Obliczu, uradować to czułe i
kochające nas Boże Serce. To nie prawda, że się nie da, że takie
czasy. Każde czasy niosą jakieś trudy i ciężary. Wystarczy zacząć od
małych kroczków: wyjdź z domu uśmiechnięty, bądź miły dla drugiego
człowieka, serdeczny, zobaczysz jak po paru dniach nawet osoba do
tej pory naburmuszona odwzajemni twój uśmiech też będzie próbowała
być miła i serdeczna dla ciebie.
Nie przestawaj lecz podawaj dalej: uśmiech, ciepło, dobre słowo,
miłość, współczucie. Jeśli sami nie damy z siebie nic, jakże
chcielibyśmy coś otrzymać. Jeśli działamy na siebie miłością
wytwarzamy więcej miłości, jeśli złością rośnie jej siła. Jesteśmy
„połączonymi naczyniami” więc choć różni to jesteśmy zanurzeni w
ziemskiej świadomości, w której każdy ma udział. Nie ma lepszych i
gorszych, mamy dążyć do jedności, zobaczyć w drugim człowieku
udręczonym, zmęczonym także siebie. Jeżeli ja będąc udręczona chcę
otrzymać pociechę, uśmiech, dobre słowo, muszę też z siebie to dać,
wtedy ta dobra energia obejmie nas obu. Nie wyżywajmy się w
jałowych, nic nie dających dyskusjach. Każde słowo, emocja-to
energia.
Dlatego politycy czy sławni ludzie często mówią: nie ważne czy mówią
o mnie dobrze, czy źle, byleby mówili. Oni wiedzą, że za tym idzie
energia, a ta jest przez nich wykorzystywana. Jeśli tak, to
korzystajmy z niej mądrze, wytwarzajmy więcej dobrej, pozytywnej
energii, a ona będzie się pomnażać i dobro będzie wzrastało, a za
nim wejdzie więcej światła, a za nimi MIŁOŚĆ. Wielu z nas jest
spętanych przeszłością, uzależnieniami, karmą przodków, ojczyzny
itd. One powodują, ze nasze serca niejednokrotnie są pokryte jakby
lodową skorupką. I wiecie co? Gdybym miała różdżkę czarodziejską to
chciałabym za jej pomocą dotknąć promyczkiem miłości każdą skorupkę,
bo wiem, że ten jeden płomyczek jeśli nie stopiłby nawet od razu
tego lodu, to zrobiłby przynajmniej małą dziurkę przez którą mogłaby
wpływać każda następna fala miłości i światła, którymi tak hojnie
obdarza nas Bóg każdego dnia.

Gdy mnie unosisz w Swoich ramionach
Jestem spokojna, szczęśliwa
I ze wzruszenia Twą wielką czułością
Łza po mej twarzy spływa.
Łza co oczyszcza serca przestrzenie
Łza, która niesie wielkie dziękczynienie
Łza co pozwala widzieć dalej, piękniej
Łza, która sprawia, że serce mięknie.
Pozbywa się wtedy owej skorupy
Którą się kiedyś obudowało
Szepcze cichutko wyrazy swej skruchy
Spogląda w Twe Serce z ufnością, śmiało.
Bo wie, że skruszonym Ty Panie nie gardzisz
Co się do Ciebie zwraca z ufnością
Przebaczasz, podnosisz i na przyszłość radzisz
Wciąż się otulać jak kołdrą Twą Miłością.
Ach, jakżebym chciała mieć serce tak wielkie
By objąć serce Twe całe
Lecz wiesz mój Panie, że kocham Cię prawdziwie
Jak tylko kochać może serce małe.
Przyjdź więc i mieszkaj zawsze w sercu moim
A tak razem połączeni
Ty we mnie cały, ja cała w Tobie
Jednym staniemy się na wieki.
01 lipca 2011.

Wstaję, siadam, spać się kładę
Tysiąc rzeczy co dzień robię
W każdej jednak takiej chwili
Moja myśl biegnie ku Tobie.
Bowiem z Ciebie i Twej łaski
Jest to wszystko w życiu mym
Radość, smutek, cienie, blaski,
Ty ogarniasz wzrokiem Swym.
Gdy mi ciężko, tęsknie wzdycham
Spójrz tu, przyjdź, ach, pociesz mnie
A gdy radość, skrzydła rosną
I ku Tobie wznoszę serce me.
Tyś jest w doli i niedoli
Ty na dobre i na złe
Jam poddaną Twojej woli
Bo ja Boże – KOCHAM CIĘ!
Miłość Twoja tak bezmierna
Nieustannie mnie zachwyca
Mądrość Twoja w świętym Duchu
Drogę co dzień mi oświeca.
Chrystus-miłość serca mego
Mój Zbawiciel i mój Pan
Brat, Przyjaciel, miłość życia,
Która zwyciężyła świat!
Na nic stroje, kosztowności
Zbytek, luksus i zabawa
Kiedy brak w życiu miłości
Dusza pod ciężarem pada.
Przytłoczona, omotana
Zagubiona w świecie tym
Wzywa: obudź się człowiecze!!!
Bo umieram JA i TY.
Wejdź do ciszy serca swego
I na chwilę ucisz myśl
Tam zobaczysz Jedynego
Który czeka na Twój gest.
Jedno słowo, czy westchnienie
Już porusza Serce Jego
Czeka na Twe zaproszenie
By ci ofiarować niebo.
Tam gdzie mól i rdza nie niszczą
Gdzie dostępu nie ma ból
Gdzie swym pięknem dusze błyszczą
Wśród niebiańskich Bożych pól.
Tam jest radość i wesele
I od troski wolne życie
Jedność, radość, mój aniele
Pełnia szczęści w Boskim Bycie.

Panie mój, już tyle razy
Mówiłam, że kocham Cię
I zaraz potem upadałam
A Tyś podnosił mnie.
Masz tyle do nas cierpliwości
Ty każdej duszy chcesz
Prowadź mnie do tej wolności
Jam Twoją jest – Ty wiesz.
Nie raz już Panie próbowałam
Ogrom miłości pojąc Twej
A gdy Ci serce swe oddałam
Ty Sobą wypełniłeś je.
Panie, nie tylko serce …
Weź wszystko co moje jest
Wypełnij mnie, przebóstwij
I w Siebie przemień mnie.
Miłości Twej żywy płomień
Płonie w sercu mym
O Panie, weź me dłonie
Nakarm mnie chlebem Twym.
Napełnij Twoim Duchem
Bym raźno poszła w świat
Miłością chcę go podpalić,
Ożywić go, bo zbladł.

21.07.2011r
Mała Gosia
|