KRYZYS DUCHA

U STÓP GOLGOTY
(CZĘŚĆ 13)
LINK! DO CZĘŚĆ 12

LINK! DO CZĘŚCI 14

Człowiek, który jest na początku swojej duchowej podróży, tak naprawdę stoi u podnóża góry zwanej Golgotą. To właśnie na niej dokona się nasza symboliczna śmierć. Patrząc na ten symbol naszego duchowego odrodzenia, początkowo możemy odczuwać paraliżujący strach. Jaki ogromny ten krzyż, którego wielkość potęguje padający na stromy stok cień. Jest on swoistym przedłużeniem poszczególnych jego ramion. Jest się więc czego lękać, ale należy odrzucić wszelkie pokusy i wykonać pierwszy krok. Gdy wyjdziemy z cienia własnych lęków i staniemy w szczerym polu, dostrzeżemy po pewnym czasie, że ten krzyż nie jest wcale taki straszny. Wydaje się być mniejszy i jakby zachęcający nas do wzięcia go na swoje ramiona.

Pięknie oświetlające go słońce zachęca nas do działania, jakby szeptało: wesprę cię swoją energią, tylko idź wędrowcze w zbawczą bramę swojego duchowego istnienia. Po długim wahaniu i z dozą wielkiej niepewności rozpoczynamy wspinaczkę z krzyżem naszych ograniczeń na szczyt góry, by w krzyżu Chrystusa stransmutować nasze stare "ja". I tak rozpoczęliśmy naszą symboliczną drogę krzyżową. Skazaliśmy się na symboliczną śmierć skazaliśmy również na nią swoje dawne życie, przyzwyczajenia, relacje z ludźmi, które nas ograniczały. Nikt z ludzi nie wesprze nas w tym trudnym zadaniu. Wielu podobnie jak Piłat umyje ręce i powie: nie pomogę ci w tym, to mnie przerasta, to nie dla mnie, przykro mi przyjacielu.

Teraz rozpocznie się dźwiganie krzyża, wąską, wyboistą ścieżką prowadzącą nas do prawdy. Będzie to trudna wspinaczka, w pocie czoła, w skwarze południa, bo przecież musimy dotrzeć na Golgotę przed godz. 15.00, aby wspólnie z Chrystusem dokonać przemiany życia. Upadamy, nieraz poczujemy się przy tym jak robak wgnieciony w ziemię, by znów z pomocą Bożą się dźwignąć i iść dalej.

Może spotkamy na tej drodze najbliższych, którzy zapłaczą nad naszym losem, otrą nam twarz jak św. Weronika dobrym słowem, by po chwili odejść w swoją stronę. Jakże cierpimy przy tym fizycznie i duchowo. Stare uwarunkowania smagają jak biczem naszą skołataną duszę. Ciało słabnie, ostatkiem sił wypatruje końca tej katorgi. Szczyt coraz bliżej i cierpienie coraz większe, bo odziera duszę ze wszystkiego co plami i hańbi.

Trzeba obnażyć się z szat jak Chrystus, który nam pokazał, że ten symboliczny gest oczyści nas ostatecznie z wszelkiego brudu. Nadchodzi moment przybicia do krzyża. Potworny ból rozrywa każdą cząsteczkę ciała, nareszcie umiera ego, stary człowiek wpisany w ziemską, materialistyczną powłokę przechodzi transmutację. Łączy się niebo i ziemia, ciemność i jasność, ramiona krzyża naszej duszy równoważą się. Odradzamy się na płaszczyźnie transcendentnej jako istoty duchowe. Droga do odrodzenia to droga krzyża, nie ma innej. Ja sama przeszłam tę drogę w łączności z Chrystusem, który pokazał mi jak mam nią iść, jakie stacje drogi krzyżowej na mnie czekają. Nie da się żadnej ominąć, bo wtedy nasze odrodzenie nie będzie całościowe.

cdn...

Maria