KUNDALINI

ŚWIETLISTE CIAŁO - WIERSZE
(CZĘŚĆ 1)
LINK! DO ŚWIETLISTE CIAŁO

LINK! DO WIERSZE 2

OGIEŃ 

I poddałam się pustce,
choć żyłam bez cienia wielkiej trwogi
w oceanie własnego bytu.
Zapomniałam o miejscu,
które niegdyś należało do mnie.

  Szukałam tutaj siły i piękna.
Byłam kapłanką sama dla siebie
i wyrocznią zarazem.
Wyznaczyłam swoje granice
i świat własnych pozorów.

  Ale... pewnej lipcowej nocy
usłanej ciszą i gwiazdami,
mój byt został zmącony.
Ktoś Wielki przeniknął przez moje wymiary.

  Ubrał się w swoją dostojną szatę.
Objawił w Wielkim Majestacie.
Twarz ozdobił w najsubtelniejszą miłość
i obalił królestwo moje.

  A moje zdziwienie nie miało końca
bo to nie mogło się zdarzyć.
Obsypał mnie drogocennym złotem.
Dał dostęp do wszystkich darów.
I zaprosił na pielgrzymkę
do Królestwa Swojego.

  Jakiż to był cudowny sen...
I wymarzyć nie mogłam lepiej.
Jakaż czułam się szczęśliwa.
Bóg mnie odwiedził.

  Upływały dni, spokojnie i po cichu
a piękny sen pofrunął...
Purpurowy grzmot uderzył we mnie.
Dosięgnęły mnie języki ognia.

  I była noc piękna,
która dała wielką radość.
I przyszła noc ciemna,
która ogniem mnie kąpała.
Żaden strumień wody
nie ugasił tego żaru.

  I łzy moje wyschły.
I marzenia opuściły
a serce nie znało spokoju.
I walczyłam z wielką bestią,
która rozrywała moje ciało.
Słałam skargi na wszystkie strony.
Szukałam pomocy u Aniołów.
Ale zatrzasnęły się moje wymiary.

O Wielki Boże,
Obiecałeś tyle szczęścia.
A tu po tej nawałnicy i ogniu
nic się nie ostało.
Powalona zostałam przez Ciebie.

  I odtańczyłam swój samotny taniec,
taniec rozpaczy,
taniec przemiany,
taniec oczyszczenia,
taniec poddania.

  I żałosnym cichym głosem błagam,
ucisz moje ciało.
Ukój moją duszę.
Obmyj mnie swoim zimnym strumieniem.
Ulecz moje rany.

  Napój mnie słodką ambrozją.
Napełnij mój pusty kielich
tym Boskim nektarem.
Uczyń mnie gotową
do przyjęcia Twojej prawdy.
Trzymaj mocno moją rękę w dłoni swojej.


 
I GDZIE JEST PRAWDA?

 
W szczęściu, bogactwie,
W zaszczytach i chwale
Chcesz pędzić życie, człowiecze.
Polegasz na własnym rozumie.

  Szyderczym gestem,
Brzydkim grymasem twarzy,
Wskazujesz za żebraczym płaszczem.
Tego, co nie posiada pięknych miraży.

  Czymś ty biedaku zawinił?
Bóg tak ciężko cię doświadczył.
Coś mu złego uczynił?
Że cię żywi psimi odpadkami.

  Testuje cię żebraku.
Ćwiczy twoją cierpliwość.
Bóg wie, że tylko w utrapieniu
Narodzi się twoja mądrość.

  Bieda, cierpienie,
Przymioty biedaka.
To bogactwo nieśmiertelne
Dla jego ducha.

  Bóg, najlepszy nauczyciel
Doświadcza, swoich wybranych.
Przeprowadza przez gorący ogień
Na ścieżkę życia, swoich umiłowanych.

  Kto się chełpi, mądrością i bogactwem
Po tej stronie życia,
Ten nigdy nie połączy się, ze swoim Ojcem.
Nigdy nie pozna smaku, Jego chleba.

  A ten marny żebrak
Boga wybraniec,
Dla świata nieszczęśnik
To Boski wędrowiec.

  Nosiciel światła,
Swoim znojem i bólem,
Niesie posłanie dla świata.
Schowany pod utrapienia płaszczem.

  Błogosławieni ubodzy.
Do nich należy
Królestwo Niebieskie.

ŚWIĘTY OGIEŃ

  Dwa walczące węże.
Jeden, siła fizycznego życia.
Żądze zmysłowe,
Mądrość ciała.

  Drugi, płynąca magma.
Zbiornik Boskiej miłości.
Czysta tajemnica
Potężnej mądrości.

  Przebudzone
Z prędkością błyskawicy,
Skoczyły do siebie
By unicestwić swoje byty.

Gorący ogień
Swoim potężnym żarem,
Zapala siedem świec,
Złotym płomieniem.

  Walka na śmierć i życie,
Przeradza się w taniec.
Sakramentalne zjednoczenie.
Nie ma już żadnych granic.

Tylko jedna namiętność.
Transformacja kundalini.
Do serca wchodzi światłość.
Dziki instynkt, na zawsze odmieni.

  Zasieje cudowną intymność.
A ta otworzy bramy
W spirytualną świadomość.
Przywoła naturalne rytmy.

  Transformacja,
Jest wielkim ogniem
Boskiego oczyszczenia.
Wyzwala z pęt, rozkwita lotosem.

  W rytmie tańca węży
Kaduceusz - Kundalini,
Rozkwitają ludzkie kwiaty
W mistycznej harmonii.

  Świetlisty płaszcz
Utkany z nici pajęczyny,
Jak magnetyczny deszcz
W nieskończoność się jednoczy.

MOJA UDRĘKA

  Znam swoją udrękę
i radości wieczne.
Znam rozpacz swojego serca
i duszy ucieczkę.

Udręczone serce,
wydawało jęki.
Krzyczało z trwogi,
bólem rozrywane.
Nie wiedziało,
że może przeżyć, aż tyle...

  I utrapiona dusza,
która jak ślepiec się miotała.
Szukała ocalenia.
W gorsze sidła wpadała.

  A kiedy rozerwana została,
na maleńkie strzępki,
Śmierci oczekiwała.
Lecz nadaremnie.
I ta jej nie chciała.

  Pogardziła,
jak marnym ochłapem.
Nogę na niej postawiła.
Wybuchneła,
ironicznym śmiechem.

  I co dalej robić?
Żyć nie można,
i umrzeć trudno.
Był tylko jeden ratunek.
Tam wysoko,
w niebieskich chmurach.

  Nie czekała dłużej,
ale z trudem,
wyciągnęła przed siebie rękę.
Na usta modlitwę przywołała.
Oczami pełnymi łez,
Boga uwielbiała.

  Promyk zaświecił.
Tak nieśmiało, powoli.
Przyglądał się z dala,
na udrękę duszy mojej.

  Ale kiedy zobaczył,
że jej żałość jest szczera.
Przybliżył się mocniej.
Wyciągnął ramiona.

  Z ziemi podniósł.
Ogrzał własnym ciepłem.
Łzy otarł.
Że nigdy nie opuści,
obiecał.

  Dusza nie wierzyła,
w tak wielką dobroć.
Nieśmiało popatrzyła.
Lecz serce wyrwało,
by za Bogiem pobiec.

  Ożywała.
I na co ta udręka?
Odpowiedź,
przyszła sama.
Po to ta udręka była,
aby do innych przemówiła.
 

WIESŁAWA