|

Człowiek, który jest na początku swojej duchowej podróży,
tak naprawdę stoi u podnóża góry zwanej Golgotą. To właśnie
na niej dokona się nasza symboliczna śmierć. Patrząc na ten
symbol naszego duchowego odrodzenia, początkowo możemy
odczuwać paraliżujący strach. Jaki ogromny ten krzyż,
którego wielkość potęguje padający na stromy stok cień. Jest
on swoistym przedłużeniem poszczególnych jego ramion. Jest
się więc czego lękać, ale należy odrzucić wszelkie pokusy i
wykonać pierwszy krok. Gdy wyjdziemy z cienia własnych lęków
i staniemy w szczerym polu, dostrzeżemy po pewnym czasie, że
ten krzyż nie jest wcale taki straszny. Wydaje się być
mniejszy i jakby zachęcający nas do wzięcia go na swoje
ramiona.

Pięknie
oświetlające go słońce zachęca nas do działania, jakby
szeptało: wesprę cię swoją energią, tylko idź wędrowcze w
zbawczą bramę swojego duchowego istnienia. Po długim wahaniu
i z dozą wielkiej niepewności rozpoczynamy wspinaczkę z
krzyżem naszych ograniczeń na szczyt góry, by w krzyżu
Chrystusa stransmutować nasze stare "ja". I tak
rozpoczęliśmy naszą symboliczną drogę krzyżową. Skazaliśmy
się na symboliczną śmierć skazaliśmy również na nią swoje
dawne życie, przyzwyczajenia, relacje z ludźmi, które nas
ograniczały. Nikt z ludzi nie wesprze nas w tym trudnym
zadaniu. Wielu podobnie jak Piłat umyje ręce i powie: nie
pomogę ci w tym, to mnie przerasta, to nie dla mnie, przykro
mi przyjacielu.

Teraz rozpocznie się dźwiganie krzyża, wąską, wyboistą ścieżką
prowadzącą
nas do prawdy. Będzie to trudna wspinaczka, w pocie czoła, w skwarze
południa,
bo przecież musimy dotrzeć na Golgotę przed godz. 15.00, aby
wspólnie z Chrystusem dokonać przemiany życia. Upadamy, nieraz
poczujemy się przy tym jak robak
wgnieciony w ziemię, by znów z pomocą Bożą się dźwignąć i iść dalej.

Może spotkamy na tej drodze najbliższych, którzy zapłaczą nad naszym
losem,
otrą nam twarz jak św. Weronika dobrym słowem, by po chwili odejść w
swoją stronę.
Jakże cierpimy przy tym fizycznie i duchowo. Stare uwarunkowania
smagają jak biczem naszą skołataną duszę. Ciało słabnie, ostatkiem
sił wypatruje końca tej katorgi. Szczyt
coraz bliżej i cierpienie coraz większe, bo odziera duszę ze
wszystkiego co plami i hańbi.

Trzeba obnażyć się z szat jak Chrystus, który nam pokazał, że ten
symboliczny
gest oczyści nas ostatecznie z wszelkiego brudu. Nadchodzi moment
przybicia do krzyża. Potworny ból rozrywa każdą cząsteczkę ciała,
nareszcie umiera ego, stary człowiek wpisany w ziemską,
materialistyczną powłokę przechodzi transmutację. Łączy się niebo i
ziemia, ciemność i jasność, ramiona krzyża naszej duszy równoważą
się. Odradzamy się na płaszczyźnie transcendentnej jako istoty
duchowe. Droga do odrodzenia to droga
krzyża, nie ma innej. Ja sama przeszłam tę drogę w łączności z
Chrystusem, który
pokazał mi jak mam nią iść, jakie stacje drogi krzyżowej na mnie
czekają. Nie da
się żadnej ominąć, bo wtedy nasze odrodzenie nie będzie całościowe.

cdn...
Maria
|